Zacznę
od tego, że się urodziłem 28 października 1939 r. ,bo bez tego cały dalszy ciąg nie miałby sensu. Urodziłem się już w czasie wojny, choć zupełnie tego nie pamiętam.
Mój Tata był wtedy studentem SGGW, po której został mu tytuł inżyniera rolnika, nigdy później nie wykorzystany. Mój dziadek ze strony Taty był prezesem Sądu, chyba Okręgowego, w Pińsku i właścicielem niedużego majątku na Polesiu, który był potem umiłowanym obiektem wspomnień mojego Taty. Mama Ewa, z domu Ziembińska, była studentką historii sztuki, (mieszkała z rodzicami piętro niżej w domu na Hożej 72 w Warszawie). Jej Tata, doktor filozofii, był bibliotekarzem w Ministerstwie Obrony Narodowej – o ile taka była wtedy nazwa Ministerstwa.
Z dzieciństwa pamiętam obrazy rodzinne, ale może to nie moje wrażenia tylko to, że oglądając moje zdjęcia z dzieciństwa biorę je za swoje, a to tylko zdjęcia. Urodziłem się na Lwowskiej, ale wkrótce znalazłem się w domu na Hożej 72 i tam spędziłem kilka pierwszych lat swego życia . Czwarte piętro, od podwórza, bez windy. Pamiętam salon jadalny z wielkim stołem, pod którym się bawiłem. I olbrzymi kredens, prawie do sufitu, z którego można było skakać na podłogę, ale to może są wspomnienia z późniejszych lat.
Moją Mamę zabrali Niemcy w roku 1941 i już nigdy jej więcej nie zobaczyłem. Została zamordowana w Ravensbruck. Z tych lat pamiętam, że kiedy wróciliśmy z podwarszawskich wakacji, chyba w Konstancinie albo Wesołej, następnego dnia wybuchło Powstanie. Przed naszym domem stanęła barykada, a cala brama wypełniona została książkami z kancelarii adwokackiej. Na ulice nie można było wychodzić, bo z końca ulicy niemiecki strzelec wyborowy celnie strzelał. W czasie bombardowań siedzieliśmy w piwnicy przy świetle karbidówek nadsłuchując paraliżujących dźwięków „krowy„ ( specjalne bomby z ogłuszającym hałasem). Potem wracaliśmy na górę, na czwarte piętro. Mój Tata przed powstaniem imał się różnych zawodów, m. in. był węglarzem i ekspedientem w sklepie fotograficznym na Szpitalnej, z czego został mu na zawsze powojenny zawód ,czyli fotografika.
Po zakończeniu powstania wychodziliśmy pieszo z Warszawy . Szczegółów nie pamiętam, ale chyba szliśmy przez Ochotę i Włochy, choć przypominam sobie, że część drogi jechaliśmy kolejką EKD do Pruszkowa. W Pruszkowie zostaliśmy zgromadzeni w wielkiej hali przemysłowej. Tata znalazł deskę oparł ją skośnie o kolumnę i tak spałem. Po krótkim pobycie w Pruszkowie jechaliśmy towarowym pociągiem do Starachowic, a potem w stronę Częstochowy. Pod Częstochową znaleźliśmy możliwość czasowego zamieszkania w gospodarstwie pana Grabskiego, u którego mój wujek, brat Mamy, był korepetytorem jego dzieci (został potem znanym profesorem prawa na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu). Później zamieszkaliśmy w Częstochowie, a moja Ciocia Zosia (nie wiem skąd się tam wzięła) produkowała lemoniadę typu „kwas chlebowy” i sprzedawała ją na głównej alei miasta. W styczniu lub później Tata wyruszył w podróż do Warszawy, aby fotografować zniszczone miasto i sprawdzić, co się stało z naszym mieszkaniem. Nie wiem jakim sposobem, lecz wkrótce i ja i ciocia Zosia znaleźliśmy się w tym mieszkaniu. Było ono obrabowane, ale nie zburzone. Tylko frontowa część domu od ulicy była zburzona, tylna nie. W mieszkaniu zadomowiła się dzika lokatorka, zdaje się z partyjnego nadania. Mieszkała w salonie oddzielona kotarą od reszty mieszkania.
Po powstaniu wychodziliśmy z Warszawy pieszo. Szczegółów nie pamiętam, szliśmy chyba przez Ochotę i Włochy, choć przypominam sobie, że część drogi jechaliśmy kolejką EKD do Pruszkowa. W Pruszkowie, w wielkiej hali przemysłowej Tata znalazł deskę, oparł ją skośnie o kolumnę i tak spałem. Później wsadzono nas do pociągu towarowego, który jechał do Starachowic i dalej do Częstochowy, gdzie puszczono nas wolno. Pod Częstochową zamieszkaliśmy u pana Grabskiego, właściciela gospodarstwa, u którego mój wujek, brat Mamy, był korepetytorem jego dzieci. Po pewnym czasie zamieszkaliśmy w Częstochowie, a moja Ciocia Zosia (nie wiem skąd się tam wzięła) produkowała lemoniadę, a właściwie kwas chlebowy i sprzedawała go na głównej częstochowskiej alei, W styczniu lub później Tata wyruszył do Warszawy, aby robić zdjęcia miasta i zobaczyć co się stało z naszym mieszkaniem. Nie wiem jakim sposobem,lecz wkrótce i ja, i ciocia Zosia znaleźliśmy się w tym mieszkaniu. Było ono obrabowane, ale nie zburzone. Tylko frontowa część domu od ulicy była zburzona, lecz tył nie. W mieszkaniu zadomowiła się już dzika lokatorka, zdaje się z partyjnego nadania. Mieszkała w salonie oddzielona kotarą od reszty mieszkania. Z tego okresu niewiele pamiętam, chodziliśmy bawić się do ogrodów kościoła parafii Św Barbary na Emilii Plater gdzie wśród okopów szukaliśmy pocisków karabinowych (raczej łusek), których tam było dość dużo. Graliśmy też w „gazdę„, a do niej trzeba było mieć stare przedwojenne monety pięćdziesięciogroszowe (zwane psiatkami). Graliśmy tez w „zośkę„.
Mój Tata ożenił się po raz drugi, więc miałem teraz drugą mamusię, Renę, i jej córkę Ewę, starszą ode mnie, i jeszcze babcię Kazię. W wyniku pertraktacji nasza dzika lokatorka wprowadziła się do mieszkania Reny, a oni przyszli do nas i już rodzina była w komplecie.
W reszcie nadeszła chwila, kiedy trzeba było pójść do szkoły. Tata chodził przed wojną do szkoły Górskiego, wiec i ja miałem tylko tę szkolę do wyboru. Szkoła nie mieściła się na Hortensji, jak przed wojną bo chyba budynek był zburzony, ale na rogu Nowogrodzkiej i Emilii Plater, w normalnej kamienicy mieszkalnej, tymczasowo zaadaptowanej na szkołę, Chodziłem tam z moją siostrą Ewą, ja do pierwszej klasy a ona do dużo wyższej. Stosunkowo szybko szkołę Górskiego przeniesiono do odbudowanego budynku na Smolnej 30. I tam spędziłem kilka kolejnych lat. Moi najbliżsi koledzy to Krzysztof Zdzitowiecki, Szmakfefer, Ryng Jacek Kisielewski, Krzysztof Mularuk. Chodziłem do szkoły sam, czyli bez opieki Rodziców, najpierw idąc Hożą, potem Kruczą i dalej Alejami do Smolnej. Po latach, kiedy spotkałem kolegę Zygmunta (albo Andrzeja), to okazało się, że zazdrościł mi, bo on był prowadzony do szkoły przez mamusię. W szkole przetrwałem cztery lata, z których niewiele pamiętam, poza tymi fragmentami, które opisałem.
Potem nastąpiła rejonizacja. Mama Krzysztofa, która pracowała jako autorka radiowa, miała pewnie jakieś chody i wybroniła syna, ale ja zostałem wypisany z Górskiego i przeszedłem do szkoły TPD na rogu Nowogrodzkiej i Chałubińskiego.
Tam spędziłem prawie dwa lata. Z uczniów pamiętam tylko dziewczynę, Korotyńską, córkę redaktora naczelnego Życia Warszawy czyli bardzo znanej osoby. Pamiętam też, że wskakiwaliśmy do kolejki EKD kończącej bieg na Nowogrodzkiej, by się kawałek przejechać.
W kolejnym roku nastąpiła większa zmiana. Nasza babcia Kazia była już dość wiekowa i wchodzenie na czwarte piętro sprawiało jej duzą trudność. Dlatego zamieniliśmy mieszkanie na Hożej na mieszkanie w Brwinowie. To było mieszkanie kwaterunkowe w willi właścicielki. Pani Czajkowska mieszkała na gorze a my na dole, Trzeba było palić w piecach, co było normalne w tych czasach. Stosunki z właścicielami były poprawne, ale po pewnym czasie, nie pamiętam z jakiego powodu, popsuły się i stały wręcz wrogie. Chyba nie dlatego, że kogut właścicielki wskoczył mi na głowę i dziobał tak mocno, że miałem rany na głowie. Do szkoły zacząłem chodzić od razu, do szóstej klasy. Ku mojemu zdziwieniu, ja, słaby uczeń w warszawskiej szkole, tu okazałem się być bardzo zdolnym, uchodziłem za prymusa. Zimą z dwoma kolegami, Jackiem i Andrzejem, chodziliśmy na nartach do Podkowy Leśnej na tak zwane górki. Choć może się mylę, możne to było wtedy, kiedy chodziłem już do liceum. Nasza szkoła była tylko siedmioklasowa i po jej ukończeniu trzeba było uczyć się gdzieś dalej. Najbliżej była ogólnokształcąca w Grodzisku Mazowieckim. Nawet nie wiedziałem, ze były inne, a były. Tak więc rano biegłem na stację kolejową, by zdążyć na pociąg i jechałem dwie stacje do Grodziska, a po lekcjach z powrotem. Jacek i Andrzej też jeździli w ten sposób.. W szkole uczyłem się dobrze, nie wiem dlaczego. Czy dlatego, że byłem taki dobry czy dlatego że szkolą była słaba? Raczej to pierwsze, bo zostałem zwolniony z matury z polskiego i matematyki, jako bardzo dobry uczeń.
Na studia chciałem iść na fizykę. Może to pod wpływem mego dalekiego kuzyna Jacka, który fizykę studiował. Zdałem egzaminy, zostałem przyjęty.
Kilka lat wcześniej skończyła się budowa naszego domu w Brwinowie i tam zamieszkaliśmy na Słonecznej 7. Latem po maturze Ewa z mężem wzięli mnie na wyprawę dużą żaglówką na Mazury i tam gdy pływaliśmy, przyszła wiadomość o śmierci babci Kazi, więc wróciliśmy. Zaraz potem był początek studiów. Poranne biegi na pociąg do Warszawy, potem bieg na wykład na Hożą. Powykładach na Hożej, albo w Pałacu Kultury (PKIN), bieg do stołówki na obiad na Krakowskie. Potem do czytelni, najczęściej na Świętojańską, a potem znowu na Dworzec Śródmieście i koleją do Brwinowa, do domu. Studentem byłem słabym lub bardzo słabym. Moi koledzy, często laureaci olimpiad matematycznych, przewyższali mnie o głowę. Nie było podręczników, uczyliśmy się z notatek, co było trudne.
Zimą bywałem na nartach, czasami sam. Na przykład ze Zwardonia do schroniska kolo Szczyrku gdzie dotarłem prawie po nocy. Też wyjazdy, albo do Szczyrku, albo na Kasprowy. Raz na obóz z przyjaciółmi na Hali Krupowej. Raz na wspinaczkowy obóz zimowy w Pięciu Stawach. Raz na wspinaczkę na Hali Gąsienicowej. Obóz żeglarski, długo oczekiwane kajaki na Mazurach, obóz żeglarski na zatoce Gdańskiej.
Skończyłem fizykę cząstek elementarnych i miałem nadzieje na pracę na uniwersytecie. Ale nic z tego, byli lepsi. Dostałem się cudem i przypadkiem do Instytutu Fizyki PAN, który mieścił się częściowo na Politechnice . Potem przenieśliśmy się do budynku Pasty na Zielnej. Tamże otrzymałem doktorat z dziedziny rezonansu paramagnetycznego, dzięki któremu poznałem swoja przyszłą żonę z Zabrza. Jadwiga, wspaniała kobieta. Przeniosła się do mnie do Warszawy. Nasze mieszkanie dostaliśmy na Granicznej. . Po doktoracie pojechałem na rok do Oksfordu, ale nie miałem takich wyników jak się spodziewałem. Pojawiły się dzieci Marta i Janek. Najwspanialsze dzieci na świecie i najwspanialsza żona. Przenieśliśmy się do większego mieszkania w starym budownictwie na ul Pługa. Wtedy dostałem propozycję wyjazdu do USA na uniwersytet Purdue. No i wyjechałem. Żona i dzieci za mną. Byliśmy tam dwa lata. Potem nastał stan wojenny i straszna choroba żony. Dostałem pracę na Uniwersytecie w Denver ,
gdzie byłem rok. Bardzo trudny czas dla nas. Śmierć zony. Nowa praca na uniwersytecie w Albany, gdzie już miałem lepsze rezultaty. Potem praca w firmie Intermagnetics i z kolei MTECH Lab. Wszystko w dziedzinie rezonansów magnetycznych.
Ale i to się kończy. Teraz już emerytura i dom W Ballston Spa. Wspaniale dzieci ze swoimi rodzinami w Seattle, więc daleko. Widuję je raz lub dwa razy do roku.
Bibliografia: