„Okruchy wspomnień” to wzmianki, krótkie wspomnienia, okazjonalne informacje o naszej szkole i jej wychowańcach oraz jej twórcy, Wojciechu Górskim, napotykane przy lekturze książek, czasopism, a niekiedy w dokumentach i coraz popularniejszych dzisiaj źródłach internetowych. Zadziwiające jest jak wiele ich znajduje się przeglądając same tylko indeksy książek (u niektórych z nas stało się to już nieodłącznym odruchem zapoznawania się z książką),

Okruchy, stanowiąc nieraz mało istotną część materiału oryginalnego, mogą mieć dla nas znaczenie, bo na przykład pomagają uściślić jakiś wątek historii szkoły, uzupełnić biogram absolwenta, mogą też dać impuls do stworzeni takiego biogramu dla osoby nie znajdującej się nawet na liście absolwentów. Przykładem może być nekrolog Andrzeja Kwiatkowskiego vel Adam Brudkowski pseud. „Irena” (patrz biogramy). Innym przykładem jest pozyskane z Narodowego Archiwum Cyfrowego zaproszenie na uroczystość przemianowania nazwy ulicy Hortensji na ulicę Wojciecha Górskiego i odsłonięcie popiersia Wojciecha Górskiego. (czytaj niżej)

Niezależnie od wymienionych wyżej praktycznych wartości takie rozproszone, drobne informacje zebrane na naszej stronie internetowej dają w sumie pewien obraz znaczenia Szkoły Górskiego w dziejach nie tylko samej oświaty, ale i kultury polskiej w ogólności.

Zgłaszane „okruchy” mogą mieć różne postaci: kopii fotograficznej, ksero lub skanu komputerowego, zapisu w wersji cyfrowej lub odręcznej. Ważne jest wskazanie źródła z danymi odnośnie pochodzienia i daty utworzenia materiału, łącznie z danymi osoby zgłaszającej go do publikacji na stronie Towarzystwa. Ciekawe nieraz może być wskazanie okoliczności wyśledzenia zgłaszanego materiału, dodanie swojego komentarza. Jeśli przez to jego rozmiary nabrałyby znaczniejszych rozmiarów, przekraczających powiedzmy jedną stronę A5, to nie będzie przeszkody, żeby zamieścić go na podstronie „Opracowania autorskie”. Oczywiście jesteśmy otwarci na wszelkie sugestie.

Spis okruchów
Mieczysław Metler

NA TEMAT KRZYWDZĄCEGO OSĄDU BENEDYKTA HERTZA O WOJCIECHU GÓRSKIM

Założoną w 1877 przez Wojciecha Górskiego Szkołę (z sentymentu piszę zawsze dużą literą) miałem sposobność ukończyć w 1952 roku. Było to apogeum powojennego, stalinowskiego zniewolenia Polski. Zatem moją opinię o Szkole i Jej Twórcy ukształtowały, zarówno własne, powojenne doświadczenia programowe, przeniesione przez ocalałych z wojny nauczycieli, jak również entuzjastyczne wspomnienia mojego taty, stryja i wujka – również wychowanków tej Szkoły. Mieli oni szczęście osobiście znać Wojciecha Górskiego. Dlatego oburzył mnie nieznany mi przedtem, i przypomniany w Okruchach wspomnień, niegodziwy osąd Benedykta Hertza o Wojciechu Górskim. Otóż popularny, w swoim czasie, bajkopisarz oskarżył Wojciecha Górskiego o brak patriotyzmu oraz założenie Szkoły dla osobistych, materialnych korzyści.

Z zainteresowaniem przeczytałem polemiczny tekst Konrada Górskiego oraz komentarz Wojtka Brańskiego. Podzielam je w całej rozciągłości. Utworów Benedykta Hertza (foto),  nie pamiętam. Chyba w młodości przeczytałem kilka bajek i książkę Ze wspomnień samowara, ale jego nazwisko przewijało się po wojnie w codziennym Życiu Warszawy i czasopismach literackich. Zatem w literackiej ocenie jego twórczości polegam na zdaniu znawców przedmiotu. Zaczął mnie jednak nurtować problem: jakie były przyczyny krzywdzącej oceny Wojciecha Górskiego, wybitnego polskiego patrioty i pedagoga. która miała wszelkie znamiona przemyślanego paszkwilu. Tym bardziej, że ocena ta. wyrażona w Nowinach Literackich nr 42 z 1948 roku i ponowiona w 1966 r., jako zbiór felietonów, w poczytnej serii Biblioteka Syrenki PIW (Benedykt Hertz Na taśmie 70 – lecia) może, podobnie do przysłowiowej kropli dziegciu, popsuć pełną beczkę miodu.

W tym celu, zgodnie z zasadą zapożyczoną w Instytytucie Meteorologii i Gospodarki Wodnej, spróbowałem ocenić charakter i poglądy p. Hertza „jako funkcji czasu w warunkach stochastycznych”. Kwerenda źródłowych dokumentów i materiałów w sieci pozwoliła na uzyskanie następujących informacji:

  • Bogusław Józef Hertz urodził się 7 czerwca 1872 w Warszawie w zasymilowanej rodzinie żydowskiej. Ojcem był Józef Hertz, urzędnik bankowy, a matką Dorota z domu Libkind. Syn uczęszczał do prywatnej szkoły Hermana Benniego w Warszawie.

  • Gdym skończył lat 8 wstąpiłem do pół-korespondencyjnej szkoły ex-pastora Hermana Benniego gdzie wychowawcą był Adolf Dygasiński (…) ale po 5ciu latach Hurko (uczniowska nazwa dyrektora szkoły-M.M.) z namowy Apuchtina szkołę tę zamknął. (fragment artykułu Benedykta Hertza Życiorys własny satyryka. Nowa Kultura, 50 (147), 14 grudnia 1952).

  • W 1880 Herman Benni otworzył w Warszawie prywatną średnią szkołę męską 6-cio klasową, która zatrudniała wybitnych nauczycieli – Polaków (…) Została ona zamknięta przez kuratora Apuchtina w 1885 pod pretekstem niedozwolonego nauczania języka polskiego w klasach niższych, co odkrył inspektor Kryłow podczas wizytacji (mową polską posługiwał się Adolf Dygasiński, który na zawsze utracił prawo nauczania w szkołach). Wskutek tych represji Benni przeniósł się w 1886 do Dorpatu (…) (Herman Benni, fragment, Wikipedia), a Benedykt Hertz do szkoły Pankiewicza, którą z powodu śmierci ojca i konieczności podjęcia biurowej pracy zarobkowej, musiał opuścić.. . Jako syn sybiraka i bratanek uczestnika Komuny Paryskiej Benedykt Hertz wyniósł z domu rodzinnego rewolucyjny patriotyzm (Antoni Marianowicz). Związany z lewicą społeczną, tworzył satyry polityczne i obyczajowe oraz wprowadził nowy typ bajki dla dzieci. Współpracował z wieloma czasopismami m.in. z organem PPS „Robotnik”.

  • W czasie napaści Niemiec na Polskę Hertz miał 67 lai. Mieszkał wraz z żoną w zakupionej w 1932 roku willi w Podkowie Leśnej. Aby ukryć przed Niemcami swoje pochodzenie zmieniał ubranie na robocze i podawał się za przesiedleńca. W obliczu narastającego niebezpieczeństwa identyfikacji ukrywał się do 1945 roku u p. Jadwigi Niemyskiej w Warszawie, skąd powrócił do domu w Podkowie Leśnej. Miał 73 lata. Aprobując zachodzące zmiany polityczno – społeczne jeszcze w 1945 wstąpił do PPS. „Benedykt Hertz zajął w Polsce Ludowej, mimo podeszłego wieku, czynną postawę bojownika. Polska Ludowa … właściwie oceniła (jego) twórczość (Antoni Marianowicz). Na taką ocenę musiał Hertz zasłużyć się Polsce Ludowej nie tylko swoją twórczością bajkopisarza, lecz także, a może przede wszystkim, bogatą publicystyką m.in. w Nowej Kulturze i Głosie Ludu (dzienniku Poskiej Partii Robotniczej). W tę działalność wpisuje się zatem jego niefortunny, choć przemyślany na tle zachodzących zmian, artykuł w Nowinach Literackich, opublikowany w 1948 roku, tuż przed Kongresem Zjednoczeniowym PPR i PPS. Zwróćmy uwagę na fakt, że w tym samym roku, dekretem Bieruta, zniesione zostały wszystkie fundacje, wśród nich fundacja małżonków Górskich i rozpoczął się szybki proces likwidacji naszej Szkoły i jej tradycji.

  • Na tle powyższych informacji, można nabrać przekonania, że Hertz szukał tematów publicystycznych, udowadniających nowym władzom jego prawomyślność i znalazł je m.in. w osobie Wojciecha Górskiego.

  • Metoda inteligentnej „gry” Wojciecha Górskiego z rosyjskim zaborcą uratowała możliwość edukacji setek Polaków, wydalanych z państwowych szkół rosyjskich. Doprowadziła do uzyskania zgody ówczesnych władz carskich na matury w języku polskim (1905) w Szkole. Tych i wielu innych osiągnięć Wojciecha Górskiego – patriotycznych, edukacyjnych i prawdziwie demokratycznych (różne nacje i pochodzenie uczniów Szkoły, stypendia, zwolnienia z czesnego, opieka medyczna) nie dostrzegał Benedykt Hertz publikując tekst o cechach paszkwilu. A powód tego – konformizm i osobiste cele materialne Benedykta Hertza.

  • Autor hagiograficznej opinii o Benedykcie Hertzu i jego twórczości, Antoni Marianowicz, pochodził również, jako syn Gustawa Bermana, z zasymilowanej rodziny żydowskiej. Był znanym satyrykiem i poetą.

  •  

    KOMENTARZ

    Zamieszczając celny list Konrada Górskiego – broniący dobrego imienia Wojciecha Górskiego (dwie różne rodziny) przed krzywdzącym oskarżeniem go przez Benedykta Hertza o brak patriotyzmu i konformizm wobec władz oświatowych rosyjskiego okupanta – wydawało mi się, że sprawa jest zamknięta. Mietek Metler – mój przyjaciel z ławy szkolnej, wspomagający mnie w prowadzeniu strony wychowańców – ma dar krytycyzmu, którego mnie pewnie brak. Stosując metodę probabilistyczno-asiologiczną postanowił obnażyć prawdziwe podłoże ataku Hertza na nie żyjącego już wtedy Górskiego. Tekst ut supra.

    Próbując osobiście zrozumieć wyraźną napastliwość Hertza, nie mógłbym pominąć tego, że pochodził z rodziny głęboko zasymilowanej; ojciec jego dwukrotnie był zsyłany  na Sybir.  Pierwszy raz drogę na wygnanie pokonując pieszo. Ci, którzy uznają za stosowne oceniać innych, zazwyczaj wzmiankują o takich rodzinach, że były „patriotyczne”, w tym przypadku powinni wzmocnić to określenie dodatkiem „super”. Odwołując się do zawodnej logiki domniemań, zwrócił bym przy tym uwagę na inną jescze okoliczność. Ulubionym nauczycielem młodego Benedykta był Adolf Dygasiński,  nieprzejednany krytyk metod wychowawczych Górskiego. Postaci jego poświecił aż dwa opowiadania: „Numer 607″ (Kurier Warszawski) i „Zasady i mięso” (Głos) ,  będące zawoalowanym pamfletem na Górskiego, jako pedagoga i dyrektora ufundowanej przez siebie szkoły. 

    Wiele jest dopełnień frazy „im większy człowiek, tym większa jego…miłość. poświęcenie itp.” ,  lecz trzeba też dodać, że tym większa  liczba jego wrogów. Na szczęście nasz Wielki Człowiek miał  wielką moc trwania. Niedawno obchodziliśmy jubileusz 100-lecia drugiej szkoły Górskiego, podstawowej,  postawionej przez Niego w Pamiątce pod Tarczynem. A za rok będzie 150 -lecie szkoły warszawskiej, czyli „Szkoły Wojciecha Górskiego”.

    Wojciech T. Brański

    Źródła:

    Źródła:

    Wspomnienie o Benedykcie Hertzu Antoni Marianowicz (Nowa Kultura Nr 50 (142)

    Benedykt Hertz (1872 – 1952) MAZOWIECKI SZLAK LITERACKI, TERAZ MAZOWSZE

    Benedykt Hertz Na taśmie 70-lecia PIW Warszawa 1966

    Życiorys własny satyryka Benedykt Hertz (Internet)

    O dobre imię Wojciecha Górskiego Konrad Górski z komentarzem Wojciecha Brańskiego (w Okruchach wspomnień)


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    „BURZLIWE ŻYCIE” EWY SKOPIŃSKIEJ-RÓŻEWSKIEJ (z d. MORZYCKIEJ)

    Jak już donieśliśmy w Wiadomościach całkiem niedawno wyszła drukiem trzytomowa książka wspomnień  „Burzliwe życie z brydżem i medycyną w tle”, której autorką jest Ewa Skopińska-Różewska, z domu Morzycka (mat. 1951). Wydawcą i dystrybutorem książki jest Marek Wójcicki, redaktor naczelny i wydawca miesięcznika BRYDŻ. W pierwszym tomie mającym podtytuł „Burzliwa młodość”, Autorka sięga do wspomnień jeszcze z przed wojny 1939 r.,  okupacji niemieckiej i lat powojennych, dla nas najbardziej interesujących, bo dotyczących też jej nauki w szkole Górskiego. Pozostałe tomy mają podtytuły: Tom 2. Historie z motywem przewodnim oraz Tom 3. Złota jesień w tle, oddające rozwijane w nich główne wątki życia autorki wiążące się z jej pasjami. Nikt z nas nie miał jeszcze okazji zapoznać się – co by nie powiedzieć – z monumentalnym dziełem Ewy, jednak już na pierwszy rzut oka rzuca się, bogaty i cenny z pewnością zestaw fotografii. Czekając na pogłębione, przyszłe omówienie autobiografii Ewy, postanowiliśmy zamieścić  tutaj recenzje osób, które miały już szansę z książką zapoznać się wcześniej.

    ZOFIA MARKS.

    Recenzja na szybko.

    Sięgając po trzytomową biografię, czytałam ją nie tylko jako uważna czytelniczka, ale także jako brydżowa koleżanka bohaterki – z mieszanką ciekawości, podziwu i rosnącej z każdą stroną fascynacji. Już od pierwszego tomu miałam poczucie obcowania z opowieścią niezwykle gęstą znaczeniowo, prowadzoną z wielką konsekwencją i wrażliwością. Autorka nie ogranicza się do zapisu faktów, lecz buduje pogłębiony portret człowieka, którego decyzje, pasje i wybory układają się w spójną, choć momentam

    i zdumiewającą całość. Styl jest przystępny, momentami niemal literacki, co sprawia, że nawet bardziej szczegółowe fragmenty czyta się z zainteresowaniem. Widać też solidną pracę dokumentacyjną, co buduje zaufanie do autorki.

    Ogrom przeżyć, odpowiedzialnej i trudnej pracy wykonywanej przez lata jako prof. dr hab. n. med.,

    a zarazem intensywne życie brydżowe sprawiają, że lektura momentami wydaje się wręcz nieprawdopodobna. Pojemność tej biografii zdumiewa – trudno uwierzyć, że dotyczy jednej osoby, a nie kilku życiorysów splecionych w jeden. Każdy z trzech tomów dokłada kolejne warstwy do tego portretu, pozwalając zobaczyć rozwój, zmiany i konsekwencje wyborów podejmowanych na różnych etapach życia.

    Szczególną wartością książki jest też galeria postaci drugoplanowych. Mnóstwo ludzi, z których część już odeszła, zostało tu utrwalonych z imienia, z charakterem, z fragmentem własnej historii. Jako czytelniczka mam poczucie, że dla wielu z nich ta biografia może być jedynym miejscem, w którym ich obecność, praca i relacje zostały zachowane od zapomnienia. Dodatkowym, niezwykle poruszającym elementem są liczne, bardzo ciekawe fotografie – sprawiają one, że biografia momentami przypomina album, w którym odnajdujemy twarze ludzi, których już z nami nie ma, a dzięki książce wciąż pozostaną bliscy i realni.

    Trzytomowa biografia Ewy Skopińskiej-Różewskiej wymaga skupienia i czasu, ale uważam to za jej siłę, nie słabość. To książka, która nie tylko fascynuje rozmachem, ale też budzi głęboki szacunek – zarówno dla bohatera, jak i dla autorki, która potrafiła unieść tak niezwykłą, wielowymiarową historię.

    MAREK WÓJCICKI.

    W ostatnich dniach ubiegłego roku ukazały się wspomnienia Ewy Skopińskiej-Różewskiej – trzy tomy, zatytułowane „Burzliwe życie z brydżem i medycyną w tle”. Są to smakowite historie z młodości, przygody z wodą, podróże… Fascynująca historia rodziny, niezwykłe przejścia w okresie wojny… Do tego osiągnięcia naukowe, szczególnie bliskie mi badania nad produktami naturalnymi, zwieńczone opracowaną w czasie epidemii SARS kompletną kuracją antywirusową, skuteczną także przeciwko COVID, czego doświadczyłem na sobie! No i brydż – nie bez kozery wymieniony w tytule przed medycyną, który stanowił istotną część życia autorki.   

    Jednym słowem, pełne energii i tempa, długie i niezwykle barwne życie, z brydżem i medycyną w tle, ale nie tylko. Jest to bardzo osobiście napisane obszerne świadectwo minionych czasów, w których nasz świat tak bardzo się zmienił.  Na pewno każdy znajdzie tu coś ciekawego – wiele anegdot rodzinnych, historie z życia zawodowego, a dla brydżystów – wspominki, niektóre z detalami rozdań, nie tylko z turniejów krajowych, ale także z imprez rangi mistrzostw Europy i świata, w których Ewa skutecznie występowała.

    Biografia Ewy Skopińskiej-Różewskiej jest zamieszczona  na naszej stronie www, w zakładce Biogramy.   Ewa jest też autorką, wydanej w  2022 roku przez wyd. Borgis, sfabularyzowanej opowieści „Mieszkanki Socjalistycznego Klasztoru”, o życiu studenckim w Gdańsku, opartej na pisanym w tamtych czasach pamiętniku, a także twórcą cieszącego się uznaniem krótkiego filmu o jej latach w szkole Górskiego.

    Wolumeny „Burzliwego  życia”  można nabyć w sklepie internetowym miesięcznika „BRYDŻ” pod adresem www.bridge.com.pl, bądź zamawiając telefonicznie – po kontakcie z numerem 881060384 (Marek Wójcicki). Każdy tom został wyceniony na 50 zł.

    wb

    Tom trzeci jest w większości poświęcony wspomnieniom z imprez brydżowych, najrozmaitszych – począwszy od wczasów brydżowych po mistrzostwa Europy i świata. Wiele wątków brydżowych – szczególnie ciekawe są wspomnienia z okresu, kiedy PZBS dopiero powstawał – znajduje się także w tomie pierwszym. Z kolei w tomie drugim jest rozdział „Brydżyści to jedna wielka rodzina”, w którym można przeczytać o wielu sytuacjach, w których brydż pomagał w trudnych sytuacjach życiowych.

    Oto jedna z bardziej smakowitych historyjek z brydżem w tle z tomu pierwszego – jest to powrót Batorym ze stypendium Harvard Medical School z Bostonu w roku 1971.

    Emil zawiózł mnie do Quebec gdzie czekał już statek Stefan Batory. Był 12 grudnia 1971 roku, następnego dnia były moje urodziny. Upewniłam się, że moje bagaże wysłane frachtem dotarły i zeszłam do mojej kajuty. Była 4-osobowa, dwa łóżka górne i dwa dolne. Zajęłam dolne po lewej stronie, a na wmontowanym obok stoliku postawiłam doniczkę ze złotymi chryzantemami, którą mi z okazji moich 37 urodzin pocztą kwiatową przysłali przyjaciele z laboratorium w którym spędziłam ten rok… Byłam bardzo wzruszona! Pod koją upchnęłam jakoś moje przywiezione autobusem bagaże, i popędziłam na górę, gdzie przy zejściu na schody była półotwarta przestrzeń, a w niej stolik brydżowy i 5 foteli. Usiadłam i czekałam.

    Niebawem pojawiło się kilku panów, widać podobnie złaknionych tej gry. Ja byłam bardzo złakniona, bo od roku nie miałam kart w ręku… Jeden pan był z Polonii amerykańskiej i jechał na Święta Bożego Narodzenia do Polski, drugi to był jakiś tajemniczy gość, trudny do rozgryzienia, i dwóch panów z Wrocławia, którzy wyglądali mi na szulerów, wszyscy Polacy. Wrocławianie uparli się, żeby grać na pieniądze (oczywiście dolary), ja bardzo nie chciałam, naszym zmaganiom dotyczącym tego tematu przysłuchiwał i przyglądał się tłum zaciekawionych pasażerów, musiałam się zgodzić, jeśli chciałam grać… Problem był taki, że miałam ze sobą tylko 25 dolarów, i to cudzych, które miałam komuś od kogoś przekazać, i czek na 1500 dolarów, bo tyle w PEWEXIE kosztował duży Fiat. Resztę zarobionych pieniędzy wydałam na zakupy.

    Ale pomyślałam sobie, że nawet jeśli wrocławianie grając ze sobą będą „cynkować”, to przy grze w piątkę zagrają ze sobą tylko od czasu do czasu, a w końcu ja, zawodnik brydża sportowego, powinnam ich przecież na dłuższą metę ograć – no i się zgodziłam. Po trzech dniach byłam wygrana 35 dolarów i panowie z Wrocławia zrezygnowali i poszli grać w pokera z oficerem kulturalnym .Tłum nas obserwujący pokrzykiwał zadowolony, że „ta pani nie chciała grać na pieniądze, a ograła ich i dobrze im tak” – a wtedy pojawił się oficer bagażowy i powiedział, że dobrze się stało, bo jestem winna 35 dolarów za nadbagaż… I zabrał moją wygraną!

    Przez pierwsze dni ocean był w miarę spokojny, ale niebawem zaczęło wiać i kołysać, większość pasażerów dostała morskiej choroby i snuli się bladzi po statku, a sala jadalna świeciła pustkami – ja zaprzyjaźniłam się z panem Staszkiem z Podhala, który wracał po roku ciężkiej pracy zarobkowej do domu – oboje byliśmy odporni na morską chorobę i jako jedni z nielicznych tańczyliśmy po kolacji – było to niełatwe, bo jak się podniosło do góry nogę, to podłoga uciekała spod niej – ale jakoś to szło. Pan Staszek mieszkał w kajucie z wrocławianami i ostrzegał mnie przed nimi – Pani doktorko – mówił, – niech pani z nimi nie gra! Pani to jest człowiek godny i sprawiedliwy, a to są łobuzy! – Uspokoiłam go że sami zrezygnowali.

    Następnego dnia była niedziela. Poszłam do sali kinowej w nadziei, że puszczą jakiś film – a tu patrzę i oczom własnym nie wierzę! Nasz tajemniczy partner, co nie mogliśmy go rozgryźć, odprawia mszę! Okazało się, że był to zakonnik po cywilnemu, nie pamiętam już z jakiego zakonu (chyba dominikanin).

    Przez kolejne dni graliśmy bez pieniędzy w nowym zestawieniu – pan z Polonii zagranicznej, nasz ojciec

    zakonny, ksiądz w sutannie, jakiś gruby brat z innego zakonu i ja. Prawdę mówiąc, ksiądz i brat zakonny grali okropnie!

    KRZYSZTOF ZIEWACZ

    Burzliwe życie, pasja i medycyna.

    Wielu z Was zna Ewę Skopińską ze wspólnych chwil na wczasach brydżowych. Dziś mamy okazję poznać ją jeszcze bliżej. Ewa oddała w ręce czytelników fascynującą autobiografię pt. „Burzliwe życie z brydżem i medycyną w tle”. To nie jest zwykła lektura – to monumentalne, trzytomowe dzieło, które z humorem i dystansem kreśli portret niezwykłej kobiety, wybitnej lekarki i pasjonatki brydża sportowego.

    Każdy tom to osobny rozdział barwnej historii:

    Tom 1: Burzliwa młodość – to powrót do czasów dorastania, pierwszych fascynacji i kształtowania się silnego charakteru autorki.

    Tom 2: Historie z motywem przewodnim – autorka zręcznie przeplata tu wątki zawodowe z brydżowymi, pokazując, jak pasja do gry może współgrać z wymagającą karierą naukową i medyczną.

    Tom 3: Złota jesień – dojrzałe spojrzenie na świat, pełne refleksji, ale i niesłabnącej energii do życia. Dużo w nim relacji z turniejów brydżowych, także z naszych wczasów.

    Książka Ewy to pozycja obowiązkowa nie tylko dla miłośników licytacji i wistów, ale dla każdego, kto ceni autentyczne, inspirujące biografie. Autorka udowadnia, że życie może być tak samo nieprzewidywalne i emocjonujące jak najlepsza partia brydża.

    KOMENTARZ

    Biografia Ewy Skopińskiej-Różewskiej jest zamieszczona  na naszej stronie www, w zakładce Biogramy.   Ewa jest też autorką, wydanej w  2022 roku przez wyd. Borgis, sfabularyzowanej opowieści „Mieszkanki Socjalistycznego Klasztoru”, o życiu studenckim w Gdańsku, opartej na pisanym w tamtych czasach pamiętniku, a także twórcą cieszącego się uznaniem krótkiego filmu o jej latach w szkole Górskiego.

    Wolumeny „Burzliwego  życia”  można nabyć w sklepie internetowym miesięcznika „BRYDŻ” pod adresem www.bridge.com.pl, bądź zamawiając telefonicznie – po kontakcie z numerem 881060384 (Marek Wójcicki). Każdy tom został wyceniony na 50 zł.

    wb

    Źródła:


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33
    Andrzej Mizak

    ANDRZEJ MIZAK psd. art. „misacq” (autobiogram)

    Urodziłem się 11 kwietnia 1936 roku w miejscowości Kowala k. Puław jako syn Jana Mizaka i Anny z domu Walczykowskiej. W 1938 r. przeprowadziliśmy się do Warszawy, w której mieszkam do dzisiaj.

    W czerwcu 1950 r. ukończyłem naukę w Szkole Podstawowej Nr 40 przy ulicy Hożej 11/15 i we wrześniu tego roku rozpocząłem naukę w czteroletnim Liceum Ogólnokształcącym mieszczącym się przy ulicy Smolnej 30. [Po wojnie, a przed upaństwowieniem w 1948 r., mieściła się tam prywatna szkoła, powszechnie nazywana Szkołą Wojciecha Górskiego, a formalnie – „Liceum, Gimnazjum i Szkoła Powszechna Ogólnokształcąca pod wezw. św. Wojciecha w Warszawie Fundacji Górskich”]. Liceum to prezentowało bardzo wysoki poziom kształcenia prowadzonego przez grono wspaniałych nauczycieli i pedagogów. W mojej pamięci pozostała w szczególności polonistka [nazwisko do ustalenia]. Dzięki niej poznaliśmy najważniejsze i najpiękniejsze dzieła poetyckie a także znakomitą prozę literacką.

    Podczas nauki w liceum odkryłem swoje zainteresowania sztuką. Szkoła ta ukierunkowała bowiem moje wcześniejsze zainteresowania humanistyczne, a także zdolności plastyczne. Pedagogom Liceum zawdzięczam decyzję o podjęciu studiów wyższych w Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie – na wydziale malarstwa olejnego oraz wydziale malarstwa ściennego. Sztukę malarską doskonaliłem w pracowniach profesorów: Antoniego Łyżwańskiego, Stanisława Szczepańskiego i Jana Betley`, a dyplom Akademii uzyskałem we wrześniu 1967 r.

    Podjęcie, w końcu lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia, dodatkowych podyplomowych studiów pedagogicznych w Uniwersytecie Warszawskim, umożliwiło mi pracę w charakterze nauczyciela plastyki w kilku warszawskich liceach ogólnokształcących, młodzieżowym domu kultury oraz Liceum Francuskim na warszawskiej Saskiej Kępie.

    Uczestniczyłem w kilkudziesięciu wystawach malarskich zbiorowych i indywidualnych prezentowanych m. in. w Galerii Zachęta, Galerii MDM,a także w wystawie „Współczesne malarstwo polskie – Ruch o Poprawę” we Francji, w – Nevers, Reims.

    Od 1968 r. jestem członkiem Związku Polskich Artystów Plastyków, pełniąc czasami rolę komisarza wystawy.

    W 2003 r., po kilkudziesięciu latach zakończyłem swoją działalność zawodową. Nieprzerwanie pozostaję aktywnym członkiem Towarzystwa Wychowańców Szkół Wojciech Górskiego. Zawsze bowiem pamiętam wspaniałe lata, które dane było mi przeżyć w jednym z najlepszych w naszej stolicy liceów ogólnokształcących.

    Od 1981 r. żoną moją jest Joanna Mizak-Lewandowska.

    Moje zainteresowania pozazawodowe obejmują:

    historię Polski (naród, państwo, powinności obywatelskie), filozofię, poezję (Appolinaire, Hartwig, Staff, Asnyk).

    Ulubione lektury: Romain Rolland – Colas Breugnon, Julia Hartwig – Apollinaire , Henryk Sienkiewicz – Trylogia.

    Ulubiona muzyka: chorały, F. Chopin, J. Haydn, G.F. Haendel, A. Mozart, J.S. Bach, muzyka Czarnej Afryki, muzyka i piosenki warszawskiej ulicy.

    Ulubione podróże: Kazimierz Dolny nad Wisłą, Paryż, Wenecja

    Ulubiony obraz: Józef Chełmoński „Bociany”, Aleksander Gierymski „Altana”,

     

    Życiowa dewiza: Sztuka jest Wiatrem, który oddziela ziarno od plew…

    UCZESTNICTWO W WYSTAWACH ZBIOROWYCH I INDYWIDUALNYCH

    1963 – Wystawa zbiorowa – Wystawa malarstwa studentów ASP – Aula Politechniki Warszawskiej, Warszawa

    1964 – Wystawa indywidualna DS. „Kicki” – Warszawa

    1970 – Wystawa indywidualna Dom Artysty Plastyka – Warszawa

    1970 – Wystawa zbiorowa „Gwasz, akwarela, rysunek” – Galeria MDM Warszawa

    1970 – Wystawa zbiorowa „Wyobraźnia-Informacja-Działanie” – Galeria „u Boguckich” – Warszawa

    1971 – Wystawa zbiorowa – I-sza Wystawa z cyklu „O poprawę” – Warszawa

    1971 – Wystawa zbiorowa Koła Młodych – Galeria MDM Warszawa

    1972 – Wystawa zbiorowa – IV Festiwal Sztuk Pięknych – Galeria Zachęta – Warszawa

    1972 – Wystawa zbiorowa – Wystawa Okręgu Warszawskiego ZPAP – Galeria Zachęta – Warszawa

    1972 – Wystawa zbiorowa – Wystawa Okręgu Warszawskiego ZPAP – Opole

    1973 – Wystawa zbiorowa – Wystawa malarstwa „Metafora” – Galeria MDM – Warszawa

    1973 – Wystawa zbiorowa – Wystawa malarstwa „Otwarte drzwi” – Galeria MDM – Warszawa

    1974 – Wystawa zbiorowa – V Festiwal Sztuk Pięknych – Galeria Zachęta – Warszawa

    1974 – Wystawa zbiorowa – Wystawa czterech malarzy warszawskich – Kalisz

    1975 – Wystawa zbiorowa – Wystawa 14 malarzy warszawskich – Galeria Teatru Studio – Warszawa

    1975 – Wystawa zbiorowa – Wystawa poplenerowa – Kraśnik

    1976 – Wystawa zbiorowa – Wystawa poplenerowa – Kraśnik

    1976 – Wystawa zbiorowa – Kozienice-Świerże Górne – Wystawa poplenerowa -Klub MPiK Warszawa

    1977 – Wystawa zbiorowa– „Współczesne malarstwo polskie – Ruch o Poprawę” – Francja – Nevers, Reims

    1978 – Wystawa indywidualna Dom Artysty Plastyka – Warszawa

    1978 – Wystawa zbiorowa – VII Festiwal Sztuk Pięknych – Galeria Zachęta – Warszawa

    1979 – Wystawa zbiorowa – Wystawa „Maraton Pokoju” – Warszawa

    1980 – Wystawa indywidualna – „Wystawa jednego obrazu” – Dom Artysty Plastyka – Warszawa

    1980 – Wystawa zbiorowa – Wystawa poplenerowa Pedagogów ZPAP – Garwolin – Ośrodek. Kultury

    1980 – Wystawa zbiorowa- Wystawa poplenerowa Pedagogów ZPAP – Garwolin – Towarzystwo Przyjaciół Sztuk Pięknych – Warszawa

    1981 – Wystawa zbiorowa – Wystawa czterech malarzy warszawskich – Warszawa

    1981 – Wystawa zbiorowa – „Artysta w Szkole w Sztuce” – Dom Artysty Plastyka – Warszawa

    KOMENTARZ

    Andrzej Mizak jest autorem tekstu publikowanego na podstronie Opracowania: „Moje spojrzenie na sztukę”, gdzie – obok creda dotyczącego powiązania sztuki i życia w ogólności – zamieszczone są kopie fotograficzne jego prac malarskich, które zdaniem autora inspirowane są jego preferowanym nurtem kolorystyki.

     

    Źródła:

    Autobiogram


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33
    Roman Broszkiewicz

    ANDRZEJ CAŁUS. WSPOMNIENIE ROMANA BROSZKIEWICZA

    Andrzej Całus (1929-2023)

    Rocznik maturalny 1948. Choć żył długo, prawie się nie zmieniał. Na zdjęciu przedmaturalnym, w ławce szkolnej, wygląda niemal identycznie jak na fotografiach z różnych jubileuszy i uroczystości pod koniec życia. Niewysoki i nieco korpulentny, był zapalonym turystą. Kiedy jeszcze nie można było podróżować zagranicę – przemierzył Polskę pieszo wzdłuż i wszerz. Ale potem ruszył w świat i obejrzał jego większą część. A gdy miał już trudności z chodzeniem, jeszcze, na wózku inwalidzkim, zwiedził kraje Azji Środkowej. Całe życie spędził w Warszawie, w tym samym mieszkaniu na Żurawiej, które udostępnił na spotkanie rocznicowe w 1988r. Bardzo cenił sobie i szkolną przeszłość i perspektywy szkół Górskiego. W klasie wyraźnie wyróżniał się w grupie humanistycznej, co, wobec wysokiego poziomu koleżanek i kolegów, już samo w sobie było osiągnięciem. Nauczycielka polskiego, Natalia Jarzębowska, miała względem „humanistów” niemałe wymagania. Na Andrzeja spadł obowiązek zrobienia krytycznej oceny „Księcia” Niccolo Machiavellego – to, co zrobił byłoby ozdobą seminarium uniwersyteckiego. Po maturze, przez kilka lat, szukał swego miejsca w życiu. Ukończył socjologię i prawo na Uniwersytecie Warszawskim i imał się różnych zajęć. Ale kiedy się zdecydował w 1954r. na SGH (wówczas SGPiS), to został tam na 55 lat. I kariera naukowa przebiegała mu mniej więcej normalnie, to jest jednak trochę bardziej niż mniej. Doktorat w Warszawie i drugi w Saarbrűcken w Niemczech, habilitacja i profesura. Asystentura, kierownictwo katedry, wydziału, prorektorstwo uczelni, niezliczone krajowe i zagraniczne zespoły i towarzystwa naukowe. Bo też wyrósł na specjalistę światowej klasy.

    Jako przyczynek do uznania jego kompetencji może służyć fakt, że przez 14 lat i cztery kadencje, był członkiem Rady Legislacyjnej przy Prezesie Rady Ministrów, a z jego wiedzy chcieli korzystać, kolejno, tak różni premierzy jak np. Jaruzelski, Rakowski, Mazowiecki, Bielecki, Suchocka czy Buzek. Było to, po troszę, efektem jego przedziwnych zainteresowań naukowych. Wybrał bowiem tematykę taką, jak międzynarodowe prawo cywilne, prawo handlowe państw obcych i prawo Unii Europejskiej. Władze uczelni musiały się dobrze zastanowić, czy inwestować w naukę o tak nieprzydatnych kierunkach. W warunkach tamtej sytuacji tematyka prezentowała się niemal hobbystycznie. Ale 35 lat później okazało się, że i zainteresowania Andrzeja i decyzja uczelni były bezcenne dla kraju. Bez udziału Andrzeja, jego wiedzy i sumienności, nasza akcesja do Unii Europejskiej byłaby znacznie trudniejszym przedsięwzięciem. Z tym wszystkim można by sądzić, że Andrzej był ponurym molem książkowym, a tymczasem miał duże poczucie humoru i lubił spotkania towarzyskie. Nigdy nie założył własnej rodziny, natomiast bardzo blisko przyjaźnił się ze swymi współpracownikami i wychowankami, co przekładało się na to, że oni i ich rodziny miały go za swego. Swoim życiem i pracą Andrzej dał jak najlepsze świadectwo naszej szkole.

    Opracował Roman Broszkiewicz

    Dane biograficzne

    ur. 30 listopada 1929 w Warszawie. Syn Edmunda Całusa z zawodu adwokata i Eugenii z domu Probierz. W czasie okupacji niemieckiej rozpoczął naukę na tajnych kompletach e szkole Wojciecha Górskiego. Po powstaniu warszawskim wywieziony z rodziną do pracy w niemieckiej fabryce zbrojeniowej. Po skończeniu wojny wrócił do szkoły Górskiego, w której w 1948 r. otrzymał świadectwo   maturalne. W tymże roku rozpoczął studia na dwóch wydziałach  UW: Prawa i Filozoficzno-Spolecznym.  W 1952 r. otrzymała dyplomy magistra na obu wydziałach. Ponadto przez rok studiował  na Studium Języków i  Zagadnień Wschodnich przy Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych; bez kontynuacji z powodu likwidacji Studium. W okresie  1952/52 przeszedł kurs wiedzy o Związku Radzieckim organizowany przez Instytut Przyjaźni Polsko-Rdzieckiej. W 1954 r. otrzymał  stanowisko asystenta W Szkole Głównej Służby Zagranicznej,  która wkrótce została przeniesiona – z Wydziałem Handlu Zagranicznego – do Szkoły Głównej Planowania i Statystyki, której w późniejszych latach przywróconą pierwotną nazwę: Szkoła Główna Handlowa. 

    W 1961 r. na Wydziale Prawa UW otrzymał tytuł doktora nauk prawnych , a w 1971 r. na Wydziale Prawa i Administracji UW – doktora habilitowanego.  W 1980 r. otrzymał tytuł naukowy profesora nadzwyczajnego nauk prawnych, w 1992 r. – profesora  zwyczajnego. W latach 2003-2006 oraz 2007-2010 wybierany był na członka Komitetu Nauk Prawnych PAN. W 1990 osiągnął wiek emerytalny, ale do swojego Jubileuszu 90-tych urodzin  w 2019 r. kontynuował prace w Szkole Głównej Handlowej na zasadzie jedenastomiesięcznych okresów zatrudnienia.

    Zmarł w wieku 93 lat 25 sierpnia 2023 r. Pochowany na Starych Powązkach.

    Źródła:

    A.Całus – Wejście w problematykę Wspólnot Europejskich\Zbiór opracowań 1960-1997

    A. Całus – Blaski i cienie legislacji Uni Europejskiej na bazie wspólnot europejskich\Zbiór opracowań 1995-2019

    A. Janik (red.) – Studia i rozprawy\Księga Jubileuszowa dedykowana profesorowi Andrzejowi Całusowi, Szkoła Główna Handlowa w Warszawie,  2009


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33
    Stefan Wiechecki „Wiech”

    ZANIM WIECHECKI ZOSTAŁ WIECHEM

    Otóż mając lat dwanaście napisałem do magazynu „Wiarus” nowelę. Tytułu już sobie nie przypominam, ale był równie wstrząsający jak i fabuła, która opiewała dramatyczny koniec literata, umierającego z głodu w nieopalanej izdebce, oczywiście na poddaszu, przy dwudziestu ośmiu stopniach mrozu podłóg Celsjusza. Utwór posłałem pocztą incognito, i łatwo sobie wyobrazić moją radość, gdy w następnym już tygodniu ujrzałem swoje dzieło w druku, opatrzone mrożącą krew w żyłach ilustracją.

    Przedtem jeszcze poznałem uroki autorskich i scenicznych triumfów biorąc udział w przedstawieniach amatorskich, urządzanych w mieszkaniu mego serdecznego podwórkowego przyjaciela, Władzia Koniecznego. Po prostu któregoś dnia postanowiliśmy z Władkiem zostać aktorami. (…)

    Tak, że występowało się tu i tam, ale główną działalność teatralną uprawiałem w swojej szkole. A było nią ośmioklasowe Gimnazjum Filologiczne Wojciecha Górskiego, mieszczące się w Warszawie przy ulicy Hortensji (dziś Górskiego). Tu przeżyłem pierwsze potyczki z cenzurą. Stanowił ją sam dyrektor Górski. Świetny pedagog, wychowujący młodzież własnymi, nowoczesnymi, jak owe czasy, metodami. Między innymi należał do nich stały teatr szkolny, prowadzony przez uczniów.

    Jednym z kierowników tego teatru byłem przez jakiś czas ja. Jako słuchacz szóstej chyba klasy. Ponieważ oprócz powołania aktorskiego czułem jeszcze iskrę bożą w kierunku dramaturgii, dostarczałem teatrowi potrzebnego repertuaru, czyli tak zwanych wówczas komedyjek.

    Dyrektor Górski mimo swego liberalnego stosunku do naszej sceny Wymagał jednak przedstawiania sobie do akceptacji utworów, które miały być wystawiane. Oczywiście krępowało to górne loty etatowego dramaturga. Napisałem właśnie wspaniały skecz pod tytułem Na wakacjach, kończący się płomiennym pocałunkiem między bohaterami: uczniakiem i pensjonarką. Naturalnie szans na przejście przez cenzurę utwór, moim zdaniem, nie miał żadnych. Ale bardzo nie chciałem, żeby dzieło nie zostało stracone dla potomności. Postanowiłem więc wystawić je warunkowo, wykorzystując fakt, że dyrektor wyjeżdżał często na niedzielę do swojego miasteczka w Grójeckiem. O ile więc „Góral” wyjedzie skecz stanowiący jeden z numerów programu idzie. W przeciwnym razie oczywiście odpada. Wszystko składało się doskonale – Pedagog wyjechał.

    Przedstawienie się odbywa. Ja w roli sztubaka prowadzę kunsztowny flirt z najwybitniejszą naszą „aktorką”, autentyczną pensjonarką z gimnazjum żeńskiego pani Lange, i nagle w momencie zbliżającego się pocałunku dochodzi mnie zza kulis przejmujący szept któregoś z kolegów „artystów”:

    – Góral na sali!

    Rzucam okiem na widownię i rzeczywiście spostrzegam stojącego przy drzwiach w głębi sali dyrektora. Jest w swojej czarnej długiej pelerynie, ręce ma skrzyżowane na piersiach, patrzy na mnie surowo. Przyznam się że dusza uciekła mi w pięty. Pocałunek jednak został wykonany. Właściwie nie był to pocałunek, raczej szturchnięcie nosem w oko. I to podobno dość mocne. Rzecz dziwna, ale wszystko skończyło się dobrze. Dyrektor wezwał mnie nazajutrz do siebie i oświadczył, że jest mu bardzo przykro z powodu tego braku zaufania do niego.

    – Zasmuciłeś mnie, dziecię, przecież ja bym ci to puścił. To było zgrabne i bardzo przyjemne. A „dziecina” pod wąsem (bardzo wcześnie mi się sypać zaczęły) siedziała na brzegu krzesełka I myślała sobie:

    • Gadaj zdrów kochany dyrku. Nie puściłbyś!

    Do dziś nie wiem jakby to było. Tylko tyle zostało mi po tej rozmowie, że podczas wieczorów autorskich, miewanych dość często, zawsze patrzę w głąb sali, czy przy drzwiach ktoś nie stoi. Wtedy bardzo ściśle trzymam się tekstu przejrzanego przez odpowiednie instancje.

    Niezależnie od występów na scenie szkolnej grywałem gościnnie, jak się rzekło wyżej, gdzie się dało. Ten nadmiar zajęć teatralnych powodował, że na mozolne studiowanie programu gimnazjalnego czasu miałem niewiele. Toteż niektóre ciekawsze klasy powtarzałem. Na szczęście zacny dyrektor Górski wprowadził w swojej szkole ustrój semestralny – półroczny. Zamiast ośmiu klas było szesnaście semestrów. Tak, że oblany uczeń tracił na powtórkę tylko sześć miesięcy zamiast całego roku. Korzystałem czasem z tego udogodnienia, co w rezultacie dawało mi co pewien czas nowych kolegów. Dawniejsi odchodzili, ale przybywali inni, często nawet sympatyczniejsi. W każdym razie powiększało się grono młodych ludzi, o których mogłem mówić, że byli moimi kolegami. I dziś nie wiem, czy jest ktoś jeszcze w Warszawie rozporządzający taką ilością byłych kolegów szkolnych .

    Stawało się to czasem jednak przyczyną drobnych przykrości. Nie znając dokładnie nowych towarzyszy szkolnej doli, padałem ofiarą fałszywych informacji. Oto na początku pewnego semestru zostałem wywołany do tablicy przez nauczyciela algebry. Kazał mi rozwiązać jakieś równanie, zrobiłem to, ale nie będąc specjalnie pewny swoich wiadomości w dziedzinie nauk ścisłych, rozglądałem się po klasie, szukając aprobaty. Przede wszystkim zwróciłem uwagę na siedzącego w pierwszej ławce prymusa, o którym słyszałem że jechał na samych piątkach.

    Speszyłem się, bo prymus przecząco kręcił głową. Starłem więc rozwiązanie gąbką I napisałem inne. Znakomitość klasowa tym razem potwierdziła, wynik kiwając nosem na znak zgody. Pewny więc swego czekałem spokojnie, aż nauczyciel oderwie oczy od jakichś swoich notatek i spojrzy na tablicę. Spojrzał i postawił mi dwóję. Okazało się, że ierwsze moje rozwiązanie było dobre. Na pauzie wściekły dopadłem prymusa:

    – Świnia jesteś, nie kolega, wisz?

    Nie wiedział o co mi chodzi. Okazało się, że miał tik nerwowy polegający na przeczącym kręceniu głową, bądź też kiwaniu nią na przemian. Starsi jego koledzy wiedzieli o tym, ja -drugoroczniak – wpadłem.

    Za to w języku polskim powodziło mi się nieźle. Ale też nie udało mi się osiągnąć zbyt wysokich ocen. Może dlatego, że musiałem pisywać zazwyczaj dwa ćwiczenia. Jedno za siebie, drugie za wiernego swego przyjaciela, Stefana Kłosowskiego. W rezultacie za klasówki Stefan zbierał piątki, a ja musiałem się kontentować trójką z plusem. Nie starczało mi już inwencji twórczej na drugie ćwiczenie, pierwsze było bowiem dla przyjaciela. W dodatku musiałem Je pisać „prostym charakterem”, a swoje pismem pochyłym, żeby się nauczyciel „nie pokapował”.

    Jednak te drobne szkolne przeciwności losu nie były w stanie oderwać mnie od teatru. Mnożyły się przedstawienia, w których brałem udział, a wreszcie zostałem członkiem stałej amatorskiej trupy grywającej pod firmą Teatr Popularny w sali Związku Rzemieślników Chrześcijan, przy ulicy Kaliksta 5. Dziś ta ulica nazywa się Śniadecki, a z gmachu związku nie zostało śladu. Tu, szybko awansując, zająłem wkrótce stanowisko drugiego amanta (tak, tak!), kreując najrozmaitsze postacie w mrożących krew w żyłach dramatach z szerokiego repertuaru teatrów ludowych, jak Dwie siostry, Roznosicielka chleba, Głośna sprawa, Tajemnice Warszawy (to były tytuły, co?) Bądź też w wodewilach Krakowskie zuchy, Stare miasto, czy Królowa Przedmieścia. Byłem nawet Winicjuszem w przeróbce z Quo vadis i Ketlingiem w Hajduczku adaptowanym z Pana Wołodyjowskiego przez kierownika naszego teatru zawodowego, świetnego niegdyś aktora Teatru Krakowskiego, Józefa Popławskiego, zwanego powszechnie Plasiem.

    Naturalnie grywałem pod pseudonimem: Stefan Gozdawa. Tego Gozdawę pożyczyłem sobie z jakiejś, nie pamiętam już jakiej, powieści Rodziewiczówny. Tak się tam nazywał pewien niesłychanie atrakcyjny bohater. Oczywiście, znakomity artysta dramatyczny Teatru Popularnego, Gozdawa, idąc na spektakl, czy też próbę, w bramie teatralnej pakował do kieszeni czapkę szkolną z dwoma zielonymi lampasami.

    Kepi wojska francuskiego nosi małpa od Górskiego” -mawiali o tych czapkach uczniowie Innych szkół warszawskich. Myśmy nazywali ją po prostu: kiepa. Oczywiście kiepa była ówczesnym zwyczajem stłamszona, pozbawiona wnętrzności, miała przełamany daszek i do kieszeni wchodziła stosunkowo łatwo. Łatwo też, drżący rano przed dwóją z fizyki, uczyń któregoś tam semestru zmieniał się wieczorem na scenie teatru w nieustraszonego bohatera dramatu Eugeniusza Sue, Wiktora Hugo czy Korzeniowskiego.

    Właśnie w Cyganach tego autora grałem rolę młodego, cygańskiego wodza, przed którym tańczyła, uderzając w tamburyno, śliczna szesnastolatka, czarnooka dziewczyna o wielkich zdolnościach choreograficznych. Na scenę zawodową nie poszła, ale przypadkowo wiem, co się z nią stało. Została moją żoną. Oczywiście w kilka lat później.

    Ztranskrybowane przez TurboScribe.ai.

    KOMENTARZ

    Zamieszczony powyżej tekst pochodzi z książki Stefana Wiecheckiego vel Wiecha: Piąte przez dziesiąte wydanej przez PIW w serii z syrenką w 1970 r.

    W Okruchach, na stronie www. wychowancygorskiego.pl, poświęcony jest Wiecheckiemu szkic: Wiech starszym kolegą Stefana Wyszyńskiego był, zawierający więcej danych biograficznych.

    Źródła:


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33
    EDMUND OSMAŃCZYK

    SZKOŁA GÓRSKIEGO. PIERWSZE DNI POWSTANIA WARSZAWSKIEGO

    Z PAMIĘTNIKA EDMUNDA OSMAŃCZYKA (nagranie TurboScribe (11.12.2025, 11:48:04)

    1 sierpnia. W gimnazjum Górskiego do niedzieli byli Kałmucy. We wtorek przyszedł oddział frontowych żołnierzy Niemców. Widziałem po południu majora, który przejmował gmach na koszary. Stary frontowy wyga, odznaczony wielokrotnie, widać, że żołnierz doświadczony, podobnie jak jego podwładni. Uzbrojeni przy tym kompletnie. Ciężkie i lekkie karabiny maszynowe, granaty, no i skrzynie amunicji. Przeciwko tej sile doświadczenia i materiału wystąpiło kilku chłopczyków z rewolwerami, z paroma magazynkami i butelkami z benzyną i naftą. Później, jak się orientuję, nadeszła pomoc. Przybyły trzy karabiny i trochę granatników. Przed powstaniem szkoła Górskiego była obserwowana jako przyszły cel do zdobycia.

    Wstaję więc od biurka przy oknie, kiedy słyszę strzały. Spoglądam na ulicę. Z gmachu gimnazjum Górskiego wyskoczyli żołnierze i ustawiają zasieki zamykające ulicę.

    Z bramy domu nr 3 pięciu chłopców, razem mających najwyżej 80 lat, strzela z rewolwerów do cofających się żołnierzy. Za chwilę już grają ciężkie karabiny maszynowe i rozrywają się granaty. To Niemcy odpowiadają na chłopięcą zaczepkę.Jest godzina czwarta minut piętnaście po południu. O wyjściu z domu nie ma już mowy. Słychać strzały na Szpitalnej i placu Napoleona. Jesteśmy odcięci, musimy czekać na wynik walki. Niemcy prażą mocno. Nie próbują jednak atakować bezpośrednio domu nr 3. Po prostu otworzyli ogień zaporowy i grzmocą po bruku, po bramie, po sklepach, po oknach pierwszego piętra. Powstańców nie widać. Nagle z czwartego piętra padają strzały na gimnazjum, a z kolejnych lecą granaty i butelki z benzyną i naftą.

    2 sierpnia Obudził nas grom na ulicy. Nie do wiary, Niemcy uciekali piwnicami na plac Napoleona. Gmach gimnazjum Górskiego w rękach Armii Krajowej. Ludzie wylegli na ulicę. Mały zaułek Warszawy, kilkaset metrów kwadratowych wolnej Rzeczypospolitej. Kobiety wybiegają z domów i niosą gorącą kawę, chleb i masło dla żołnierzy, polski żołnierz w zdobytych niemieckich koszarach.

    Na Szpitalnej wciąż jeszcze walki. To samo na Nowym Świecie. To tyle na temat zdobycia szkoły Wojciecha Górskiego przez oddział AK .

     

     

    wb

     

    KOMENTARZ Tadeusza Reindla „Tadzika”

    Edmund Osmańczyk był znanym dziennikarzem i publicystą, reporterem Polskiego Radia Powstańczego, podległego delegaturze rządu. Omawiana pozycja jest jego pamiętnikiem z powstania, opatrzonym bardzo ciekawym komentarzem na temat sojuszników i sytuacji politycznej. Dla nas ważne przede wszystkim jest to, że Osmańczyk był świadkiem działań powstańczych w naszym rejonie, ponieważ obserwował je z okien mieszkania przy Górskiego 4 i opisał właśnie w tej książce.

    Przed powstaniem szkoła Górskiego była obserwowana jako przyszły cel do zdobycia.

    Nie pamiętam szczegółów, jednak pamiętam, że brałem w tym udział i kręciłem się na ulicy Górskiego, chyba gdzieś w lipcu, sprzedając papierosy swojaki jako kamuflaż. Z obserwacji wynikało, że w szkole kwaterowali Kałmucy. Byliśmy o tym przekonani również w czasie akcji i później.

    Nie ma jednak żadnego powodu sądzić, że Osmańczyk, Polak urodzony w Niemczech i dezerter z Wehrmachtu w 1939 roku, mógł się pomylić. Jeśli się nie mylił, to mieliśmy dużo szczęścia, że Niemcy wystraszyli się i uciekli.

    OD REDAKCJI STRONY WWW

    Opublikowany przez Tadeusza Reindla fragment książki Edmunda Osmańczyka „Trzeba to opowiedzieć” wydanej przez wyd. Bellona w 1994 r. koresponduje z dwoma tekstami opublikowanymi wcześniej w książce „Pamiątka 125-lecia Szkoły Wojciecha Górskiego”: Ewy Cieplińskiej – „Z powstania do Pamiątki” i Tadeusza Reindla: „Z „Górskim” po trzykroć”. Ewa w czasie okupacji mieszkała w budynku szkoły na Górskiego 2, i zachowała traumatyczne wspomnienia z bombardowania 6 sierpnia: śmierci zasypanych gruzami ludzi, w tym trzymającej jej rękę dziewczyny o imieniu Wanda. Tadeusz opisał akcję zdobywania szkoły przez 3. Kompanię Batalionu „Kiliński” i jej obronę do 8 sierpnia, kiedy nastąpiło kolejne, finalne bombardowanie, po którym ze szkoły pozostały już tylko gruzy.

    Źródła:

    BIBLIOGRAFIA

    E. Osmańczyk – „Trzeba to opowiedzieć”, wyd. Bellona, 1994

    2. W. Brański (red.) – „Pamiątka 125-lecia Szkoły Wojciecha Górskiego” wyd. TWSWG, Warszawa 2004

    3. „Spojrzenie z boku” – Echo 166 /Informator Klubu 3. Kompanii Batalionu „Kiliński”; rok VII nr 3 (21) Warszawa, wrzesień 1997


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33
    STANISŁAW JAN ARCT

    STANISŁAWA ARCTA WSPOMNIENIE Z LAT SZKOLNYCH (1897-1900)

    Fragment wspomnień (Cała moja młodość) Stanisława Arcta z liczącej prawie 600 stron (sic!) książki Okruchy wspomnień wydanej w 1962 r. przez Państwowy Instytut Wydawniczy.

    Zgodnie z zaleceniem lekarskim przerwałem naukę i przez trzy lata pracowałem w stolarni. Powoli i stopniowo wracałem do nauki, najpierw w domu, a po trzech latach byłem już uczniem czwartej klasy Warszawskiej Szkoły Realnej, jednej z najlepszych szkół tego typu.

    Przy wszechwładztwie greki i łaciny zakłady średnie o kierunku matematyczno-przyrodniczym były na ogół nieliczne. Cała Kongresówka miała ich tylko trzy – w Warszawie, w Sosnowcu i w Kaliszu – podczas gdy gimnazjów klasycznych, cieszących się znacznie większymi względami władz oświatowych i gremiów profesorskich, było kilkanaście.

    Matura realna dawała wprawdzie prawo wstępu na politechnikę, natomiast na uniwersytet trzeba było zdawać dodatkowe egzaminy z języków starożytnych.

    Nic dziwnego, że rodzice starali się synów umieścić w gimnazjum klasycznym, a gdy tam nie było miejsca lub chłopak nie zdał egzaminu wstępnego, oddawali go do szkoły realnej. Ale i to nie było łatwe – Jedna szkoła na Warszawę! Na szczęście z pomocą przychodziły dwa zakłady prywatne: Pankiewicza* (później Trejdosiewicza) i Górskiego. Nie posiadały one jednak praw maturalnych, traktowane były, pomimo wysokiego poziomu nauczania, jako zło konieczne i wychowankowie starali się w toku studiów przenieść do wyższych klas szkoły państwowej. Co rok więc na egzaminach od czwartej klasy począwszy, był wielki ścisk.

    Kto nie zdał, miał jeszcze szansę po wakacjach, gdyż na początku roku szkolnego robiono obliczanie wolnych miejsc i wybierano kilku spośród odrzuconych, proponując im z reguły wstąpienie o klasę niżej. Przeważnie szczęśliwcy godzili się bez wahania: rok straty to drobiazg, kompensujący się kilkakrotnie niższą opłatą szkolną, od której można było uzyskać nawet całkowite lub częściowe zwolnienie.

    W maju roku 1900 zasiadłem do egzaminu wstępnego do klasy piątej. Szło mi niby świetnie, byłem dobrze przygotowany. Na ograniczonych liczbowo kompletach (było nas czterech) zorganizowanych przez Szlenkierów, uczyli tacy profesorowie jak Mieczysław Brzeziński, Przyroda, Paweł Sosnowski, Geografia, Zygmunt Wolski, Historia i Język Polski, jak i znakomity rusycysta, którego nazwiska nie pamiętam, języka obowiązującego.

    Nad matematyką męczył się ze mną Wacław Bromirski, wyjątkowo pedagogicznie uzdolniony student politechniki. On również był niejako korepetytorem do historii i geografii Rosji, przedmiotów – razem z rosyjskim – decydujących. Mieszkał u nas i w serdecznej przyjaźni ze mną, i z naszą rodziną, pilnował mojej pracy oraz zgodności jej z programem szkoły.

    Pomimo świetnego początku egzamin oblałem. Obciąłem się z historii i geografii. Cały nacisk w moim przygotowaniu położony był na wiadomości ogólne i na sprawy dotyczące Rosji. Zapomnieliśmy jednak wszyscy, że potrzebny będzie także bezmiar dat, faktów i nazwisk historii i geografii politycznej świata.

    Opowiadałem o zależności rozwoju historycznego i geograficznego krajów i ludów od ich położenia i warunków przyrodniczych, a pytano mnie o jakieś miasto w Abisynii lub kazano wyliczać dynastię Merowingów.

    Utartą, zwyczajowo drogą poszedłem do szkoły Wojciecha Górskiego. Niedługo tam posiedziałem. Po sześciu tygodniach wyreklamowała mnie Szkoła Realna. Profesorowie, a głównie inspektor Lebiediew (zwany popularnie z powodu wąsów Tarasem Bulbą) bardzo się martwili, że tak wyjątkowo dobrze wychowany i inteligentny mołodoj czełowiek nie będzie ich uczniem

    ———————————————–

    *Początkowo czteroklasowa filologiczna szkoła Jana Pankiewicza (1816-1899) powstała w 1873 r. (od 1876 – sześcioklasowa realna) istniała do 1894 r.

    .

     

    Nagranie TurboScribe (9.12.2025, 23:59:15) 

    Stanisław Jan Arct (!884-1962). Pochodził z zasłużonej rodziny księgarzy, drukarzy i wydawców działających na rynku księgarskim od 1836 do 1953 r. W czasie okupacji niemieckiej jego księgarnia była ośrodkiem konspiracyjnej prasy oświatowej i kulturalnej. Przygotowywane do wydania po wojnie prace spłonęły w powstaniu warszawskim.

    wb

    Źródła:

    S.J. Arct – Okruchy wspomnień PIW 1962


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33
    Z archiwum TWSWG

    DEDYKACJA W. GÓRSKIEGO (1919)

    W archiwum TWSWG jest egzemplarz książeczki <DUSZA LUDU W „PANU BALCERZE”> autorstwa tragicznie zmarłego syna Górskiego, Bohdana, wydanej świeżo po jego śmierci w 1914 r. Na stronie tytułowej znajdujemy małym drukiem wykonany wpis: CAŁKOWITY NAKŁAD PRZEZNACZONY NA KORZYŚĆ TOWARZYSTWA B. WYCHOWAŃCÓW SZKOŁY WOJCIECHA GÓRSKIEGO (Towarzystwo powołane zostało przez Górskiego w 1912 r.) Na rewersie tej strony – pięknym kaligraficznym pismem – wykonana jest dedykacja tego egzemplarza  dla wychowańca szkoły, Włodzimierz Masłowskiego, otrzymującego świadectwo maturalne w 1919 r. Wydaje się, ze warto przedstawić ten wpis wykonany ręką samego Wojciecha Górskiego. Postaci jego syna, absolwenta szkoły z 1911 r., poświęcony będzie oddzielny biogram.

     

     

     

     

     

    wb

    Źródła:


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33
    Jan Majdecki

    LIST JANA MAJDECKIEGO (2014)

    Jana Majdeckiego przedstawiać nie trzeba (warto jednak wiedzieć, że w jego rodzinie imię Jana noszą mężczyźnie z kolejnych pokoleń). Każdy, kto brał do ręki naszą „biblię”, czyli monografię „Wojciech Górski i jego szkoła”, dobrze wie, że tworzył ją Jan Majdecki wespół z Janem Lasockim. Wspierał też aktywnie, aż do śmierci pod koniec 2015 r., działania naszego stowarzyszenia. Godny polecenia jest Jego tekst „…i w miłości bratniej…”, zamieszczony  w „Pamiątce 125-lecia szkoły Wojciecha Górskiego 1877-2002”. Przytoczony tu list, adresowany do stowarzyszenia, daje przykład rzadkiej dziś maestrii języka i żarliwie wyrażanego przywiązania do tradycji „Kochanej Starej Budy”. Dla tego właśnie zdecydowaliśmy się zamieścić go w „Okruchach” na stronie www. stowarzyszenia.

    wb

    Źródła:

    J.Lasocki, J.Majdecki (red.) –Wojciech Górski i jego szkoła, PIW 1982

    W.Brański (red) – Pamiątka 125-lecia szkoły Wojciecha Górskiego 1877-20002, Tow. b. Wychowańców Gimnazjum pod wezw. św. Wojciecha dawniej Szkoły Wojciecha Górskiego, Warszawa 2004  


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33
    Autor nieznany

    WSPOMNIENIE O DR. KLARZE TRENKLER-OSTROWSKIEJ

    W pierwszym wydaniu książki „Wojciech Górski i Jego Szkoła” wymieniono prawie wszystkich nauczycieli i wychowawców którzy pracowali i uczyli w tej szkole w latach 1877-1950, a kilkunastu profesorom poświęcono nawet kilkustronicowe wspomnienia, opracowane przez ich wychowanków. Zapomniano tylko o kilku profesorach, a wśród nich o zasłużonej germanistce dr Trenkler-Ostrowskiej, która wykładała język niemiecki w szkole Górskiego w latach trzydziestych do końca roku szkolnego 1937/38. Była dobrym pedagogiem i sądzę, że każdy z żyjących jeszcze kolegów, kto był jej uczniem wyrazi podobną opinię. W całym jej postępowaniu widać było ogromne zaangażowanie w pracę dydaktyczną i uporczywe dążenie, aby swych uczniów nauczyć możliwie najlepiej języka niemieckiego. Przy tych zaletach miała jednak dużą wadę: była niesprawiedliwa w ocenie postępów swych uczniów. Jeśli polubiła kogoś spośród nich mógł on długo liczyć na jej pobłażliwość, jeśli do kogoś się uprzedziła prawie zawsze stawiała mu ocenę zaniżoną. Do tych nielicznych, którzy „podpadali” dr. Ostrowskiej, przeszkadzając, często w prowadzeniu jej lekcji należałem przede wszystkim ja, to też na moich semestralnych cenzurkach (szkoła Górskiego miała nowoczesny ustrój semestralny zbliżony do systemu akademickiego) obok dobrych ocen z języka polskiego, łacińskiego i historii widniała przez kilka lat ocena niedostateczna z języka niemieckiego. Nic więc dziwnego, że nie przepadałem za dr. Ostrowską, a zajęcia z języka niemieckiego były dla mnie ogromnie męczące, pełne napięć i stresu. Pewnego dnia, gdy któryś z kolegów przeszkadzał w prowadzeniu lekcji, dr Ostrowska będąc przekonaną, że to ja jestem winowajcą, „profilaktycznie” wyrzuciła mnie z sali. Rozżalony nie wytrzymałem nerwowo i opuszczając salę rzuciłem pod adresem germanistki słowo „Gorgonowa”!

    Był to rok 1933, poszlakowy proces Gorgonowej oskarżonej o zamordowanie Lusi Zarembianki, córki swego pracodawcy, z którym łączyły Gorgonową stosunki intymne, trzymał w napięciu mieszkańców całej Polski. Podzielili się oni wówczas w swych opiniach na dwie przeciwstawne grupy: tych którzy wierzyli w niewinność Gorgonowej (mniejszość!) i tych, którzy byli bezwzględnie przekonani o jej winie (znaczna większość, w tym prawie wszystkie kobiety). Słowo „Gorgonowa” było więc obrazą i tak też zostało ocenione przez dyrekcję szkoły i tylko dzięki interwencji kilku profesorów, u których miałem oceny dobre, nie zostałem wylany ze szkoły, lecz zawieszony w prawach ucznia na kilka dni. Oczywiście ze łzami w oczach przeprosiłem szczerze dr. Ostrowską i obiecałem poprawę, Ale zdawałem sobie sprawę, że moja sytuacja jest nie do pozazdroszczenia. Istotnie, pomimo że uczyłem się intensywnie języka niemieckiego (szczególnie gramatyki), ocena niedostateczna na koniec semestru stała się już oceną tradycyjną na mych świadectwach szkolnych.

    Aż w roku 1938 stał się cud! Doktor Ostrowska objęła lektorat z języka niemieckiego na UW, wobec czego zrezygnowała z prowadzenia zajęć w szkole Górskiego, a jej miejsce zajął nowy germanista. Rozpoczął swe zajęcia od dokładnego zbadania znajomości języka niemieckiego przez swych nowych uczniów. Na jednej z pierwszych lekcji nie tylko że dostałem ocenę dość dobrą, ale również został mi zniesiony warunek z języka niemieckiego. Od tej pory nie miałem już problemów z oceną języka niemieckiego, a na świadectwie maturalnym z marca 1939 r. znalazła się już ocena dobra.

    Ale mój kontakt dr Ostrowską nieoczekiwanie nawiązał się ponownie w czasie okupacji. W latach 1942-44 uczęszczałem do Państwowej Wyższej Szkoły Technicznej w Warszawie, gdzie oczywiście obowiązywał lektorat z języka niemieckiego. Jakież było moje zaskoczenie i przerażenie, gdy na salę weszła dr Ostrowska. Szczęśliwie nie zostałem przez nią rozpoznany(od opuszczenia przez nią szkoły Górskiego minęło kilka lat), a ja z wątłego chłopca wyrosłem na dobrze zbudowanego młodzieńca. Oczywiście bez trudu dawałem sobie radę na zajęciach z języka niemieckiego, a najczęściej nie słuchałem w ogóle tego co się działo na sali i odrabiałem zadania z matematyki lub fizyki.

    Pewnego dnia dr Ostrowska w czasie seminarium egzaminując słabszych uczniów z gramatyki niemieckiej, usiłowała dowiedzieć się od któregoś z kolegów, jakie rzeczowniki rodzaju męskiego należą do deklinacji słabej. Rozwiązując w tym czasie zadanie z mechaniki nie dosłyszałem zadanego koledze pytania kropka. A kolega ten w ogóle nie wiedział, jak odpowiedzieć, dr Ostrowska zaczęła mu podpowiadać: Der Ahn… Der Bär… I w tym momencie stało się ze mną coś dziwnego, zachowałem się jak stary, zepsuty zegar, który wskutek przypadkowego impulsu, zaczyna nieoczekiwanie wybijać zapomniane godziny, i nie pytany zacząłem bardzo szybko wyrzucać z pamięci potrzebne wyrazy… Der Ahn… Der Bär… Der Christ… Der Graf…Der Prinz… Der Fürst… Der Held… Der Hurt… Der Mensch… Der Mohr.. Der Tor… Der Narr… Der Ochs… Der Spac… Der Fink…

    Cała klasa wybuchnęła śmiechem zafascynowana sprawnością mej odpowiedzi. Wówczas dr Ostrowska skierowała do mnie pytanie:

    – Kto pana uczył niemieckiego w gimnazjum? To musiała być jakaś stara, ale bardzo dobra nauczycielka.

    Wtedy ja odpowiedziałem:

    – To właśnie była pani, Frau Doktor!.

    Cała sala ryknęła ponownie śmiechem. Ale dr Ostrowska nie zrażona tą reakcją ciągnęła dalej:

    – Tak, teraz sobie przypominam, był pan moim wzorowym uczniem, miał pan u mnie same piątki.

    Na to ja:

    – Nie, Frau Doktor, same dwóje.

    Teraz reakcja sali doszła do zenitu. Przez kilka minut śmialiśmy się wszyscy do rozpuku włącznie z doktor Ostrowską. A ja poczułem w tym momencie, jak bardzo bliska jest mi moja nauczycielka i jak wiele jej zawdzięczam. Ale i doktor Ostrowska zmieniła swój stosunek do mnie i zaczęła mnie darzyć dużym zaufaniem. Stałem się rzeczywiście jej wzorowym uczniem i oczywiście bez żadnych problemów zaliczyłem wszystkie kolokwia i egzaminy.

    Po wojnie, jeszcze w latach 60 utrzymywałem kontakt z doktor Ostrowską, przynosząc jej do sprawdzenia (mieszkała swej willi przy ulicy Malczewskiego) mą obfitą korespondencję niemiecko-języczną. Była zawsze miła ciepła i serdeczna. Pamiętała doskonale naszą zabawną wymianę zdań w czasie okupacyjnych studiów, ale coraz wyraźniej widać było, że dobiega kresu swoich dni. Aż któregoś dnia z głębokim smutkiem przeczytałam nekrolog o jej śmierci. Odszedł człowiek bardzo mi bliski, stanowiący cząstkę mej młodości i niezapomnianej, starej Szkoły Wojciecha Górskiego.

     

    KOMENTARZ

    Publikowany tekst pochodzi z materiałów archiwalnych pozostawionych przez poprzednie zarządy stowarzyszenia. Na luźnie zapisanych 4 kartkach maszynopisu nie ma nazwiska autora. Z treści wspomnienia wiemy, że był to maturzysta naszej szkoły z 1939 r. W księdze jubileuszowej („Wojciech Górski i Jego Szkoła” ) jest wykaz tego rocznika, mamy też jego fotografię zbiorową i wspomnienie Zygmunta Peukera zamieszczone w Opracowaniach w „Pamiątce 125-lciana…” i w okruchach na stronie www TWSWG. Może kiedyś uda się zidentyfikować autora tego interesującego i dowcipnie napisanego tekstu wspomnienia o dr. Klarze Ostrowskiej (z domu Trenkler), germanistce uczącej niemieckiego w szkole Górskiego.

    Zdjęcie zbiorowe maturzystów z 1939 roku z gronem pedagogicznym

    Co do samej bohaterki, to udało się uzyskać tylko kilka informacji. Urodziła się w 1889 r, zmarła w 1970. Od 1921  pracowała w Instytucie Germanistyki UW, w 1927 obroniła pracę doktorską i jako pierwsza kobieta w tym instytucie I uzyskała doktorat. W 1930 wzięła ślub, dodając do nazwiska rodowego – Ostrowska. W 1933 bez wątpienia pracowała już w szkole Górskiego jako nauczycielka niemieckiego. Z przekazu autora wspomnienia wiemy, że w 1938 wróciła do pracy na UW, kończąc nauczanie niemieckiego w naszej szkole.

    Cokolwiek by nie powiedzieć o bezimiennym tekście wspomnienia, to ostatnie jego zdanie prosi się o wypunktowanie i zapamiętanie:

    Odszedł człowiek bardzo mi bliski, stanowiący cząstkę mej młodości i niezapomnianej, starej Szkoły Wojciecha Górskiego.

    Źródła:

    1. Z. „Peuker Komentarz do fotografii maturalnej z roku 1939r w Pamiątka 125-lecia Szkoły Wojciecha Górskiego 1877-2002″, praca zbiorowa pod red. W. Brańskiego, nakładem TWSWG, Warszawa 2004

    2. https://bj.uj.edu.pl/zasoby-cyfrowe/baza-biogramow/

    3. https://www.germanistyka.uw.edu.pl/historia-instytutu/ .


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33
    autor nieznany

    IN REMEMBERANCE OF DR KLARA TRENKLER-OSTROWSKA

    The first edition of the book „Wojciech Górski and His School” lists almost all the teachers and educators who worked and taught at the school between 1877 and 1950, and several professors even received several-page memoirs written by their students. Only a few professors have been forgotten, including the distinguished Germanist Dr. Trenkler-Ostrowska, who taught German at Górski’s school in the 1930s until the end of the 1937/38 school year. She was a good teacher, and I believe that every surviving colleague who was one of her students would share a similar opinion. Her entire demeanor was evident in her immense commitment to teaching and her persistent desire to teach her students the best German possible. Despite these strengths, she had a significant flaw: she was unfair in assessing her students’ progress. If she liked someone, they could count on her leniency for a long time; if she had a prejudice against someone, she almost always gave them a lower grade. Among those few who „disliked” Dr. Ostrowska, often disrupting her lessons, was primarily my responsibility. My semester reports (Górski’s school had a modern semester system similar to the academic system) included, alongside good grades in Polish, Latin, and history, a failing grade in German for several years. It’s no wonder, then, that I didn’t like Dr. Ostrowska, and that I found German classes incredibly tiring, tense, and stressful. One day, when a classmate was disrupting her lessons, Dr. Ostrowska, convinced I was the culprit, „preventively” threw me out of the room. I was so upset that I lost my temper and, as I was leaving, I hurled the word „Gorgonowa” at the German teacher.

    It was 1933, and the circumstantial trial of Gorgonowa, accused of murdering Lusia Zarembianka, the daughter of her employer, with whom Gorgonowa had an intimate relationship, gripped residents of Poland. Their opinions were divided into two opposing groups: those who believed in Gorgonowa’s innocence (a minority!) and those who were absolutely convinced of her guilt (a significant majority, including almost all women). The word „Gorgonowa” was therefore offensive, and was viewed as such by the school administration. Only thanks to the intervention of several professors, with whom I had received good grades, was I not expelled from school, but suspended from my student rights for several days. Of course, with tears in my eyes, I sincerely apologized to Dr. Ostrowska and promised to improve. But I realized my situation was unenviable. Indeed, even though I studied German intensively (especially grammar), the failing grade at the end of the semester had already become the traditional grade on my school reports.

    Then, in 1938, a miracle happened! Dr. Ostrowska took over teaching German at the University of Warsaw, so she resigned from teaching at Górski’s school, and a new Germanist took her place. He began his classes by thoroughly assessing his new students’ German proficiency. In one of the first lessons, not only did I receive a fairly good grade, but my German language requirement was also waived. From then on, I had no more problems with German language assessment, and my high school leaving certificate from March 1939 already included a good grade.

    But my contact with Dr. Ostrowska unexpectedly re-established itself during the occupation. From 1942 to 1944, I attended the State Higher Technical School in Warsaw, where, of course, German was a mandatory language course. Imagine my surprise and dismay when Dr. Ostrowska entered the classroom. Luckily, she didn’t recognize me (several years had passed since she left Górski’s school), and I grew from a frail boy into a well-built young man. Of course, I easily mastered German classes, and most often, I ignored what was happening in the classroom and instead did my math or physics homework.

    One day, during a seminar, Dr. Ostrowska, examining weaker students in German grammar, tried to learn from one of her colleagues which masculine nouns belong to the weak declension. While solving a mechanics problem, I didn’t hear the question she was asking, period. And the colleague didn’t know how to answer at all, Dr. Ostrowska started giving him hints: Der Ahn… Der B ä r… And at that moment, something strange happened to me. I behaved like an old, broken clock that, due to a random impulse, suddenly starts striking forgotten hours, and without being asked, I began to quickly blurt out the necessary words… Der Ahn… Der B ä r… Der Christ… Der Graf…Der Prinz… Der F ü rst… Der Held… Der Hurt… Der Mensch… Der Mohr… Der Tor… Der Narr… Der Ochs… Der Spac… Der Fink…

    The entire class burst out laughing, fascinated by the efficiency of my answer. Then Dr. Ostrowska asked me a question:

    – Who taught you German in high school? She must have been an old but very good teacher.

    Then I replied:

    – That was you, Frau Doktor!

    The entire room roared with laughter again. But Dr. Ostrowska, undeterred, continued:

    – Yes, now I remember, you were my model student, you got straight A’s from me.

    To which I replied:

    – No, Frau Doktor, just the two of them.

    The reaction in the room now reached its peak. For several minutes, we all laughed until we couldn’t believe it, including Dr. Ostrowska. And I felt at that moment how close my teacher was to me and how much I owed her. Dr. Ostrowska also changed her attitude and began to place great trust in me. I truly became her model student and, of course, passed all my tests and exams without any problems.

    After the war, well into the 1960s, I kept in touch with Dr. Ostrowska, bringing her my copious German-language correspondence for her review (she lived in her villa on Malczewskiego Street). She was always kind, warm, and welcoming. She remembered our amusing exchanges during her studies under the occupation, but it became increasingly clear that she was nearing the end of her days. Then, one day, I read the obituary of her death with profound sadness. A person very close to me had passed away, a part of my youth and the unforgettable, old Wojciech Górski School.

    Group photo of high school graduates from 1939

    The published text comes from archival materials left by previous boards of the association. The four loosely typed pages lack the author’s name. From the memoir’s content, we know he was a 1939 high school graduate. The anniversary book („Wojciech Górski and His School”) lists that class, and we also have a group photograph

     of him and a remembrance by Zygmunt Peuker posted on the „Research” page of the TWSWG website. Perhaps one day we will be able to identify the author of this interesting and witty remembrance of Dr. Klara Ostrowska (née Trenkler).

    As for the heroine herself, only a few details have been obtained. She was born in 1889 and died in 1970. From 1921, she worked at the Institute of German Studies at the University of Warsaw, defended her doctoral dissertation in 1927, becoming the first woman to earn a doctorate at the institute. In 1930, she married, adding Ostrowska to her maiden name.

    By 1933, she was undoubtedly already working at Górski’s school as a German teacher. From the author’s account, we know that in 1938 she returned to work at the University of Warsaw, completing her German teaching at our school.

    Whatever one may say about the published, anonymous text of the memoir, this last sentence begs to be highlighted and remembered:

    A man very close to me, a part of my youth and the unforgettable old school of Wojciech Górski, has passed away.

    Źródła:

    1. Z. Peuker Commentary on the 1939 high school graduation photograph in Souvenir of the 125th anniversary of the Wojciech Górski School 1877-2002 , collective work edited by W. Brański, published by TWSWG, Warsaw 2004

    2. https://bj.uj.edu.pl/zasoby-cyfrowe/baza-biogramow/

    3. https://www.germanistyka.uw.edu.pl/historia-instytutu/ .


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33
    Konrad Górski

    O DOBRE IMIĘ WOJCIECHA GÓRSKIEGO

    Do redaktora „Nowin Literackich”

    W numerze 40 „Nowin Literackich” pan Benedykt Hertz w VIII cyklu swoich wspomnień pod tytułem „Na taśmie 70-lecia” charakteryzując stosunki szkolne w Warszawie z lat 1880- 1900, poświęca kilka słów również szkole Wojciecha Górskiego i jej twórcy. Mimo identyczności nazwiska, zresztą dość częstego w Polsce, pochodzę z zupełnie innej rodziny niż dyrektor Wojciech Górski ale muszę się ująć o Jego dobrą sławę i pamięć jako dawny wychowanek tej szkoły a później jej nauczyciel. Pan Benedykt Hertz oświadcza, że „chce mu się śmiać, gdy słyszy peany poświęcone Górskiemu jako bojownikowi polskości, a następnie przez odpowiednie zestawienie faktów sugeruje, że szkoła Wojciecha Górskiego była przede wszystkim obliczonym na interes przedsiębiorstwem handlowym. Przyjrzyjmy się nieco bliżej obu tym sadom.

    Poparciem dla owego śmiechu ze sławy Wojciecha Górskiego, jako bojownika polskości, ma być fakt, że gdy autor udał się do kancelarii szkolnej w sprawie młodszego brata, dyrektor Górski nie chciał z nim rozmawiać po polsku i nadał temu wyjątkowo drastyczną formę mówiąc „Nie panimaju pa Polski”. Otóż przytoczone przez samego Pana Hertza liczne szczegóły o prześladowaniu języka polskiego na terenie szkół są dostatecznie wymowne, aby zrozumieć jak wiele ryzykowałby ówczesny właściciel szkoły prywatnej gdyby to zupełnie nieznanego człowieka przychodzącego do kancelarii szkolnej w sprawie urzędowej mówił po polsku. Znam wielu dawnych wychowanków szkoły sprzed 1905 roku i wiem, że Wojciech Górski mówił z nimi po polsku, ale musiał naprzód wiedzieć z kim mówi. Nie wiem na jakiej podstawie pan Hertz uważa, że Wojciech Górski powinien był mieć do niego zaufanie od pierwszego wejrzenia.

    Po śmierci Wojciecha Górskiego w roku 1935 ogłosiłem artykuł poświęcony jego osobie i dla scharakteryzowania go użyłem następującego urywka z korespondencji Norwida: „U nas poświęcenie to jest dopiero, ażeby umieć s t r a c i ć wszystko dla sprawy,[…], ale u nas jeszcze nie pojmuje się poświęcenia jako zależące na tym ażeby wszystko z y s k a ć dla sprawy. I dlatego jest popiół.” Zdaje mi się że po ostatniej wojnie trafności tego spostrzeżenia nikt nie będzie podawać w wątpliwość. Wielkim i godnym podziwu jest oczywiście każde poświęcenie, ale czasem łatwiejsze bywa pójście na śmierć, efektowne stracenie wszystkiego dla sprawy niż wieloletnia uparta, nieustępliwa walka pozycyjna z wrogiem, aby ocalić i zyskać dla sprawy wszystko co w danych warunkach jest możliwe Otóż Wojciech Górski był bohaterem takiej właśnie zacięty i nieubłaganej walki o duszę polskiego dziecka. Jak ów syn Mickiewiczowskiej M a t k i P o l k i nauczył się „pod ziemię kryć z gniewem i być jak otchłań w myśl nie myśli niedościgły” i dlatego mógł powierzchownie sądzącemu człowiekowi wydawać się oportunistą czy ugodowcem, ale za to tam gdzie go nie mogły dosięgnąć szpiegowskie oczy i mściwe ręce wroga przeprowadzał swą zwycięską wolę, budził i utrzymywał wiarę, krzepił przykładem własnej niezłomności. I o tym mają coś do powiedzenia tylko ci co wiele lat z nim razem przepracowali, nie zaś przygodni interesanci przychodzący do kancelarii szkolnej w dobie Hurki i Apuchtina. A jeśli pan Hertz mi powie, że oparł swój sąd nie tylko na opowiedzianym epizodzie, ale także na relacjach jakichś byłych wychowanków tej szkoły, wówczas mu odpowiem „Tym gorzej dla nich! Widocznie nie budzili Wojciechu Górskim tyle zaufania, żeby mógł być z nimi szczery.

    Drugi zarzut raczej zasugerowany przez zestawienie ze szkołą Pankiewicza niż sformułowany expressis verbis, pobudza do refleksji, że pewne cechy, gdzie indziej poczytywane za cnoty, zazwyczaj są u nas przedmiotem pośmiewiska i publicznej dyskryminacji dyskwalifikacji. Wrodzona nasza lekkomyślność i powierzchowność sądu sprawia że człowiek rozumny i ostrożny uchodzi za tchórza, człowiek oszczędny i rachujący się z groszem za skąpca człowiek porządny i systematyczny wżyciu codziennym za pedanta i nudziarza itp.

    Wojciech Górski był sprężystym organizatorem, świetnym gospodarzem, człowiekiem o wielkich zdolnościach praktycznych i zmyśle rzeczywistości, to też udało mu się zacząć z gołymi rękami, a jednak doprowadzić do wybudowania wzorowego jak na ową epokę gmachu szkolnego i do stworzenia odpowiednich rezerw finansowych, które pozwalały mu na nieustanne doskonalenie szkoły i jej urządzeń. Ale stwierdziwszy to, nie wolno powiedzieć, że Jego szkoła była „dobrze postawionym handlowo i rentującym przedsiębiorstwem.” Bo jeśli mówi się coś podobnego w szkole i to w zestawieniu z drugą szkołą, Pankiewicza, która nie była obliczona na interes to tym samym daje się do zrozumienia, że Wojciech Górski robił wszystko dla zarobku nie zaś dla umiłowanej przez niego idei. Ale ci przez wiele lat patrzyli z bliska na życie codzienne tego człowieka wiedzą, że to był anachoreta i asceta, wyzbyty wszelkich osobistych potrzeb i pragnień, człowiek który żył tylko szkołą i dla szkoły. Ta stworzona przez niego instytucja wyhodowana i pieszczona jak najmilsze dziecko była jego marotą, jego maniactwem. przez pięćdziesiąt osiem lat prowadzenia jej do ostatniego tchnienia ulepszał ją i wzbogacał rozwijał i udoskonalał. Co miał z tego osobiście ten właściciel „rentownego przedsiębiorstwa”? Nic! Ani on ani jego rodzina, bo jeszcze za życia wyłączył szkołę z przeznaczonego dla swoich potomków spadku spadku, stworzył fundację społeczną w oparciu o Towarzystwo Byłych Wychowanków Gimnazjum Św. Wojciecha, a nawet zatarł w nazwie szkoły pamięć własnej osobie aby uczcić tylko swego patrona, a zarazem patrona Polski -św. Wojciecha. Zaiste, wszystko to są postępki nadzwyczajnie typowe dla właścicieli rentownych przedsiębiorstw!

    To też sąd pana Benedykta Hertza o Wojciechu Górskim winien zniknąć z książkowego wydania na taśmie 70-lecia bo nie licuje przede wszystkim z rangą pisarską znakomitego autora bajek. Każdy może się omylić i rzucić nieopatrznie jakąś nieprzemyślaną opinię o drugim człowieku, ale dopiero uporczywe trzymanie się takiego sądu dlatego tylko, że już raz został wypowiedziany, musiałoby wpłynąć na nasz stosunek do autora błędu.

    Konrad Górski

    („Nowiny literackie” 1948, nr 43)

     

    KOMENTARZ

    Kwerenda po publikacjach, w których znajdujmy wzmianki o szkole Górskiego, doprowadziła nas do zapisu polemiki Konrada Górskiego z Benedyktem Hertzem, autorem książki „Na taśmie 70-lecia. Znany i ceniony bajkopisarz, Hertz był felietonistą Literackich Nowin, autorem  szkiców, głównie o Warszawie z ostatniej ćwierci XIX w., w której przyszło mu spędzić dzieciństwo i młodość. Jego młodszy brat, Henryk, był uczniem u Górskiego (ale nie został absolwentem) co stworzyło okazję spotkania Benedykta z dyrektorem tej szkoły. To incydentalne wydarzenie stało się punktem wyjścia dla zamieszczenia krytycznych uwag o Górskim,  jako pedagogu i Polaku. Konrad Górski w liście do redakcji (dołączonym jako aneks do „Na taśmie 70-lecia”, przygotowanej do druku przez Ludwika B. Grzeniewskiego i wydanej przez PIW w 1966 r., w serii varsavianistycznej Biblioteki Syrenki) daje opis incydentu przytoczonego w książce i logicznie podważa niepoważne i niesprawiedliwe opinie głoszone przez Hertza. Nie wchodząc w szczegóły tego dyskurs dodać tylko można, że przywołane przez Hertza, w opozycji do szkoły Górskiego, gimnazjum realne Jana Pankiewicza, pomimo wielu zasług na niwie edukacji przetrwało tylko do 1882 r., podobnie zresztą, jak inne tego typu prywatne szkoły średnie. A szkoła Górskiego trwa do dzisiaj i ma się całkiem dobrze. Historia pokazała po czyjej stronie była racja. W niczym to nie umniejsza zasług pisarskich felietonisty, Benedykta Hertza, którego szkice są prawdziwą kopalnią wiedzy o życiu w Warszawie w końcu XIX wieku.

    wb

    Źródła:

  • Benedykt Hertz Na taśmie 70-lecia, PIW Warszawa 1966
  • Adam Massalski – Dyrektorzy szkół średnich w Królestwie Polskim w latach 1833-1862, Kieleckie Studia Pedagogiczne i Psychologiczne, T. 11/1996)


  • Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33
    ANDRZEJ GIERCZYŃSKI

    ŚWIADECTWO SZKOLNE Z 1949 R.

    Zamieszczone obok świadectwo szkolne ukończenia przez Andrzeja Jacka Gierczyńskiego  trzeciej klasy w roku szkolnym 1948/49 jest znamienne tym, że po raz ostatni pojawia się na  na nim stempel szkoły Wojciecha Górskiego. Jak wiadomo w 1948 r. została ona upaństwowiona i przekształcona  w  szkołę powszechną stopnia podstawowego, i tak świadectwo jest zatytułowane. Natomiast w akapicie dotyczącym promocji do klasy czwartej Szkoły Powszechnej Stopnia Podstawowego jest wykropkowanie z naniesionym stemplem: „SZKOŁA POWSZECHNA p.w. św. WOJCIECHA/ FUNDACJA GÓRSKICH/ Warszawa, ul. Smolna 30”.

    Trudno dzisiaj dywagować nad motywami działania władz oświatowych ówczesnego peerel`u, a w szczególności dopuszczenia na świadectwie nazwy nie istniejącej już wtedy szkoły Górskiego. W późniejszych latach to już się nie powtórzyło.

    W górnym prawym rogu świadectwa jest naniesiona nalepka Towarzystwa Burs i Stypendiów z wyszczególnioną kwotą 20 zł i słowami przeznaczenia tej kwoty „na Fundusz Stypendialny”.

    Towarzystwo Burs i Stypendiów Rzeczypospolitej Polskiej (TBS RP) działające w latach 1945-51 było wzorowane na przedwojennym „Towarzystwie Opieki nad Zdolną a Niezamożną Młodzieżą”  pomyślanym jako forma samopomocy społecznej. Głównym zadaniem TBS było zwiększenie możliwości jednakowych warunków kształcenia młodzieży robotniczej i chłopskiej z jednoczesnym oddziaływaniem wychowawczym.

    W grudniu 1951 r. rozporządzeniem Rady Ministrów Towarzystwo Burs i Stypendiów R.P. – mające statut wyższej użyteczności – zostało rozwiązane. Kolejny relikt „”burżuazyjnej” przeszłości odchodził do lamusa, a przed młodzieżą otwierała się świetlana przyszłość implantowana wprost ze Związku Radzieckiego.

    wb

    Źródła:

  • Archiwum rodzinne Andrzeja Gierczyńskiego
  • Stanisław Reymont TOWARZYSTWO BURS I STYPENDIÓW (1945-1951), https://pho.znp.edu.pl/files/2017/11/Rok-XVI-159_1973_s.-89_152.pdf1

  • Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33
    Elżbieta Kaczyńska (Wichrzycka)

    LUDWIK ERHARD WSPOMINANY PRZEZ ELŻBIETĘ KACZYŃSKĄ (WICHRZYCKĄ)

    Dobrze, że został napisany biogram (patrz strona: wychowancygorskiego.pl, zakładka Biogramy) Erhardta, maturzysty z 1951 roku.  Kiedy wspominam rówieśników, których znałam, utwierdzam się w przekonaniu, że był z nich wszystkich najmądrzejszy.  Nie przyjaźniłam się z nim, ale po cichu obdarzałam niemal podziwem, lecz to nie było zadurzenie podlotka; nawet mnie zdziwiło, jak kiedyś usłyszałam rozmawiające między sobą mamy koleżanek, które zachwyciły się tym  rudzielcem i jedna powiedziała: „jaki to interesujący młody mężczyzna” (wtedy nie mówiło się „sexy”).  Jeśli przyjaźnił się z kimś z klasy, była to Hanna Pukińska.  Łączyła ich muzyka – Hania grała na fortepianie i miała rozległą wiedzę muzyczną.  Często rozmawiali o musyce, o technice grania.  Od którejś koleżanki usłuszałam, że młodo zmarła, ale nie znalazłam o niej żadnych informacji.  

    Ludwik był nazywany przez nas Jurkiem, może to było jego drugie imię.  Robił wrażenie starszego, choć był rówieśnikiem moim i kilku najmłodszych w klasie osób.  Był, spokojny, refleksyjny, raczej powściągliwy.  Bardzo oczytany, bodaj najlepszy w przedmiocie „język polski”.  Moje wrażenie o nim kształtowało się pod wpływem krótkich uwag lub wycofywania się w milczenie, ironicznych uśmiechów, kiedy w rozmowie słyszał coś naiwnego czy głupiego.  Jedną wymianę zdań z Jurkiem (Ludwikiem) zapamiętałam dobrze.  Było to w 1951 roku przed maturą; przypadkiem szliśmy razem Nowym Światem i powiedziałam coś o wojnie w Korei, bo był „gorący” temat.  Wówczas powiedział spokojnie (to prawie cytat): jeśli podsumujesz liczbę ofiar Koreańczyków, jaką podają gazety, to okaże się, że już przewyższa liczbę mieszkańców całego półwyspu.  To było jak lekcja, która otwiera oczy, skuteczniejsza od lekcji krytycznego podejścia do propagandy, jakich udzielał mi ojciec.  Dzięki niej dopuściłam do siebie myśl, że może mój ojciec miewał czasami rację…  Mogę tylko żałować, że wcześniej nie odebrałam od niego takich lekcji.  

     

    Źródła:


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    PENSJA ŻEŃSKA – DLA CHŁOPCÓW REWIR ZAKAZANY?

    Krucza 44 po bombardowaniu w 1939 r.

    Antonina Walicka, wnuczka matki chrzestnej Adma Mickiewicza, była właścicielką i dyrektorką pensji żeńskiej w Warszawie założonej w 1902 roku. Pierwotnie była to pensja czteroklasowa z internatem, która w 1918 roku została przekształcona w ośmioklasowe gimnazjum humanistyczne, a następnie, zgodnie z reformą szkolnictwa, w czteroletnie gimnazjum i dwuletnie liceum. Szkoła mieściła się przy ulicy Kruczej 44 róg Nowogrodzkiej (a więc nie daleko od Hortensji 2, co mogło mieć znaczenie dla tego co dalej).  Antonina Walicka wycofała się z działalności oświatowej w 1935 roku i przekazała szkołę Towarzystwu Szkolnemu im. Antoniny Walickiej. We wrześniu 1939 r. budynek szkoły został zbombardowany, ale zajęcia szkolne były prowadzone w innym miejscu.

    W zapisie wspomnień jednej z wychowanek, Anny Hofmanowej – Muszyńskiej, jest frapująca wzmianka o konotatkach dobrze wychowywanych pensjonarek m. in. z chłopcami noszącymi kepi wojska francuskiego, czyli uczniami  Szkoły Górskiego.

    W czwartki na pensji był czas półrekreacji, co oznaczało, że lekcji było mniej. Okoliczność tę próbowali wykorzystać chłopcy z ze znanych gimnazjów męskich – powiedzmy w dzisiejszym języku – do randkowania. Pisali więc do wybranek liściki z zachętą wymknięcia się na wagary. Ale jaką drogą te westchnienia i romantyczne wierszyki mogły trafiać do adresatek? Przecież nie zwykłą pocztą. Przysłowie o potrzebie będącej matką wynalazków pasuje tutaj jak ulał. Otóż niektórzy nauczyciele oprócz zatrudnienia w pensji pani Walickiej mieli zajęcia w szkołach męskich. Nie żeby czynili to świadomie, ale nie wiedząc zapewne o tym w kieszeniach ich płaszczy liściki docierały na ulicę Kruczą i w końcu trafiały do rąk adresatek.

    Ileż czasu musiało minąć zanim chodzący do tej samej szkoły dziewczęta i chłopcy mogli dorastać razem, i z których – nieraz już po maturze – powstawały   pary małżeńskie. Może da się komuś zrobić zestawienie takich par uwzględniając oczywiście absolwentów LX Liceum.

    wb

    Źródła:

    Joanna Puchalska – Polki, które zmieniły wizerunek kobiety. Historia niezwykłych Polek, Wydawnictwo Muza, 2018

    Hanna Muszyńska-Hofmanowa


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33
    Mieczysław Metler

    TERESA WILBIK – ZE SZKOŁY WOJCIECHA GÓRSKIEGO DO KRÓLESTWA ILUSTRACJI

    Trzymam w rękach niedawno wydaną w Państwowym Instytucie Wydawniczym książkę, wspaniały owoc blisko pięcioletniej, mrówczej pracy Katarzyny Stanny. Już tytuł TERESA WILBIK JANUSZ STANNY W KRÓLESTWIE ILUSTRACJI mówi mi wiele, a jej treść, przeplatana licznymi, kolorowymi reprodukcjami, stanowi fascynującą opowieść o życiu i artystycznej twórczości rodziców Autorki na tle upływu czasu i drastycznych zmian uwarunkowań społeczno – politycznych. Teresa Wilbik i Janusz Stanny tworzyli wyjątkową parę popularnych artystów-ilustratorów książek i grafików.

    To był niezwykły moment w historii polskiej sztuki użytkowej – Polska Szkoła Ilustracji podążała za Polską Szkołą Plakatu, która wówczas święciła triumfy. Ponadto w okresie PRL-u w przypadku ilustracji książek dla dzieci nie obowiązywała cenzura, wobec tego ilustratorzy mogli sobie pozwolić na bardzo dużoujawniła artystyczną kuchnię rodziców autorka książki, profesor Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie.

    Wychowanków i sympatyków Szkół Wojciecha Górskiego w Warszawie i w Pamiątce oraz młodzież uczącą się obecnie w szkołach Jego imienia z pewnością zainteresuje fakt, że autorka dzieła o charakterze rodzinnej sagi, liczącej aż 838 stron, zamieściła także ciekawe wspomnienia o naszej szkole, do której mama autorki uczęszczała przez kilka powojennych lat. Dla klarowności cytowanych fragmentów dzieła córki tytułowej postaci, Teresy, dodam, że zarówno ona, jak i jej brat Jurek Wilbik, byli uczniami Szkoły Wojciecha Górskiego. Jurka, mojego szkolnego kolegi, dotyczy początkowa część obszernego rozdziału Bogurodzica, którą przytaczamy poniżej:

    W latach pięćdziesiątych dwudziestego wieku zakopiańskie wyjazdy należały do stałego kalendarza brata mamy – Jurka, ucznia elitarnej warszawskiej szkoły Wojciecha Górskiego. Jubileuszowa publikacja z okazji 125-lecia szkoły z 2004 roku przedstawia postać Jerzego Wilbika (matura 1952) jako znanego kolarza w kraju, wice mistrza Polski juniorów; uprawiającego też łyżwiarstwo szybkie, zdobywcę drużynowych mistrzostw Polski.

    Szkoła Górskiego szczyciła się rodowodem sięgającym czasów zaboru rosyjskiego. Pierwotnie, po otrzymaniu zgody władz rosyjskich pedagog Wojciech Górski otworzył 27 sierpnia 1877 roku czteroklasową Szkołę Realną. Jej szczytny cel: „Wychowanie młodzieży w wierze ojców naszych. Swoją misję pojmowała jako łódź ratunkową w okresie apuchtinowskim, kiedy szkoły podstawowe wyrzucały ze swoich podwoi młodzież na zatracenie za nieprawomyślność”. Do końca zaboru rosyjskiego (1914) szkoła nosiła nazwę Gimnazjum Męskie Prywatne pod wezwaniem św. Wojciecha. Hymnem szkoły była Bogurodzica. Lata II wojny zrobiły wyrwę w dziejach placówki. Ale już we wrześniu 1945 roku:

    W zburzonym prawie doszczętnie mieście szkoła Fundacji Anieli i Wojciecha Górskich podejmuje działalność edukacyjną i rozpoczynają się normalne lekcje. Początkowo w warunkach prowizorycznych w budynku przy ulicy Nowogrodzkiej 58, a pod koniec 1946 roku w gmachu częściowo odbudowanym po spaleniu przy ulicy Smolnej 30, gdzie przed wojną mieściła się szkoła im. Jana Zamoyskiego.

    Szkoła była jednym z najlepszych warszawskich gimnazjów. Przy niezwykle bogatej tradycji kultywowała patriotycznego ducha wśród swoich wychowanków. Lista absolwentów przypomina encyklopedię luminarzy polskiej kultury. Znaleźli się na niej: prymas Stefan Kardynał Wyszyński, profesor Stanisław Lorentz, Szymon Kobyłiński, Krzysztof Zanussi. Wśród licealnych kolegów wujka Jurka byli: przyszły dziennikarz sportowy Andrzej Martynkin, Mariusz Szafiański, Mietek Metler, Andrzej Świętochowski i Wojciech Noszczyk, wybitny chirurg. Podczas domowych prywatek u Wojtka funkcję cukiernicy pełniła połówka czaszki. Pozostała część oryginalnego szkieletu pochodząca z wyposażenia gabinetu lekarskiego jego ojczyma, profesora Dryjskiego, budziła respekt szkolnej młodzieży, niczym motyw vanitas na obrazach holenderskich mistrzów. Uczniowie szkoły Górskiego obowiązkowo chodzili w mundurkach i niebieskich czapkach kepi z czarnym daszkiem i zielonymi obszyciami. Powstała nawet międzyszkolna dogadywanka na ten temat: „W czapce kroju francuskiego idzie małpa od Górskiego, a tą małpą się zachwyca druga małpa od Staszica”. Robotniczo – chłopski charakter zmian politycznych po 1948 roku nie pozostawił wiele z charakteru szkoły.

    Najpierw wyeliminowano z nazwy szkoły jej patrona, św. Wojciecha: od 1948 r. oficjalnie używano nazwy „Prywatna Szkoła Ogólnokształcąca St. Licealnego, Fundacja Górskich”. A od września 1949 r. uczniowie – wielu z nich nie zdawało sobie nawet z tego sprawy – uczęszczali już do „Państwowej Szkoły Ogólnokształcącej, ul. Smolna 30”. Jednym dekretem, jednym podpisem zlikwidowano nie tylko prywatne, ale i społeczne szkolnictwo. I postanowiono wykarczować „zacofaną, reakcyjną tradycję”, tradycję siedemdziesięciu dwóch lat nieprzerwanej działalności edukacyjnej.

    W zachowanym dzienniczku ucznia z roku 1950/1951 figuruje z polecenia nowego dyrektora szkoły J. Szumańskiego następujący wpis: „Dyrekcja prosi rodziców o zmianę czapek szkolnych na bardziej demokratyczne”.

    W czasach, kiedy Szkoła Podstawowa p.w. św. Wojciecha Anieli i Wojciecha Górskich mieściła się jeszcze przy ulicy Nowogrodzkiej 58, uczęszczała do niej również Teresa. W spisie uczniów roku szkolnego 1946/1947 widnieje na liście klasy A, obok Krzysztofa Zanussiego, uczęszczającego do równoległej klasy B. (…)

    Powyższy tekst, stanowiący własność intelektualną autorki, podobnie jak treść całej książki, uzupełniają przypisy, wskazujące źródła lub poszerzające dany temat.

    Książka wywołała wiele moich, osobistych wspomnień i refleksji. O ile Janusza Stannego znałem i doceniałem tylko z Jego prac i zajmujących, atrakcyjnych wywiadów w mediach, to z Teresą Wilbik, jej bratem Jurkiem oraz mimo różnicy wieku z ich rodzicami – łączyły mnie więzy przyjaźni. Podobnie jak naszych rodziców, którzy utrzymywali częste kontakty towarzyskie.

    Teresa Wilbik, mama autorki, uczęszczała po wojnie do Szkoły Górskiego, a po ujawnieniu talentu w kierunku malarstwa przeszła do szkoły plastycznej przy ulicy Myśliwieckiej. Jej starszy brat Jerzy Wibik rozpoczął edukację na tajnych kompletach organizowanych przez Szkołę Górskiego w latach niemieckiej okupacji i otrzymał maturę w zmienionych okolicznościach w 1952 roku. Wspólnie chodziliśmy do „Górala”, w tej samej grupie ukończyliśmy studia na Politechnice Warszawskiej, razem ćwiczyliśmy na poligonach artyleryjskich w Lipie k/Kraśnika i słynnym Czerwonym Borze oraz odbywaliśmy praktykę w warszawskich wodociągach.

      Nowogrodzka 58 w 1945 r,

    W pierwszym, powojennym roku szkolnym 1945/1946 Fundacja Małżonków Górskich wznowiła zajęcia, już koedukacyjne (z próbą podziału na klasy A i B), korzystając z tymczasowo użyczonych pomieszczeń w ocalałej, starej, trzypiętrowej kamienicy po dawnej szkole zawodowej przy Nowogrodzkiej 58. Głód dostępu do edukacji był ogromny i podobne były trudności lokalowe oraz z wyposażeniem szkolnym. Brakowało wszystkiego, zimą – szczególnie ciepła, ponieważ pokoje były ogrzewane kaflowymi piecami opalanymi deficytowym węglem. Lekcje odbywały się na dwóch zmianach, porannej i popołudniowej, roczniki były łączone, a w małych klasach i wąskich klatkach schodowych panował trudny do opisania ścisk. Scenerię jak z obrazu Boscha „wzbogacał” fakt, że w budynku jakiś czas na jednej kondygnacji stacjonowali sowieccy żołnierze. Tak wyglądało w owym czasie „Królestwo Wojciecha Górskiego”, w którym Teresce, Jurkowi, mnie oraz naszym koleżankom i kolegom przyświecało szkolne hasło „W pracy, wiedzy i miłości bratniej przyszłość nasza”.

    Pamiętam dobrze wizyty i prywatki organizowane przez Wojtka Noszczyka, naszego kolegi z klasy, który w przyszłości został wybitnym chirurgiem, kontynuując rodzinne tradycje związane z tą profesją. Nie odnotowałem co prawda ponurego spotkania z opisaną w książce cukiernicą, pamiętam jednak, że szkieletem podebranym zapewne z gabinetu medycznego straszyliśmy z okna kamienicy przechodniów na ulicy Emilii Plater. Być może wzorem studentów wg opisu w Lalce Bolesława Prusa.

    Nie przypominam też sobie, aby tradycyjna pieśń polskiego rycerstwa Bogurodzica, była szczególnie popularna jako hymn powojennej szkoły Górskiego. Zapewne z powodu staropolskiego języka i trudnej do śpiewu melodii. Pomimo narastającej walki z Kościołem w PRL z powodzeniem zastępowały ją lekcje religii oraz niedzielne, szkolne msze święte i wielkanocne rekolekcje w kościele na Krakowskim Przedmieściu. Patriotyczną rolę spełniały również w pierwszych, powojennych latach zajęcia w szkolnej, 25. drużynie Związku Harcerstwa Polskiego imienia Stanisława Żółkiewskiego. Do dziś odbywają się 23 kwietnia w Warszawskiej Archikatedrze uroczyste, wieczorne msze święte upamiętniające św. Wojciecha, patrona szkoły oraz Wojciecha Górskiego, jej założyciela przed 147 laty. Integracyjne tradycje szkolne podtrzymują również comiesięczne spotkania Towarzystwa Wychowańców Szkół Wojciecha Górskiego w gościnnym, historycznym lokum Towarzystwa Przyjaciół Warszawy na Starówce.

     

    W podejściu na Gubałówkę: Mietek Metler, Teresa Wilbik, Mariusz Szafiański (za nim NN) i Mańka Zalewska (II poł. lat 50. uw.)   W podejściu na Gubałówkę: Mietek Metler, Teresa Wilbik, Mariusz Szafiański (za nim NN) i Mańka Zalewska                (II poł. lat 50. uw.)

    Znakiem upływu czasu jest obecnie śpiewany hymn LX Liceum Ogólnokształcącego im. Wojciecha Górskiego przy ulicy Tołstoja w Warszawie. Powstał w roku przyjęcia przez szkołę imienia patrona (1988). Słowa napisał Andrzej Jarecki a muzykę skomponował Wojciech Trzciński, którego syn Stanisław uczył się w tym liceum i uzyskał maturę w 1991 roku. Hymn możemy usłyszeć na popularnym kanale You Tube: Hymn LX LO im. Wojciecha Górskiego w Warszawie (23.04.1988) (youtube.com)

    Na osnowie tego hymnu powstała także urocza piosenka szkolna dostępna pod adresem: (3) Piosenka LX LO im. W. Górskiego w Warszawie (TVP-1988 rok) – YouTube

    Książkę Katarzyny Stanny mogę z ręką na sercu polecić wszystkim, nie tylko zainteresowanym polską, powojenną sztuką i jej sukcesami oraz intrygującym tłem historycznym. Znajdą w niej także perełkę o tradycjach naszej Alma Mater, dumnej szkoły Wojciecha Górskiego w trudnych latach powojennych. A migawki z tamtych lat pozostały na wielu fortunnie zachowanych zdjęciach. Kilka z nich ilustruje też moje wspomnienia.

    Źródła:

  • Katarzyna Stanny Teresa Wilbik Janusz Stanny w królestwie ilustracjI, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2024

  • Jan Lasocki, Jan Majdecki (red.) – Wojciech Górski i jego szkoła, Państwowy  Instytut Wydawniczy (Biblioteka Syrenki) 1982

  • Jednodniówka Jubileuszowa 1877 – 1947 Szkoły Fundacyjne p.w. św. Wojciecha, Warszawa 1947

  • Wojciech Brański (red.) Pamiątka 125-lecia Szkoły Wojciecha Górskiego 1877-2002, TWSWG Warszawa 2004:


  • Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33
    Mieczysław Metler

    ANDRZEJ ŚWIĘTOCHOWSKI „PSITA”wspomnienie szkolnego kolegi

     

    Andrzej Świętochowski „Psita”

    Był ciepły wrzesień 1951 roku. W dawnej szkole Wojciecha Górskiego rozpoczynał się nowy rok szkolny. Bogate, patriotyczne i edukacyjne tradycje naszej szkoły przykrywała tablica przy bramie wejściowej do budynku przy Smolnej 30 ze standardowym napisem „Państwowa Szkoła Ogólnokształcąca Stopnia Podstawowego i Licealnego”. Zmienił się też skład tzw. ciała pedagogicznego i dyrekcji. Na podstawie decyzji władz oświatowych Polski Ludowej dawni, lubiani przez nas profesorowie, często pracujący jeszcze przed wojną w szkole Górskiego, zostali z niej relegowani. Wśród nich znalazł się również wychowawca naszej klasy prof. Włodzimierz Izdebski. Z miesiąca na miesiąc wprowadzane były nowe reguły życia oparte na wzorcach sowieckich i sprzeczne z polską tradycją, także w dziedzinie edukacji. Było to apogeum szalejącego w Polsce stalinizmu.

    A dla mnie i kolegów z klasy był to szczególnie ważny rok szkolny, który miał się kończyć egzaminem maturalnym i uzyskaniem świadectwa dojrzałości. Nie potrafię przypomnieć sobie ile nowych twarzy pojawiło się w mojej klasie na początku września 1951, z pewnością kilka, ale jedną z nich pamiętam do dziś. Była to twarz Andrzeja Świętochowskiego, szczupłego, wysokiego młodzieńca o kędzierzawych, blond włosach oraz ujmującym, szczerym uśmiechu i takim też sposobie bycia. Niedawno przeniósł się wraz z rodzicami i młodszą siostrą Martyną z Bielska Białej do Warszawy i zamierzał ukończyć średnią edukację w szkole przy ulicy Smolnej. Być może przyczyniła się do tego renoma dawnych tradycji Szkoły Wojciecha Górskiego, gdyż mieszkał dość daleko, w ocalałej, nowoczesnej kamienicy przy ulicy Marszałkowskiej, tuż przed Placem Unii Lubelskiej. Byłem tam kilka razy i jako „przetrzebiony” Powstaniem 44 warszawiak mogłem podziwiać mieszkanie państwa Świętochowskich. Sprawiało na mnie wrażenie swoim gustownym, przedwojennym stylem, wraz z meblami, obrazami itp. wystrojem, przeniesionym. bez uszczerbku z Bielska – Białej. .

    Andrzej urodził się 23 stycznia 1935 r. Był potomek zasłużonego pozytywisty, pisarza, polityka i filozofa, Aleksandra Świętochowskiego, bardzo szybko zintegrował się z nami i brał czynny udział w życiu aktywnego środowiska w klasie 11A. Tak szybko, że został mu nadany tkliwy przydomek (patrz przypis). Wraz z naszą, całkiem pokaźną grupą maturzystów in spe, nie ulegał propagandzie szkolnych aktywistów Związku Młodzieży Polskiej. Z reguły uważali się za „marksistów” i głosili wieści, że dalsze studia wyższe będą dostępne tylko dla aktywnych członków ich związku, co dla wielu młodych Polakow miało okazać się bliskie prawdy. Preferując nauki ścisłe, Andrzej nie miał żadnych trudności z nauką przedmiotów humanistycznych, Cechowała go, jak zapamiętałem, wszechstronność zainteresowań oraz talenty, przejawiane w licznych kierunkach, choćby w sporcie. Podnoszona w górę poprzeczka na skoczni boiska szkolnego od ulicy Foksal oraz kolejne, coraz wyższe, udane skoki Andrzeja wzbudzały podziw magistra Paruszewskiego, zajmującego się naszym wychowaniem fizycznym. „Jeśli poświęcisz poważnie więcej czasu na sport, lekkoatletykę i skok wzwyż, to gwarantuję ci medal olimpijski” – padła całkiem poważna propozycja. Jak się jednak miało okazać Andrzej miał już wówczas inne, całkiem poza sportowe, zainteresowania. Ale była to sprawa niezbyt odległej przyszłości.

    Andrzej wykazał także  talent organizacyjny inicjując i doprowadzając do sukcesu współpracę naszej klasy z jego dawną klasą w liceum w Bielsku – Białej. Miała rozpoczynać się meczem koszykówki. Pojechaliśmy do Bielska, spaliśmy w dawnej szkole Andrzeja, a mecz z bielszczanami w szkolnej sali gimnastycznej przegraliśmy sromotnie, przy czym większość koszy strzelił i punktów zdobył dla nas Andrzej. Potem zrobiliśmy udaną wycieczkę na Śnieżnik i pełni wrażeń wróciliśmy do Warszawy. Niestety, dalsze perspektywy tej współpracy rozpłynęły się w narastających, po obu zainteresowanych stronach, emocjach przedmaturalnych.

    Był to bowiem czas naszych licznych zainteresowań, które urozmaicały szarą, pozaszkolną rzeczywistość, przez którą z trudem przebijali się nasi rodzice. Poczesne miejsce zajmowało kolekcjonerstwo. Zależnie od indywidualnych upodobań zbieraliśmy znaczki pocztowe, kolorowe widokówki, stare monety, harcerskie herby miast i odznaki sprawności, książki np. Karola Maya oraz wiele innych obiektów naszych kolekcjonerskich pasji. Kwitła wymiana. Próbowaliśmy z różnymi efektami pisać wiersze, a niektórzy z nas sprawdzali czy mają jakieś zdolności artystyczne.

    Pamiętam konkurs rysunkowo – „malarski”, w którym uczestniczyło kilku chłopców z naszej klasy. Jednoosobową komisją konkursową był starszy od nas mój kuzyn Stanisław Ostrowski, warszawski powstaniec i poeta, kierownik graficzny popularnego tygodnika ŚWIAT, którego redakcja mieściła się na Nowym Świecie, nieopodal naszej szkoły. Na moją prośbę Staszek oceniał nasze prace wystawione na szkolnym korytarzu.

    „Moi drodzy, uważam, że bezapelacyjnie zwyciężył ten kolega” – zabrzmiał werdykt Staszka, wskazującego na kilka prac Andrzeja Świętochowskiego. „Zarówno pod względem kompozycji, jak i doboru i układu barw” – dodał. Nie wiedział, że Andrzej „machnął” te kolorowe obrazki bez szczególnej atencji i zaangażowania, chyba na dzień przed spotkaniem.

    Wiosną 1952 Andrzej przychodził na lekcje w krótkich spodenkach, co budziło obiekcje profesora Włodzimierza Tarło – Mazińskiego.”Przecież możesz przypadkowo otrzeć się na korytarzu o jakąś koleżankę!” – uzasadnił staroświecką elegancją swoją dezaprobatę i wywołał tym eksplozję naszej wesołości….

    Dygresja. Nie wiedzieliśmy, że nasz zacny fizyk i filozof miał piękną, życiową przeszłość. Jako inżynier z wykształcenia był autorem prac badawczych oraz publikacji z dziedziny radiotechniki i łączności wojskowej. Poza tym masonem i aktywnym wolnomularzem w Polsce i Francji. Na przełomie lat 1948 – 1949 był kilka miesięcy więziony w Warszawie przez Urząd Bezpieczeństwa. W szkole posiadał rzadką umiejętność zainteresowania nas fizyką oraz jej rolą w życiu codziennym i we wszechświecie. Jego oryginalne lekcje oraz grupowe wizyty i dyskusje w jego mieszkaniu potrafiły przyciągnąć naszą niesforną uwagę. Z pewnością miały też znaczący wpływ na Andrzeja i przekonały go do wyboru tego kierunku przyszłej pracy naukowej. Podobnie na Wojtka Brańskiego, jak mi wspomniał ostatnio.

    Po maturze rozeszły się drogi wielu z nas. Andrzej dostał się na Wydział Łączności, utworzony w 1951 roku na Politechniki Warszawskiej, który cieszył się ogromnym zainteresowaniem i frekwencją. Studia wyższe ukończył terminowo i bez problemów. Nie pamiętam jakie były źródła tych wiadomości. Ale o tym, że tematem jego pracy dyplomowej był projekt wiertarki stomatologicznej z nowatorskim wykorzystaniem ultradźwięków, dowiedziałem się od Mariusza „Szafy” Szafiańskiego. .

    Poza nielicznymi, przypadkowymi spotkaniami w Warszawie, kontakt z Andrzejem odnowiłem wraz z grupką moich szkolnych przyjaciół podczas I Festiwalu Jazzowego w sierpniu 1956 w Sopocie. Andrzej zaskoczył nas nową, całkiem sprawną umiejętnością, gry na klarnecie, z którym nie rozstawał się w czasie festiwalu we wszystkich miejscach pobytu. Podziwialiśmy też jego oryginalny, jazzowo – hinduistyczny (?) ) anturaż. Występował boso, w granatowych kąpielówkach, luźno owinięty białym prześcieradłem i z kolorową krajką w grochy zawiązaną na lewej nodze powyżej kostki. Możemy go podziwiać na dołączonych zdjęciach.

    Festiwal był okazją do spotkania i kolejnej, okresowej integracji naszej szkolnej grupy przyjaciół na tle roli jazzu, jako symbolu nieskrępowanej wolności w ówczesnych okolicznościach politycznych i socjalistycznych ograniczeniach w PRL. W wydarzeniu uczestniczyło kilkadziesiąt tysięcy młodych ludzi – sympatyków jazzu i przeciwników komuny. Podobno przyczyniło się poważnie parę miesięcy później do przewrotu gomułkowskiego i „odwilży październikowej”. W każdym razie wielu polskich patriotów opuściło potem więzienia.

    Jazzowe inklinacje Andrzeja potwierdziły również informacje Wojtka Brańskiego. Któryś z jego kolegów ze studiów sięgnął wspomnieniami do poligonowego obozu wojskowego po pierwszym roku nauki, w którym uczestniczył Andrzej Świętochowski. W czasie tzw. zajęć własnych Andrzej zmontował coś w rodzaju fujarki i zabawiał kolegów – studentów wygrywając na niej popularny standard jazzowy „Alexander’s Regtime Band” (!). Cały „Psita”!

    Po sopockim festiwalu nie miałem już okazji do spotkań z Andrzejem. Według dochodzących do mnie wieści Andrzej Świętochowski, czyli dla nas „Psita”, ożenił się, miał dzieci i wcześnie uzyskał naukowy stopień doktora. Następnie, po latach sukcesów zawodowych w dziedzinie elektroniki, jak głosi fama – w efekcie transcedentalnej medytacji – opuścił Polskę, osiadł gdzieś w Europie Zachodniej (w Brukseli, czy w Londynie?) i stał się sławnym guru tajemniczej filozofii, mającej swoje korzenie w Indiach i co najważniejsze rzesze wyznawców. Podobno ktoś z naszych kolegów spotkał zagranicą Andrzeja. Był w grupie Hare Krishna, boso, z ogoloną głową, owinięty tkaniną i z bębenkiem wiszącym na piersiach. Być może oryginalny strój Andrzeja na sopockim festiwalu jazzowym był już wtedy pyłkiem na drodze do późniejszych, życiowych decyzji. Do dziś nie doszły do mnie o nim żadne, nowe wiadomości.

    Zwraca uwagę brak informacji w Internecie o jego życiu w Polsce i poza jej granicami, choć oryginalna osobowość Andrzeja w pełni na nie zasługuje. Na pewno stanowiłyby interesujące uzupełnienie okruchów wspomnień o niekonwencjonalnym koledze z naszej klasy.

    „Psita” – pomimo wielu starań nie udało mi się dotrzeć do źródła i przyczyn nadania przez nas tego żartobliwego przydomku Andrzejowi Świętochowskiemu. W Miejskim Słowniku Slangu i Mowy Potocznej (www.miejski.pl)  znajdujemy następującą definicję:

    Człowiek psita, który nie potrafi odnaleźć się w dzisiejszym świecie, jest niezaradny, wszystkiego się boi i często płacze jak dostanie niespodziewaną mukę.

    Z pewnością w tamtych czasach nikt z nas nie mógł znać powyższej etymologii tego miana. Natomiast jestem przekonany, że Andrzej miał całkowicie przeciwstawne cechy charakteru. Zatem ów przydomek został mu nadany na zasadzie przyjacielskiej sympatii jaką go obdarzaliśmy, przy nieświadomej antyfrazie słownikowej.

    Zdjęcia:

    1/Andrzej „Psita” Świętochowski

    2/ Nasza grupa z klasy w Szkole Górskiego w drodze do Swing Pawilonu, czyli gniazda jazzowej zgnilizny w Sopocie: Andrzej „Psita” Świętochowski (boso, w prześcieradle i z klarnetem), Mieczysław Metler z fletem, Mariusz „Szafa” Szafiański (w koszuli w kratę i czapce z gazety), Kazik Colonna Walewski (kolega Mariusza z PW, z ręcznikiem), Janusz Latoszek i przypadkowi przechodnie.

    3/ Popularne zdjęcie zbiorowe z Festiwalu. Kondukt prowadzi boso Andrzej „Psita” Świętochowski, Mariusz Szafiański (w koszuli w kratę) i Mieczysław Metler – pierwsi za trumną socjalistycznych „pieśni masowych”, a nie „starych szlagierów”, jak przypadkowo lub celowo podano w podpisie prasowym.

     

     

    Źródła:


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33
    Elżbieta Kaczyńska (Wichrzycka)

    NIECHCIANE PORZUCONE NAZNACZONE dzieci w modernizującej się Europie (od schyłku XVIII do początku XX wieku)

    SLOWO AUTORKI

    Zauważyłam, że wiele osób pokazuje swoje osobiste lub rodzinne osiągnięcia. Jest to wyraz doceniania osób zapoznających się z wpisami. Można to tak wyrazić: zależy mi, żeby te osoby zauważyły mnie, chcę się z nimi podzielić nie tylko moimi wątpliwościami, ale i radościami. Dodam jeszcze, że można wyróżnić postawę „skromną” (nie wypada się chwalić, „samochwała w kącie stała:…) i postawę, którą nazwę „amerykańską”. Objawiają się one w podaniach – o pracę, o stypendium, o dotację. Kiedy byłam młoda, panowała „szkoła skromna”: „mam nadzieję, że się przydam…”. „jeszcze wielu rzeczy nie umiem, ale będę się uczyć…” itp. Potem przyszła „moda amerykańska”: „jestem najlepszym kandydatem na to stanowisko”, „mam wysokie kwalifikacje, jestem bardzo inteligentny, mam wyobraźnię, jestem zaradny…” itd.Nie składam podania o środki na badania lub stanowisko, tylko ucieszyłoby mnie, gdyby ktoś wziął do ręki wydaną właśnie moją ostatnią (ostatnią w kolejności i ostatnią w ogóle) książkę, której okładkę zamieszczam. Może jeden z rozdziałów kogoś zainteresuje (rozdziały są następujące: Przedmowa; 1. Koncepcja „odkrycia” okresu dzieciństwa u progu nowoczesności; 2. Idźcie i rozmnażajcie się; 3 Demografia i ideologia: Kościół, Państwo, Biznes; 4. NN – „Bękart” jako kategoria społeczna; 5. Dzieciobójstwo; 6. Aborcja: homicide czy foeticide; 7. Pati Natae – dzieci niczyje; 8. Fragment dziejów podaży i popytu na rynku: hodowla dzieci; 9. Spór o rewolucję seksualną; Podsumowanie; Bibliografia).

     

    KOMENTARZ

    Urodzona w Polsce prof. Elżbieta Maria Kaczyńska, z domu Wichrzycka, mieszka obecnie w Kanadzie. W 1951 r. ukończyła  Liceum przy ulicy Smolnej 30, utworzone po upaństwowieniu Szkoły Wojciecha Górskiego. W Biogramach zamieszczony jest jej autobiogram,  pokazujący bogactwo dokonań naukowych naszej koleżanki, m. in. autorstwo ponad 150 książek z dziedziny socjologii i historii gospodarczo-społecznej, historii przestępczości i systemu karnego.

    Słowa autorki: ucieszyłoby mnie, gdyby ktoś wziął do ręki wydaną właśnie moją ostatnią (ostatnią w kolejności i ostatnią w ogóle) książkę wskazują na jej powściągliwość  w autopromocji, pomimo tego że aktualnie obraca się w środowisku, w  którym przyjęty jest amerykańskiego stylu życia i zabiegania  w tym stylu o promocję swoich dokonań.  Konieczne jednak  jest odróżnienie  pragmatycznej, rzeczowej informacji od zwykłego samochwalstwa.. W zalewie wydawnictw książkowych oraz  publikacji internetowych nadmierna skromność i obawa przed zarzutem samochwalstwa nie sprzyja z pewnością docieraniu do czytelnika dzieł wartościowych. 

    W okresie gorączki wyborczej 2025 roku okazało się, że jest jeszcze jeden sposób na promowanie swoich osiągnięć, który nazwać  można „metodą na Batyra”. Dla nie biorących jeszcze udziału w aktualnym życiu  politycznym – wyjaśnienie. Można wydawać książkę pod pseudonimem, znane jest to od dawna.  Przykładem może być pseudonim  Bolesław Prus używany przez Aleksandra Głowackiego. Natomiast nowością jest  chwalić dzieło wydane pod pseudonimem, nie ujawniając swojego  jej autorstwa.  Przełamawszy już barierę wstydu można iść dalej. Oto, fikcyjnego autora, działającego oczywiście incognito, można wykorzystać do omówienia  sylwetki i dokonań prawdziwego autora dzieła,  albo mówiąc wprost chwalić publicznie nieujawnianego  autentycznego autora, czyli… siebie samego. Jest to może  dość pracochłonna i kosztowna, ale bardzo skuteczna metoda samo promocji. Ciekawe, czy uzyska miano „polskiej metody”, bo przecież Polacy nie gęsi….

    wb

    Źródła:


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    POŚWIĘCENIE SZTANDARU SZKOŁY W 1921 r.

    Sztandar naszej szkoły został ufundowany już w czasach wolnej Polski, a uroczystość jego poświęcenia zbiegła się z nadaniem szkole formalnej nazwy i godła:

    Gimnazjum Męskie pod wezwaniem Świętego Wojciecha

    założone w r. 1877 przez Wojciecha Górskiego

    w Warszawie

    Na zielonej stronie sztandaru wyhaftowanego wcześniej, widniała poprzednia nazwa szkoły: Szkoła Średnia Męska, a nie Gimnazjum Męskie; dalej tak jak wyżej. Na drugiej stronie była wyhaftowana postać św. Wojciecha z napisem, którego nie udało się nam jeszcze dokładnie odtworzyć. 

    Dzień św. Wojciecha w 1921 r. wypadał w sobotę i prawdopodobnie dlatego uroczystości zostały ustalone na niedzielę 24 kwietnia i połączone z mszą świętą w kościółku przy ulicy Moniuszki. Ojcem chrzestnym sztandaru był Paweł Sosnowski, wieloletni nauczyciel Szkoły. To on przekazał sztandar w ręce Wojciecha Górskiego, który z kolei wręczył go swemu jedynemu synowi i zarazem, wychowankowi Szkoły. Jerzemu, mającemu w przyszłości przejąć dziedzictwo ojca. Aktu poświecenia sztandaru dokonał prefekt szkoły, ksiądz Henryk Zarembowicz. Oprawę muzyczną dała szkolna orkiestra. Po nabożeństwie zebrani w kościele wychowańcy, nauczyciele oraz zaproszeni goście odśpiewali razem „Boże coś Polskę…”, a drugi szkolny prefekt, ksiądz Mieczysław Węglewicz, wygłosił przemówienie dotyczące postaci przśw. Wojciecha. Potem nastąpił moment wręczenia sztandaru przez Jerzego Górskiego najdawniejszemu żyjącemu wychowańcowi szkoły, z przed 40 laty, Józefowi Matuszewskiemu, który idąc z pochodem przy dźwiękach orkiestry, doniósł go budynku szkoły przy ul. Hortensji. Tutaj, na dziedzińcu szkoły, Górski wygłosił do zebranych podniosłe przemówienie. Przemawiali jeszcze inni, m. in. wymieniony już Matuszewski i przewodniczący Koła Przyjaciół Młodzieży, mecenas Stefan Śliwowski.

    Jeszcze w tym samym 1921 r. wydana została kilkunastostronicowa „pamiątka” zawierająca opis uroczystości oraz tekst słowa wygłoszonego przez twórcę szkoły, a także tekst zatytułowany „Żywot Świętego Wojciecha”, autorstwa samego Adama Mickiewicza, z języka francuskiego na polski przetłumaczony przez syna wieszcza, Władysława Mickiewicza. W swoim przemówieniu Wojciech Górski obiecał obdarować specjalnym wydaniem tekstu „Żywota…” wszystkich uczniów na koniec bieżącego roku szkolnego.

    Relacjonując przebieg tych uroczystości nie sposób nie przytoczyć wygłoszonych słów z fragmentu przemówienia Wojciecha Górskiego, jak zawsze mądrych i pobudzających do przemyśleń.

    Obowiązkiem każdego jest pamiętać, że wcześniej, czy później musi się rozstać z tem co jest jego własnością moralną czy materialną – co ukochał, z czem się zżył, czemu życie poświecił. Pamięć o tej konieczności zniewala go do zabezpieczenia przyszłości swemu umiłowaniu, bez względu na to, czy to będzie dziecko, czy ideja, instytucja, czy jakiekolwiek posiadanie, będące owocem jego pracy, mozołu życia, jeżeli życie to miało treść, a nie było bezmyślnym sobkowaniem, pozbawionym wszelkiego ideału.(…)Dzieckiem mojego ducha, moich myśli, owocem moich trudów, była i jest moja szkoła, której jesteście wychowańcami – o jej egzystencję walczyłem za czasów moskiewskich. Jej udoskonaleniu poświeciłem i poświęcam wszystkie moje siły.

    Bibliografia

    1. Pamiątka poświecenia sztandaru Gimnazjum Męskiego pod wezwaniem ŚWIĘTEGO WOJCIECHA założonego w r. 1877 przez Wojciecha Górskiego w Warszawie, broszura, wydanie własne Szkoły Górskiego Warszawa 1921

    2. J. Lasocki, J. Majdecki – Wojciech Górski i jego szkoła, PIW 1982

    3. Z. Peuker – Sowa na sztandarze w Pamiątka 125-lecia szkoły Wojciecha Górskiego 1977- 2002, Warszawa 2004

    Komentarz

    Dzieje sztandaru dzieliły los szkoły, która została doszczętnie zniszczona w trakcie bombardowań miasta powstałego przeciw niemieckiemu okupantowi latem 1944 roku. Na nowy sztandar byli wychowańcy Szkoły musieli czekać 44 lat. To w roku 1988 patronem LX Liceum Ogólnokształcące został Wojciech Górski, a byli wychowańcy przekazali na ręce dyrektor liceum, pani Jolanty Lipszyc, sztandar ufundowany przez wychowańców. Z wielu względów sztandar ten nie był zwykłą kopią tego przedwojennego. Więcej na ten temat można dowiedzieć się z tekstu maturzysty z 1939 r., Zygmunta Peukera – Sowa na sztandarze, który znał z autopsji ten pierwszy i angażował się w wykonanie drugiego.

    Patrząc w kalendarz łatwo skonkludować, że pierwszy sztandar przetrwał tylko 23 lata, a ten drugi osiągnął już wiek 36 lat. I oby trwał jak najdłużej biorąc udział we wszystkich ważnych momentach życia szkoły noszącej imię Wojciecha Górskiego.

    Na załączonej kopii pierwszej strony broszury „Pamiątka poświęcenia sztandaru” obrazek przedstawiający obie strony (płachty) sztandaru jest bardzo marnej jakości, ale dotychczas nie udało się pozyskać lepszej kopii.

    wb

    Źródła:


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    KARTKA/IDENTYFIKATOR PRZYJĘCIA DO SZKOŁY

    Sztywna kartka formatu zwykłej pocztówki, z jednej strony dobrze nam znany malarski portret św, Wojciecha,  z drugiej – nazwisko  i imię ucznia: Wesołowski Mieczysław, informacja o intencji  upamiętnienia wstąpienia do gimnazjum, dalej semestr na który został przyjęty i oczywiście dewiza/nie przemijające przesłanie szkoły Górskiego: W pracy, wiedzy i miłości bratniej przyszłość nasza.  Data wpisu:17Xi1932

    Wymieniony na kartce Mieczysław Wesołowski rozpoczął naukę u Górskiego w wieku 8 lat. Zginął w Powstaniu mając 22 lata. Krótka biografia obu braci Wesołowskich Mieczysława i Ryszarda jest dostępna w zakładce Biogramy. Chwała bohaterom!

    Źródła:


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33
    Wojciech Górski

    JAK ZOSTAĆ CZŁONKIEM TOWARZYSTWA WYCHOWAŃCÓW

    Jak zostać członkiem Towarzystwa Wychowańców?

    Nareszcie!  Od teraz  każdy chętny może zostać zaliczony w poczet członków rzeczywistych Towarzystwa b. Wychowańców gimnazjum pod wezwaniem Ś-go Wojciecha, dawniej szkoły Wojciecha Górskiego. Co prawda ze wskazaniem numeru w Księdze Głównej  mogą być kłopoty, ale  wymienienie epoki, w której byli uczniami szkoły wydaje się proste. Należałoby jednak pospieszyć się z powołaniem na znanych sobie członków Towarzystwa, bo liczba  ich w ostatnich latach znacznie zmalała… Wydatek na roczną składkę – 6 rubli nie wydaje się wygórowany. Ale co tam! Oddajmy głos samemu Górskiemu:

    Wszak nieobojętną jest rzeczą dla społeczeństwa – to co dzieje się z jego synami, przeważnie z dala od rodzinnego gniazda kształcącymi się – jak kiełkuje nasienie  rzucone  w dusze młodzieży  przez szkołę polską – czy nieprzyjaciel nie zasiał kąkolu (…) na wszystkie te pytania podyktowane  obawa o przyszłość narodu winna dać odpowiedź szkoła, która młodzież wychowuje,  jeśli pragnie posiadać nadal zaufanie swego społeczeństwa. (…) Korzystam  ze sposobności, aby polecić Waszej Pamięci Drodzy Przyjaciele Towarzystwo byłych wychowańców mojej szkoły, założone w m. marcu ubiegłego roku, które już tak pięknie zaznaczyło się przyznaniem pożyczek bezprocentowych 14 stowarzyszonym na sumę 1700 rubli. Wszyscy powinniście  być członkami  Towarzystwa, nie wolno wymawiać się niemożnością złożenia 6 rubli rocznie na   ołtarzu jedności koleżeńskiej – taką sumę przy dobrej woli można zawsze zebrać z groszowych oszczędności nawet przy szczupłych środkach utrzymania  trzeba tylko prawdziwie chcieć.

    Kto pojmie jak wielce doniosłe  znaczenie w naszym kraju, skołatanym nieszczęściami, ma zasada „viribis unitis”[silni razem], kto nosi w sercu wdzięczność dla uczelni polskiej i dba o  przyszłość młodzieży kończącej ją, potrzebującej pomocy po opuszczeniu murów szkolnych, kto na koniec nie chce głęboko zasmucić szczerze kochającego Was przyjaciele, winien zapisać się niezwłocznie na członka, jeśli do tej pory tego nie uczynił (Biuro Towarzystwa mieści się kancelaryi szkolnej), mogą zapisywać się  nie tylko maturzyści, lecz wszyscy uczniowie, bez względu na to ile lat uczęszczali)k

    Komentarz

    1.Na druku zgłoszenia wymienione są epoki: Apuchtinowska, Pseudowolnościowa i Niepodległej RP. Trzeba przyjąć, że ta ostania trwała do 1939. Po niej nastąpiła epoka, którą można nazwać Okupacyjną (od 1939 do z 1945) i epoka Pookupacyjna (od 1945 do 1948 r.), a po niej Peerelowska  (od 1948 do 1989 r.) Aktualnie od 1990 r. mamy epokę Trzeciej RP.

    2, Jeśliby ktoś z czytelników tego okruchu wspomnień zechciał zapisać się do Towarzystwa Wychowańców obecnie, to informujemy że składka roczna wynosi 50 zł, a  wymóg powołania się na  członków Towarzystwa (wprowadzających) nie jest konieczny,  ze względu na dramatyczny spadek ich liczby w ogóle.

    wb

    Źródło tego okruchu

    Wojciech Górski do swoich byłych wychowańców (po roku 1905),  broszura z dołączoną listą: „Ukończyli szkołę 8-klasową filologiczną Wojciecha Górskiego i otrzymali maturę” (dotyczy lat  (1905 – 1921)

     

    Źródła:


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    13 HASEŁ PIERWSZOMAJOWYCH

    Hasła Komitetu Centralnego PZPR na dzień 1 maja 1952

    1. Niech żyje 1 Maja, dzień międzynarodowej solidarności mas pracujących, dzień braterstwa wszystkich ludów walczących o pokój, demokrację i socjalizm!

    2. Pozdrawiamy Wielki Związek Radziecki – bratni kraj budowniczych komunizmu, niezłomna ostoję pokoju i wolności narodów, gwiazdę przewodnią ludzkości!

    3. Pozdrawiamy Wielkiego Stalina, niezłomnego przyjaciela narodu polskiego, wodza i genialnego nauczyciela, wszystkich bojowników o pokój, niepodległość, demokrację i socjalizm w całym świecie!

    4. Niech żyje braterstwo i niewzruszony sojusz narodu polskiego z narodami ZSRR – źródło naszych zwycięstw, gwarancja naszej niepodległości i budownictwa socjalistycznego!

    5. Chwała niezwyciężonej Armii Radzieckiej, wyzwolicielce ludów, potężnej strażniczce pokoju i wolności narodów!

    6. Pozdrawiamy bohaterski naród koreański walczący o wolność swej Ojczyzny przeciw zbrodniczemu najazdowi amerykańskich imperialistów!

    7. Pozdrawiamy wielki naród chiński odpierający zwycięsko zbrodnicze napaści amerykańskich ludobójców i tworzący pod wodzą Mao Tse-tunga nowe, wolne życie!

    8. Pozdrawiamy bratnie narody krajów demokracji ludowej Czechosłowacji, Węgier, Rumunii, Bułgarii, Albanii budujące socjalizm, i wzmagające siły obozu pokoju!

    9. Pozdrawiamy demokratyczne siły Niemiec walczące przeciw odrodzeniu amerykańsko-hitlerowskiego Wehrmachtu, przeciw polityce agresji imperialistycznej w Europie!

    10. Pozdrawiamy Niemiecką Republikę Demokratyczną, walczącą o pokojowe, demokratyczne, zjednoczone Niemcy! Odra i Nysa wieczystą granicą pokoju i przyjaźni!

    11. Pozdrawiamy bohaterski lud pracujący Francji i Włoch  nieustępliwy w walce przeciw imperialistom o pokój, wolność i suwerenność narodową!

    12. Niech żyją patrioci jugosłowiańscy, walczący o niezależność swej Ojczyzny i obalenie faszystowskiej dyktatury Tito!

    13. Pozdrawiamy bojowników o pokój walczących w Anglii i Ameryce przeciw zbrodniczej polityce wojennej ich imperialistycznych rządów!

    KOMENTARZ

    Starszym wychowańcom dla przypomnienia, aktualnym – dla nauki. Jeśli byliby chętni do zapoznania się z innymi jeszcze hasłami pierwszomajowymi, to w zapasie mamy ich kilkadziesiąt.

    wb

    Źródła:


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33
    Karolina Beylin

    ROZMOWA LEWENTALA Z KONOPNICKĄ O SZKOLE GÓRSKIEGO – 1883

    Karolina Beylin, autorka książki Dni powszednie Warszawy w latach 1880-1900, wydanej w 1967,  w rozdziale czwartym obejmującym rok 1883, opisuje rozmowę Franciszka Salezego (Salomona) Lewentala – warszawskiego wydawcę „Kłosów” – z Marią Konopnicką. Głównym wątkiem rozmowy była sprawa aresztowania mieszkającego w Dreźnie Józefa Kraszewskiego i organizacji akcji protestacyjnej ówczesnego kręgu polskich pisarzy. Poruszano też inne tematy, jeden dotyczył Szkoły Górskiego.

    Lowental z kolei opowiadał jej o uroczystości, w której przed paroma dniami brał udział. Było to poświecenie nowo wzniesionego gmachu sześcioklasowej prywatnej szkoły realnej dla chłopców Wojciecha Górskiego. Gmach wybudowano na posesji należącej do Lewentala, na nowo utworzonej przecznicy ulicy \szpitalnej. Uliczkę tę właściciel wszystkich na niej placów nazwał imieniem swej żony Hortensji.

    – Dom jest piękny – opowiadał – musi pani pójść go obejrzeć. Na konkursie pierwszą nagrodę wzięli architekci Dziekoński i Goebel według ich planów stanął ten nowoczesny trzypiętrowy dom. Trzynaście okien frontowych, trzy wejścia. Na parterze sale rekreacyjne, sala aktów uroczystych, jadalnia, sala gimnastyczne i kancelaria, na piętrach klasy, w których podobno będą wzorowe ławki szkolne systemu Kajzera, a na III piętrze sypialnie dla 60 uczniów internaty oraz infirmeria dla chorych. To piękne gimnazjum ma aż dwa dziedzińce i słoneczne werandy. Pani Maria pomyślała,  jak bardzo pragnęłaby, by jej czternastoletni Jasio mógł chodzić do do tej polskiej szkoły, prowadzonej przez tak wytrawnego pedagoga, jak Wojciech Górski, ale nic nie powiedziała.

    Rozmowa powyższa zamieszczona jest w książce Karoliny Beylin, w rozdziale dotyczącym warszawskich wydarzeń w 1883 roku. W tym czasie nie było jeszcze dyktafonów, nie mogła więc być zapisana  ani mechanicznie, ani elektronicznie, a trudno przejąć, że ktoś zapisał ją  stenograficznie. Nasuwa się więc wniosek, że jest ona fikcyjna! Fikcyjna w zakresie  użytych słów , ale nie koniecznie przedmiotu rozmowy, albowiem budynek szkoły oddany został faktycznie w drugiej połowie 1883 roku, i faktycznie został wyróżniony ważną nagrodą,  a Marii Konopnickiej Lewental zaproponował objęcie kierownictwa nowego tygodnika „Świt”. Więc podobna rozmowa tych dwojga mogła się odbyć  w rzeczywistości.  Osobiście nie mam nic przeciwko fabularyzacji dziejów Szkoły Górskiego.  Ważne żeby o niej pisano, i to tylko dobrze.

    Salomon Lewntal  był   księgarzem i  wybitnym wydawcą książek  (Biblioteka Najcenniejszych Utworów  Literatury Europejskiej), ilustrowanego magazynu „Kłosy” i i „Kuriera Warszawskiego”.  Żoną jego była  Hortensja z d. Bersohn. Przed śmiercią męża w 1902 r. razem z z nim dokonała konwersji na katolicyzm połączonej z przyjęciem przez męża imion Franciszek Salezy.  Hortensja Lewental udzielała się w licznych formach dobroczynności, m.in budowy domu przeciwgruźliczego i ochronki, prowadziła też znany salon literacki. Po śmierci męża przejęła po nim prowadzenie wydawnictwa.

    wb

    Źródła:

    K.Beylin – Dni powszednie Warszawy w latach 1880-1900, PIW Warszawa 1967


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33
    Mieczysław Metler

    SŁOWO NA 175-LECIE URODZIN WOJCIECHA GÓRSKIEGO

    Szanowni Państwo, Mili Przyjaciele,

    Nie przypuszczałem, że dożyję wieku, który będą wyznaczać dwie ósemki. Ale tak zrządziła Opatrzność, która jeszcze kilka lat temu pozwalała mi na udział w corocznych, wieczornych mszach w archikatedrze świętego Jana w dniu świętego Wojciecha. Bowiem pod Jego imieniem i wezwaniem, istniała w Warszawie szkoła ufundowana jeszcze w warunkach zaboru rosyjskiego w 1877 roku przez Wojciecha Górskiego – wielkiego Polaka, patriotę i pedagoga.

    Dziś mija 175 lat od dnia Jego urodzin. Zgodnie z tradycją rodzinną, miałem zaszczyt uczęszczać do tej Szkoły w latach powojennych i uzyskać, jako szesnastolatek, świadectwo dojrzałości w 1952 roku, a więc w szczytowym okresie stalinowskiego zniewalania Polski. Stąd dzisiejsze okruchy moich wspomnień będą lustrem nastroju powojennego pokolenia „górali”. Walory edukacyjne i obywatelskie Szkoły Górskiego kształtowały wiedzę i charaktery kilku pokoleń naszych Rodaków, także mojego ojca, stryja oraz dwóch wujków.

    W naszym roku maturalnym (1952) szkoła Górskiego powinna uroczyście obchodzić 75-lecie wspaniałych tradycji i osiągnięć. Było wśród nich wywalczenie przez Wojciecha Górskiego jeszcze w zaborze rosyjskim prawa do prowadzenia w Jego szkole egzaminów maturalnych w języku polskim. Warszawiacy oklaskiwaliby, jak zawsze, defiladę naszej szkolnej 25. Warszawskiej Drużyny Harcerskiej w pomarańczowych chustach hufca Powiśle i orkiestry pod batutą profesora Czubińskiego podczas przemarszu Krakowskim Przedmieściem na uroczystą Mszę Świętą. O tradycji szkoły przypominałyby także noszone przez nas z dumnym fasonem granatowe czapki „kepi”, wzorowane na czapkach wojska francuskiego. W paradzie wzięliby również udział uczniowie wiejskiej szkoły w Pamiątce koło Tarczyna – drugiego, wspaniałego dzieła fundacji małżonków Górskich. Niestety, jedynymi, materialnymi śladami w 1952 roku po dawnym Gimnazjum były, ufundowane przez naszych rodziców, marmurowe tablice z nazwiskami wychowanków szkoły, którzy stracili życie w latach wojny i okupacji oraz odlane w brązie popiersie jej założyciela i fundatora Wojciecha Górskiego.

    Na moim świadectwie dojrzałości widnieją piątki z języka angielskiego, chemii, religii i wychowania fizycznego. Całość sprawia raczej średnie wrażenie, ale poziom edukacji i wymagania były wówczas wyjątkowo wysokie. Wiele szkolnych kryteriów programowych opartych było nadal na wzorcach przedwojennych. Było mi bardzo przykro, że zamiast dawnej nazwy mojej szkoły – Gimnazjum pod wezwaniem św. Wojciecha, utworzonej w 1877 roku, na świadectwie odciśnięto, obowiązującą od dwóch lat, standardową pieczątkę: Państwowa Szkoła Ogólnokształcąca stopnia podstawowego i licealnego w Warszawie, ul. Smolna 30.

    Osobę Wojciecha Górskiego i jego dorobek wykreślono z oficjalnej pamięci. Jednak pamięć ta trwała i trwa do dziś w sercach, dziełach i postawach życiowych kilku generacji wychowanków szkoły., np. takich, którzy jak Krzysztof Zanussi, uważają się za „Górali”, choć egzamin maturalny zdawali już w Państwowej Szkole Ogólnokształcącej, odartej z nazwiska jej Twórcy oraz imienia jej pierwszego Patrona, świętego Wojciecha.

    Dawna Szkoła Górskiego w Warszawie zniknęła w jej oryginalnej postaci tak, jak zginęły nasze Kresowe Stanice. Jednak po czterdziestu latach nieistnienia Szkoły, dzięki pani dyrektor Jolancie Lipczyc prowadzącej wtedy eksperymentalne LX Liceum Ogólnokształcące, nadane zostało jemu imię Wojciecha Górskiego. W ten sposób powstała szansa reaktywacji Towarzystwa Wychowanków Szkół Wojciecha Górskiego. Mogą o niej dzisiaj świadczyć trwające pd lat comiesięczne, koleżeńskie spotkania na Starówce oraz uruchomienie i rozbudowa strony internetowej. Treść blisko stu zamieszczonych tam biogramów wychowanków obu Szkół, wskazuje na ich życiowe zaangażowanie i pracę dla dobra Ojczyzny.

    Z zainteresowaniem chłonę stały rozwój tej Strony. Chociaż liczba wspierających ją osób jest, moim zdaniem, zbyt mała w stosunku do jej potencjalnych możliwości wykorzystania w procesie dydaktycznym. Trzeba jednak wierzyć, że dzisiejsze uroczystości przyczynią się skutecznie do ujawnienia nowych entuzjastów tradycji naszej Szkoły. Tym bardziej, że twórcza myśl Wojciecha Górskiego: W PRACY, WIEDZY I MIŁOŚCI BRATNIEJ PRZYSZŁOŚĆ NASZA, pomimo upływu czasu, a może to właśnie dzięki zaistniałym zmianom, nic nie straciła na wartości i znaczeniu.

    Mieczysław Metler – w dniu 23 kwietnia 2024 roku

    Mietek, żyjący tradycją szkoły Górskiego i  znacząco dokładający swoje teksty do strony internetowej naszego stowarzyszenia, z powodów zdrowotnych nie mógł  przybyć na tegoroczne uroczystości Święta Szkoły wypadające w  roku  jubileuszu 175. urodzi Wojciecha Górskiego. Zaproponowałem mu,  że w trakcie akademii jubileuszowej organizowanej przez LX Liceum odczytam tekst, który on napisze na tę okoliczność. Obietnicę spełniłem a to jest właśnie ten tekst.

    Wojciech Brański

    Źródła:


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33
    Mieczysław Metler

    ROZKAZ Nr 40  W MIEJSCU POSTOJU 13 sierpnia 1944 

    Na stronie TWSWG pojawiły się nowe wpisy Wojtka Brańskiego, niestrudzonego piewcy historii Naszej Szkoły i jej wychowanków. Dwa z nich, jeden zamieszczony w Okruchach wspomnień i drugi – we wspólnym biogramie, zapoznają czytelników z patriotyczną służbą dla Ojczyzny braci Hryniewiczów, Bohdana – trzynastolatka i starszego o rok Andrzeja, uczniów tajnych kompletów w Szkole Górskiego.

    Z zainteresowaniem chłonę rozwój tej Strony. Chociaż liczba wspierających ją osób jest zbyt mała w stosunku do ambicji i zamierzeń jej twórcy i jej znaczącej roli, nie tylko w historii Warszawy. W przypadkach powojennych treści, dość często odnajduję znajome związki lub wydarzenia, a w przypadku przedwojennych – odleglejsze alianse rodzinne.

    Tym razem, w miarę wczytywania się w biografie braci Hryniewiczów, moją uwagę przykuła nazwa batalionu „Nałęcz”, pojawiająca się wielokrotnie w obu wpisach Wojtka. W tej jednostce Korpusu Bezpieczeństwa AK służył i mężnie walczył z Niemcami tata mojej żony, Krystyny, którego niestety nie zdążyłem osobiście poznać. Marceli Boczkowski, urodzony w rodzinie osiadłej od lat na Wołyniu, po walkach obronnych nad Bzurą we wrześniu 1939 dostał się do niemieckiej niewoli. W sylwestrową, mroźną* noc 1939/40 roku uciekł wraz z kolegą z jenieckiego obozu IB Hohenstein pod Olsztynkiem i po dramatycznej, tygodniowej wędrówce dotarł do Warszawy. Zamieszkał na Starym Mieście i jeszcze w tym samym roku wstąpił do Armii Krajowej. Do wybuchu Powstania Warszawskiego pełnił funkcję zastępcy dowódcy plutonu w Pierwszym Szturmowym Batalionie „Nałęcz” pod komendą por. Stefana Majewskiego, ps. Nałęcz.

    Przyszły pamiętne dni i noce sierpniowe 1944 roku. Już 14 sierpnia rozkazem dziennym (L.dz. 26/VIII/44) kapral „Huragan” Marceli Boczkowski został odznaczony Krzyżem Walecznych za „dzielność w boju o Warszawę w dniach 1-7 sierpnia 1944 r.”. Nadal walczył z Niemcami w batalionach AK KB „Nałęcz” i „Sokół” oraz jako dowódca plutonu Kompanii Szturmowej P-20 AK w rejonie styku ulic Brackiej i Kruczej z Alejami Jerozolimskimi, gdzie 23 września został poważnie ranny. Wywożony do Niemiec po powstaniu z obozu w Pruszkowie uciekł z pociągu wraz z towarzyszką broni, łączniczką „Kazią”. Wspólne przeżycia bojowe podsumowało ich powojenne małżeństwo w Warszawie oraz dwie córki: Krysia i Basia

    Ale wróćmy do braci Hryniewiczów. W swojej bibliotece mam książki opisujące ordre de bataille i heroiczne, bojowe działania batalionów „Nałęcz” i „Sokół” oraz Kompanii Szturmowej P – 20 w Powstaniu Warszawskim. W niektórych indeksach nazwisk i pseudonimów widnieją zarówno Andrzej „Tarzan” i Bohdan „Bohdan”, „Sokół”. Hryniewiczowie, jak i 27– letni wówczas Marceli Boczkowski „Huragan”. Zatem pewnie znali się i wspólnie dzielili warszawski, powstańczy los. Potwierdza to odkrycie odpisu Rozkazu Nr 40 Komendy Głównej Korpusu Bezpieczeństwa, wydanego w miejscu postoju 14.8.1944 r. i podpisanego przez Komendanta Głównego ppłk. Wilka. Rozkazem tym, 63 oficerom, podoficerom i szeregowym w I Batalionie Szturmowym Korpusu Bezpieczeństwa, został nadany „za dzielność w boju o Warszawę w dniach 1 – 12 sierpnia 1944 r. po raz pierwszy Krzyż Walecznych”. Na liście odznaczonych figurują m.in. kapral „Huragan” Boczkowski Marceli (poz. 6) oraz strzelec „Bohdan” Hryniewicz Bohdan (poz. 48).

    Lektura rozkazów dziennych zaznajamia nie tylko z bieżącymi tematami bojowymi, lecz także sprawami organizacyjno – obyczajowymi, ówczesnego, codziennego życia. Przykładem może być tekst rozkazu, wymieniającego Bohdana Hryniewicza, wybrany z książki rozkazów II kompanii Batalionu „Nałęcz” (włączonej od 7 września 1944 w Śródmieściu do Batalionu „Sokół”) i przytoczony in extenso poniżej:

    Rozkaz dzienny N 37 dn.11.IX.44

  • Służba

  • Podof. Służbowy kapr. Gwoździk

    Szer. – // – strzel. Tygrys II

  • Nabożeństwo

  • w dniu 12 b.m. o godz. 7:30 odbędzie się nabożeństwo w bramie wejść. Kościoła (?)

  • Upomnienie

  • Upomina się wszystkich szeregowych o równości w oddawaniu honorów

  • Zajęcia

  • Zajęcia w dniu 12. IX. od godz. 10 – 12 wykład o służbie wewnętrznej i służbie wartowniczej a od godz. 14 – 16 o broni

  • Rozkaz dzienny Baonu 28 z dnia 11.IX.44

  • Ofic. służbowy ppor. Michał

  • Podof – // – st. sierż. Antoni

    II Awanse Strzelec Bohdan z dniem dzisiejszym zostaje awansowany do stopnia kaprala uprawnionego starszeństwa od dnia 11.IX.44. Awans powyższy otrzymuje w związku z zasługami jako łącznik bojowy Bataljonu. Jednocześnie udzielam kapr. Bohdanowi pochwały.

  • Dotyczy przebywania w kwat.(?) dowództwa

  • Podaję do ogólnej wiadomości, że wstęp do dow. Bat. jest dozwolony jedynie w sprawach służbowych za uprzednim zameldowaniem się.

  • Nadużywanie alkoholu

  • Stwierdzam ostatnio mnożące się wypadki nadużywania alkoholu, co wpływa ujemnie na stan zdrowotny i bojowy Baonu. Wszelkie wypadki stwierdzonego pijaństwa będą karane z całą surowością.

  • Przebywanie na ulicy

  • Zakazuję wałęsania się na ulicy bez zezwolenia d-ców.

    D-ca 1 Bat. S. K.B.

    /-/ Nałęcz kpt.

    D-ca 2 komp.

    /-/ Hiolski kpt.

    W obszernej, bogato ilustrowanej, wydanej własnym sumptem. książce pt. Batalion KB „Nałęcz” w Powstaniu Warszawskim. Ryszard Budzianowski poświęcił jeden z rozdziałów najmłodszym żołnierzom „Nałęcza”, a pierwszą z jego pięciu części zatytułował: Bracia Andrzej i Bohdan Hryniewiczowie. Zainteresowani czytelnicy znajdą w niej informacje biograficzne obu braci z ich szlakami bojowymi w I Szturmowym Batalionie Korpusu Bezpieczeństwa Armii Krajowej. Ciekawostką jest informacja, że po zmianach polityczno – społecznych w Polsce Bohdan Hryniewicz pełnił zaszczytną funkcję Konsula Honorowego Rzeczypospolitej w USA.

    Dowództwo AK czyniło poważne wysiłki aby uchronić dzieci (wg polskiego prawa poniżej 18 lat) od bezpośredniego udziału w regularnych walkach. Dzieci miały np. zakaz zbliżania się do czynnych barykad, a w wyjątkowych przypadkach starsze z nich (14–17 lat) mogły za zgodą dowódcy jednostki oraz rodziców brać udział w czynnościach pomocniczych. Do takich należały z reguły: łączność (przenoszenie meldunków), słynna, ceniona za sprawność, harcerska poczta polowa, czynności sanitarne i gospodarcze prace na zapleczu itp. Bohdan Hryniewicz szczegółowo opisał w książce spotkanie swej mamy z porucznikiem Nałęczem na ulicy Boduena w sprawie zgody na przyjęcie ich do oddziału, jako łączników. Obaj bracia po kilku odmowach matki wymogli jej zgodę zapowiedzią ucieczki z domu.

    Trzeba to powiedzieć, że mit „małego powstańca” wspierały wyraźnie pozowane, zdjęcia i urzekający, choć alegorycznie symboliczny, pomnik „Małego Powstańca” dłuta Jerzego Januszkiewicza, ustawiony na warszawskim Podwalu.

    Udział braci Hryniewiczów – podobnie jak braci Sicińskich (patrz biogramy) oraz innych naszych starszych kolegów – w Powstaniu Warszawskim dobitnie wskazuje na patriotyczne oddziaływanie Szkoły Wojciecha Górskiego i jej tajnych kompletów, równolegle do wartości edukacyjnych.

    I tym stwierdzeniem. udokumentowanym przez historię naszej Szkoły oraz biografie Jej licznych wychowanków, kończy się moja niespodziewana „przygoda” z braćmi Hryniewiczami. Mogłem jej doświadczyć dzięki Wojtkowi Brańskiemu i Marcelemu Boczkowskiemu, znajomemu mi tylko z opowieści Krystyny o swym tacie.

    * Natura ustanowiła w tym okresie polski rekord zimna. W Siedlcach na Podlasiu 11 stycznia 1940 roku temperatura spadła do -41C.

    Mieczysław Metler

    Bibliografia:

    Ryszard Budzianowski – Batalion KB „Nałęcz” w Powstaniu Warszawskim (bez nazwy wydawcy i daty wydania)

    Jan Lissowski, Janusz Szanser, Marek – Wernerbatalion „Sokół” w Powstaniu Warszawskim, Oficyna Wydawnicza ŁośGraf. Oficyna Wydawniczo- Usługowa „VIS MAJOR”, Warszawa 2000

    Mieczysław Sztejerwald – Kompania Armii Krajowej „P – 20” w Powstaniu Warszawskim, wyd. Mieczysław Sztejerwald, Warszawa 2004

    Bohdan Hryniewicz – Chłopięca wojna. Pamiętnik z Powstania Warszawskiego. Wyd. BELLONA, Warszawa 2015

    Źródła:


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    ANDRZEJ I BOHDAN HRYNIEWICZOWIEW SZKOLE GÓRSKIEGO 1943-1944

    Andrzej i Bohdan Hryniewiczowie pochodzili z Wilna. Do Warszawy cała ich rodzina przeniosła się na początku 1943 r., i wtedy rozpoczęli naukę na tajnych kompletach organizowanych w Szkole Górskiego. Obaj znaleźli drogę do grupy Zawiszaków w Szarych Szeregach, a po rozpoczęciu Powstania zostali jednymi z najmłodszych żołnierzy Armii Krajowej. Nie długo więc trwała ich nauka w naszej szkole a zaliczenie ich do kręgu wychowańców Górskiego można uznać za pewną przesadę. Jednak w założeniach do redagowania „okruchów wspomnień” przyjęliśmy, zgodnie zresztą z twórcą Szkoły, że decyduje o tym sam uczeń szkoły, niezależnie od czasu uczęszczania do niej.

    Bohdan Hryniewicz, którego zawiła ścieżka życia prowadziła z Wilna do Florydy w Stanach Zjednoczonych, spisał swoje wspomnienia związane z czasami okupacji i Powstania Warszawskiego w książce Chłopięca wojna [wydanej jako tłumaczenie oryginalnej wersji My Boyhood War, The History Press 2015]. Licząca przeszło 500 stron książka należy do tych, od których oderwać się nie można. Zaskakuje bogactwem szczegółów zapamiętanych przez chłopca mającego wtedy 9-15 lat i życie nie szczędzące wydarzeń: okupacja sowiecka Litwy wraz z Wilnem – zaraz po wybuchu wojny, i niespełna roczna litwinizacja wileńszczyzny oraz ponowna sowietyzacja, przerwana wybuchem błyskawicznej wojny niemiecko-sowieckiej –  doprowadzającej do rocznej okupacji niemieckiej. A potem przenosiny całej rodziny do Warszawy, dwa miesiące aktywnego udziału w powstaniu, którego ofiarą pada starszy z braci – Andrzej, wypędzenie z miasta do obozu Durchganglager 121 w Pruszkowie, wywózka do odległej wsi w płd. części Generanego Gubernatorstwa, oczywiście bez środków do życia, i długo oczekiwany koniec wojny nie oznaczający jednak odzyskania niepodległości. Po półrocznym tylko urządzaniu się w nowych warunkach Bohdan z matką podejmują udaną próbę przedostania się do brytyjskiej strefy okupacyjnej w podbitych Niemczech. Są wolni, ale muszą zacząć życie od nowa bez oparcia na dorobku swoich antenatów.

    * * *

    Oddajmy teraz głos Bohdanowi. Jest lato 1943 r., rodzina Hryniewiczów mieszka już w Warszawie, a chłopcy powinni kontynuować naukę w szkole:

    W pierwszym tygodniu sierpnia matka zabrała nas do panny Górskiej, córki doktora Wojciecha Górskiego [dr Janina Górska była jego bratanicą, a nie córką] założyciela gimnazjum, które od roku 1877 cieszyło się sławą jednej z najlepszych i najbardziej postępowych szkól prywatnych w Warszawie. Bracia matki skończyli tę szkołę, podobnie jak większość jej kuzynów. Matka kontaktowała się z panną Górską, żeby umówić się z nią na rozmowę. Była to z wyglądu typowa, surowa i wysoka stara panna. Po rozmowie zostaliśmy przyjęci – ja do pierwszej, a Andrzej do drugiej klasy. Lekcje odbywały się w prywatnych domach, w niewielkich grupach zwanych kompletami; w mojej grupie było ośmiu chłopców. Nauczyciel przychodził i przez kilka godzin wykładał rożne przedmioty. Chłopcy przychodzili i wychodzili pojedynczo lub parami o różnych porach. Spotykaliśmy się w rożnych domach i o różnych porach. Panna Górska uczyła łaciny i francuskiego. Było też dwóch nauczycieli – mężczyzn, jeden z nich uczył matematyki i nauk ścisłych, drugi – języka polskiego, literatury i historii. Religii uczył ksiądz w jednym z kościołów. Jako pierwszoklasista musiałem także nauczyć się służyć do mszy, co wymagało opanowania na pamięć liturgii po łacinie. Służyłem do mszy w kaplicy szpitalnej raz w tygodniu, bardzo wcześnie rano.

    O innych okolicznościach spotkania ze szkołą – w pierwszych dniach powstania – dowiadujemy się z akapitu:

    Po drugiej stronie ogródka [na tyłach domu Nowy Świat 29, w którym Hryniewicze wtedy mieszkali – wb] stał czteropiętrowy budynek gimnazjum Górskiego organizującego tajne komplety dla uczniów szkół średnich, te same, na które przyjęto nas rok wcześniej. Budynek był teraz atakowany przez powstańców. Słychać było strzały, wybuchy granatów, dźwięk karabinów i pistoletów maszynowych. Rozległy się krzyki, a potem odgłosy walki ucichły. Budynek został zdobyty. (…) Znaleźliśmy się przed zdobytym przed chwilą budynkiem gimnazjum. Było tu wielu powstańców w najróżniejszych strojach, na ogół cywilnych, niektórzy mieli na sobie rozmaite elementy umundurowania, wszyscy zaś nosili biało-czerwone opaski. Różnorodność panowała również w nakryciach głowy: cywilne czapki, stare polskie czapki wojskowe, a także hełmy, na ogół niemieckie, ale także kilka polskich. Wszystkie miały wymalowane polskie orzełki lub biało-czerwone proporczyki. Wiele osób było uzbrojonych, ale nie wszyscy – były tu karabiny, pistolety maszynowe, rewolwery i koktajle Mołotowa. Panowało podniecenie – po pięciu długich latach okupacji nastał czas euforii.

    Więcej szczegółów dotyczących obu chłopców jest zawartych w ich wspólnym biogramie.

    Źródła:

    B. Hryniewicz – Chłopięca wojna. Pamiętnik z Powstania Warszawskiego Wyd. Bellona 2018


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33
    Wojciech Brański

    HERBERT HOOVER A SZKOŁA WOJCIECHA GÓRSKIEGO

    W archiwum TWSWG od dawna posiadamy dyplom z wyrazami hołdu i podziękowania „synowi wielkiego i dobroczynnego narodu amerykańskiego” Herbertowi Hooverowi. Rzecz zdobi stylizowana na greckie malarstwo scena z siedzącą boginią (a może symbolicznym ucieleśnieniem Ameryki) otoczoną garnącą się do niej czwórką dzieci i ich zapewne opiekunką (autorstwa ucznia 7. klasy, Szyndlera). 

    Poniżej napis: GIMNAZJUM MĘSKIE POD WEZWANIEM ŚWIĘTEGO WOJCIECHA ZAŁOŻONE I UTRZYMYWANE OD R. 1877 PRZEZ WOJCIECHA GÓRSKIE. Dalej zacytowany został cytat z Nieboskiej Komedii Z. Krasińskiego:

    Schorzałych, zgłodniałych, rozpaczających pokochaj bliźnich twoich Biednych bliźnich twoich, a zbawion będziesz.”

    Pod przytoczoną wyżej dedykacją adresowana do przyszłego 31. prezydenta Stanów Zjednoczonych widnieją liczne podpisy rozmieszczone w grupach:

    Dyrektor Gimnazjum – Nauczyciele – Zarząd Koła Przyjaciół Młodzieży, Przewodniczący, Sekretarz – Uczniowie

    Oczywiście największy i najwyraźniejszy jest podpis samego Górskiego.

    * * *

    Nie natrafiliśmy jeszcze na żaden opis dotyczący akcji wiążącej się z posiadanym dyplomem, więc wiedząc o roli pomocy organizowanej rzez Hoovera dla ludności polskiej zniszczonej trwającą jeszcze w 1918 roku wojną światową a w 1920 – wojną polsko-bolszewicką, możemy tylko dywagować, że było to zorganizowane przedsięwzięcie wielu szkół Królestwa Kongresowego dokąd pomoc z Ameryki płynęła.

    Trzeba sobie uświadomić, że oprócz walk zbrojnych na wielu frontach, dochodziła walka z plagami początków XX wieku. Stan sanitarny dawał glebę dla rozprzestrzeniających się w sposób pandemiczny chorób takich jak tyfus, cholera, malaria i innych, o których dzisiaj możemy dowiedzieć się tylko z podręczników, ale wtedy nie było jeszcze dostępnych szczepionek. Zamiast opisywać ten dramatyczny stan zacytujmy jednostkowy opis wysyłanej do Polski pomocy, jest to wycinek z ówczesnego Biuletynu Dyrekcji Służby Zdrowia Publicznego.

    W 1915 roku Herbert Hoover, który wtedy był odpowiedzialny za amerykańską pomoc żywnościową dla zniszczonej wojną Europy – nakłaniany przez Ignacego Paderewskiego – wysłał do Polski delegację. Wynik rekonesansu był porażający. Okazało się, że głodowało co najmniej cztery miliony osób, a milion nie dojadało. Za sprawą działalności Hoovera do 1923 roku w Polsce rozdano 730 miliony posiłków. Pomoc amerykańska nie ograniczała się jedynie do żywności. Polsce przekazano tysiące koni, samochodów, parowozy, maszyny i sprzęt techniczny.

    Najgłośniejsza akcja zorganizowana przez Hoovera miała miejsce 29 grudnia 1920 roku w Hotelu Waldorf Astoria w Nowym Jorku. Na zaproszenie przyszłego 31. prezydenta Stanów Zjednoczonych odpowiedziało 1000 osób, które wpłaciły po 1000 dolarów, natomiast wartość posiłku, jaki każdy zaproszony otrzymał nie przekraczała 22 centów. Tyle właśnie wynosiła równowartości ówczesnej dziennej racji żywieniowej polskiego dziecka. Milionerom i potentatom gospodarczym ówczesnej Ameryki zaoferowano porcję ryżu i ziemniaków, a do popicia gorące kakao. Na stole postawiono dogasającą świecę, która symbolizowała dogasające życie głodujących dzieci.Akcja poruszyła amerykańskie serca. Zebrano wtedy trzy miliony dolarów, z czego aż dwa miliony dolarów dołożył obecny na obiedzie multimilioner John D. Rockefeller Jr.

    Siedza, od lewej : Marszałek J. Piłsudski, Achile Rati nuncjusz papieski (późniejszy Pus XI). Htbert Hoover

    W 1919 r. Polska była już wolnym, niezawisłym krajem, ale wyżywić wszystkich głodujących nie była w stanie, więc pomoc organizowana przez Hoovera była bezcenna, a jego postać wświadomości wszystkich Polaków mogła konkurować z prezydentem Woodrodem Wilsonem. I oto w sierpniu 1919 nie zapowiadany przybywa do Polski. Zaskoczony tym rząd II RP próbuje ad hoc zorganizować przyjęcie tego niezwykłego darczyńcy. W Belwederze przyjmuje go Józef Piłsudski w asyście najważniejszych osób w państwie. Ale tego dnia najważniejsi są ci najmłodsi, dzieci. To dla nich szła z Ameryki największa pomoc. Podobno na spotkanie z Hooverem przyszło 75 tysięcy dzieci, a ich przemarsz przed obliczem tego prawdziwym świętego Mikołaja trwał od południa aż do zmierzchu. Nakarmieni specjalnym obiadem mogli iść w pochodzie, ale nie był to dziarski marsz do jakiego przywykł Hoover i chciał zobaczyć ich takimi właśnie. Parada odbywała się na terenie starych wyścigów konnych rozciągających się na Polu Mokotowskim. Niespodziewanie wyskoczył skądś królik, a dzieci rzuciły się do łapania go z nieoczekiwanym wigorem. Królik został złapany i trafił w ręce Hoovera, który podobno miał łzy w oczach.

    Wracając teraz do kopii dziękczynnego dyplomu (może lepiej laurki) z wyrazami wdzięczności dla Huberta Hoovera łatwo przekonać się , że była to zbiorowa, ogólnokrajowa akcja nie samych tylko szkół, ale wszelakich instytucji publicznych. W Instytucie Hoovera jest zarchiwizowana ogromna ilość listów z podpisami zebranych w postaci 111 woluminów zawierających 30 000 stron, na których mieści się 5,5 milionów podpisów. Księgi te dotarły do Stanów w 1926 roku i od tego czasu są przechowywane w specjalnym pomieszczeniu Biblioteki Kongresu..

    W tamtych czasach pisanie takich listów mogło było adekwatne do warunków w jakich znalazła się Polska usiłująca utrwalić swoją niepodległość, dzisiaj wydawać się może rzeczą mierną. Ale dziwne, że temu najwybitniejszemu przyjacielowi Polski nie postawiliśmy dotychczas pomnika. W Krakowie jest tylko Plac Hoovera, a w Warszawie skwer jego imienia.

    Źródła:

    BIBLIOGRAFIA

    H. Parafianowicz – Zapomniany prezydent. Biografia polityczna Huberta Clarka Hoovera, Zakłady Wydawnicze „Versus” 1993

    https://historia.interia.pl/aktualnosci/news-uczcijmy-hoovera-amerykanska-pomoc-dla-odrodzonej-polski, nId,

    Review of the Children of Warsaw, Vernon Kellogg papers, Box 1, Folder 1, Hoover Institution Archives)

    „Zoom in on America”, A Monthly Publication of the U.S. Consulate Krakow Volume XIV. Issue 155 July-August 2018 A MAN WHO SAVED THE LIVES MILLIONS

    Biuletynu Dyrekcji Służby Zdrowia Publicznego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych 1919; Rok II Nr8 str. 17,18


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33
    Jan Kruszewski

    W SZKOLE GÓRSKIEGO PRZED WIEKIEM

    Okruch ten zaczerpnięty jest ze wspomnień Jana Kruszewskiego, byłego wychowańca Górskiego, zatytułowanych Przed pól wiekiem w stolicy, a dotyczących początku XX w. Tytuły podrozdziałów pochodzą od redakcji strony www . 

    Do szkoły chodziliśmy równocześnie: Stefan Wiechecki (Wiech), Jerzy Szwajcer (Jotes) i piszący te słowa. – Jan Kruszewski nie wspomina jeszcze jednego, młodszego o 5 lat ucznia szkoły, Stefana Wyszyńskiego. Wszystko jednak wskazuje, że w pewnym okresie [1905-1915], przed przeszło stu laty, wszyscy czterej byli równocześnie uczniami szkoły na Hortensji 2, choć tylko Wiech oraz Kruszewski chodzili do tej samej klasy, a jedynie Szwajcer w 1912 otrzymał w niej maturę.

    Metody wychowawcze Górskiego

    W okresie naszego pobytu w szkole ster rządów dzierżył jeszcze mocno Wojciech Górski, zastępcą dyrektora był Ludwik Lorentz, ojciec Stanisława, dzisiejszego dyrektora Muzeum Narodowego i profesora UW.W szkole panował nastrój rodzinny; w sędziwej głowie Górskiego często powstawały młodzieńcze projekty. Ileż to lat minęło od czasu , kiedy rozpoczęła działalność pierwsza reprezentacja młodzieży, powołana przez powszechne wybory delegatów, po dwóch z każdej klasy. A klas tych było wtedy szesnaście- po dwie równorzędne. Na gruncie tej międzyklasowej współpracy starsi koledzy łączyli się z młodszymi i kilkakrotnie okazywało się, że na przykład pomysły młodocianego Wiecha były równie pożyteczne dla teatru szkolnego, jak uwagi znacznie starszego kolegi Janusza Starchockiego, późniejszego znakomitego reżysera i aktora

    Metody wychowawcze starego pedagoga Górskiego były odmienne od powszechnie przyjętych. Ażeby należycie zilustrować, na czym polegała ich odrębność, przytoczę incydent, jaki miał miejsce między dyrektorem a Jerzym Szwajcerem. Na jedną z tzw. wolnych godzin przyszedł dyrektor Górski. Wykorzystywał te przypadkowe przerwy w lekcji dla omawiania przeważnie spraw porządkowych. Tematem nadprogramowego, wygłoszonego pewnego dnia wykładu była cierpliwość. Asumpt dały poobrywane poprzedniego dnia rolety. Po należytym naświetleniu cnoty cierpliwości, dyrektor powiedział: – Nie posądzam was o umyślną chęć zrobienia mi szkody materialnej, oberwane sznury świadczą tylko o braku cierpliwości. Jakie budujące wyniki może dać cierpliwość, stwierdza przykład, który widziałem na własne oczy. W jednym z cyrków zagranicznych produkował się człowiek pozbawiony obydwu rąk, który nogami nawlekał igłę… Wykład przerwał woźny, prosząc dyrektora do kancelarii dla załatwienia pilnej sprawy. Górski wyszedł, polecając zachowanie ciszy. W jednej chwili przy tablicy znalazł się Szwajcer. Z kilku odruchowych pociągnięć kredy powstała przepyszna karykatura. Sędziwy pedagog przedstawiony zostawił w stroju adamowym, bez rąk, palcami nóg nawlekał igłę. Nie podaję wszystkich charakterystycznych szczegółów rysunku, muszę jedynie wspomnieć o nieodstępnych okularach na końcu nosa. Ledwie ostatnie pociągnięcie zostało wykonane, w drzwiach stanął nieoczekiwanie Górski. Długo przyglądał się złośliwej karykaturze, wreszcie rzekł: – Szwajcer, daruję ci ten wybryk, ale pod jednym warunkiem: siądziesz zaraz, przerysujesz mi to na papier i przyniesiesz do kancelarii, bo to jest… świetnie narysowanie. Nie każdy kierownik szkoły zdobyłby się na takie rozwiązanie sprawy.

    Kwietniowe imieniny Wojciecha Górskiego.

    W Sali rekreacyjnej, jak ją wtedy jeszcze zwano, tłoczy się cała szkoła. Wszyscy czekają na przybycie solenizanta. – Baczność, panowie! – krzyczy mały Wiech. Zaraz nadejdzie, czuję powiew górskiego powietrza. Wchodzi na salę majestatyczny „Góral”. Przemówienie serdeczne, rzewne. -Dzieci moje, stary już jestem… – Oj to widać- pada współczujący odzew , bynajmniej nie w harmonii z podniosłym nastrojem. – Szwajcer… – tylko jedno słowo i dyrektor spokojnie powraca do przerwania przemówienia. Od pożegnania szkoły minęło wiele lat. Pierwszy zjazd maturzystów miał się odbyć po pięciu latach. Ale w tym czasie wypadła pierwsza wojna, w następnym pięcioleciu-druga. Wreszcie, za pomocą dzienników, zebraliśmy się w trzecim terminie, w znacznie uszczuplonym gronie. Przyszliśmy do naszego dyrektora. Ten sam człowiek, te same mury. Ściskał każdego serdecznie, połowie przybyszów mówił po imieniu, wziął udział w uroczystym zebraniu i dał się namówić na wspólny obiad. – Tylko urządzajcie wcześniej , bo ja o 20.00 idę spać. Rozpoczęliśmy tedy o 18.00.Dyrektor Górski prezydował, obok niego siedziało jeszcze wówczas kilku naszych profesorów. Pod wpływem urzekających wspomnień nie spostrzegliśmy, kiedy nadeszła godz.22.00. Nasz honorowy gość powstał, podniósł kieliszek – na tym zresztą kończyła się konsumpcja alkoholu – i oświadczył: – Dziękuję wam, muszę kończyć, nadchodzi godzina mojego wypoczynku… Na wszystkie serdeczne i natarczywe namowy zareplikował: – Ot , popatrzcie, kto ma rację: ja czy wy? W tym momencie z czołowego miejsca, które zajmował, dał nurka pod serwetę i swobodnie wysunął się po drugiej stronie stołu. Zdumieli się biesiadnicy wyczynem niemal 90-letniego młodzieńca. – Jeżeli mając tyle lat, ile ja sobie dzisiaj liczę, potraficie zrobić to samo ,przekonacie mnie ,że mój sposób życia jest niesłuszny. Niewielu będzie cię mogło naśladować, niezapomniany dyrektorze!

    Szkolny teatr

    Czy pamiętacie, nieliczni już koledzy z owych czasów „Warszawiankę” Wyspiańskiego, „Sułkowskiego” Żeromskiego, sceny więzienne „Dziadów” , wystawione na szkolnej scenie przy ul. Hortensji. Wystarczyło wówczas nam, płomiennogłowym zapaleńcom, że poryw nasz jest słuszny. Nie troszczyliśmy się o skutki, jakie nielegalne przedstawienia mogą spowodować. Za każde widowisko zarówno dyrektorowi szkoły, jak i duchowemu kierownikowi naszych imprez, profesorowi Norbertowi Barlickiemu, groziło po kilka lat więzienia, a za wszystkie razem trudno policzyć ile… Profesor Norbert Barlicki- pełen młodzieńczego rewolucyjnego zapału – był moralnym prowodyrem niepodległości i buntowniczych nastrojów młodzieży, nie liczył się z możliwymi konsekwencjami zarówno w swych wkładach, jak i w nastawieniach wychowawczych. Napisał o nim z głębokim sentymentem Stefan Wiechecki w jednodniówce, wydanej z okazji 70-lecia istnienia szkoły (1947). Bodaj najbardziej zadziwiał jednak sędziwy dyrektor, Wojciech Górski. Ten pozorny konserwatysta zdobywał się na odważne wystąpienia w walce z carską przemocą. To on właśnie stanął na czele delegacji kierowników gimnazjów prywatnych, żądającej wprowadzeni języka polskiego jako języka wykładowego. Z grupy aktywistów szkolnego teatru w dziejach kultury zapisali się zaszczytnie między innymi prof. Konrad Górski, kierownik katedry polonistyki na Uniwersytecie w Toruniu, prof. Stanisław Lorenz, dyrektor Muzeum Narodowego w Warszawie, publicysta Stefan Wiechecki-Wiech, znany karykaturzysta Jerzy Szwajcer. Opiekę reżyserską nad tym teatrem sprawowali poważni aktorzy scen polskich, najdłużej Antoni Bednarczyk. Aktorami byli oczywiście uczniowie, jedynie role kobiece grywały młode adeptki sztuki dramatycznej, wśród nich na plan pierwszy wysunęła się Ewa Korczakówna, późniejsza znakomita aktorka Ewa Kunina. O kolegach aktorach z teatru Górskiego wiem niewiele. Stanisław Bernacki, znakomity dziennikarz w „Weselu” i d’Antraigues w „Sułkowskim” jest obecnie dyrektorem liceum w woj. gdańskim, Ja sam grałem Chłopickiego, Sułkowskiego, Skargę, Konrada i dwie role w „Weselu”. Reszta wykonawców rozeszła się szeroko bądź na ziemi, bądź pod ziemią…

    NOTA BIOGRAFICZNA

    Autor przytoczonych wyżej okruchów wspomnień, Jan Kruszewski, pochodził z warszawskiej rodziny mającej swoją siedzibę na Pradze przy dawnej ulicy Moskiewskiej (obecnie Jagiellońska róg Zamojskiego). W Szkole Górskiego rozpoczął naukę w 1905 r. Był zaangażowany w działalność szkolnego teatru (patrz wyżej) a w latach 1913-1918 z powodzeniem występował jako aktor w Teatrze Polskim. W latach PRL pisał z powodzeniem felietony do miesięcznika „Stolica”. Uchodził za  znakomitego gawędziarza- facecjonistę.

    wb

    Źródła:

    J. Kruszewski – Przed pól wiekiem w stolicy, LSW 1969

    Hasło w Encyklopedii Teatru Polskiego – Jan Kruszewski

    J.Lasocki, J.Majdecki – Wojciech Górski i jego szkoła, PIW 1982


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    JÓZEFA MINEYKi WSPOMNIENIA ZE SZKOŁY GÓRSKIEGO 1892-1897

    Wspomnienia z dawnych lat Józefa Mineyki obejmują niecałych 40 lat (od 1879 do 1908), w których nie było ani powstań, ani wojen; jedynie wydarzenia 1905 r. niektórzy historycy podciągają pod miano rewolucji. Jednakże był to bardzo znaczący dla Polski czas, mający swój początek w okresie bezwzględnej rusyfikacji społeczeństwa stłamszonego represjami po powstaniu styczniowym, a kończący się odzyskaniem niepodległości. Wspomnienia zaczynają się w bardzo odległych, dawnych latach, ale dla nas istotne jest, że obejmują drugie dziesięciolecie funkcjonowania prywatnej szkoły Wojciecha Górskiego, która, jak wiemy, rozpoczęła działalność w 1877 r. Zaczynając naukę w 1892 r. Mineyko korzystał już ze wszystkich udogodnień nowego gmachu, pierwszego w Królestwie Kongresowym zbudowanego od podstaw jako zakład dydaktyczno-wychowawczy. Po pięciu latach nauki u Górskiego wystarczyło mu pół roku, żeby przygotować się i zdać trudny egzamin maturalny w szkole państwowej, zwanej wtedy rządową. Odnotujmy jeszcze, że nauki w szkole Górskiego pobierał też Władysław (mat. 189/94), starszy o trzy lata brat Józefa.

    Oddajmy jednak głos młodszemu, autorowi Wspomnień:

    (..) oddano nas do szkoły Wojciecha Górskiego mieszczącej się przy ulicy Hortensji (obecnie Wojciecha Górskiego). Ta mała uliczka była nazwana Hortensja na cześć pani Hortensji Lewental, znanej filantropki warszawskiej. Ona posiadała większość akcji „Kuriera Warszawskiego”, tak bardzo popularnego, który przetrwała aż do wybuchu wojny. Szkoła Górskiego uchodziła za najlepszą w Warszawie. Gmach został wybudowany przez samego dyrektor, nowocześnie w tym czasie i wzorowo. Klasy duże, widne, o wysokich sufitach, ławki przystosowane do wzrostu uczniów, wentylacja dobrze obmyślana, duża sala jadalna i gimnastyczna. Wszystko to wzbudzało uznanie rodziców. W innych szkołach pomieszczenia były marne, zaś o higienie nikt nie myślał. W małym podwórku wewnątrz gmachu uczniowie w dni ciepłe mogli się bawić podczas dużej pauzy.. Na wiosnę zaś i jesienią na bardzo obszernym placu obok szkoły grano w palanta i inne gry ruchliwe. Za te zbytki rodzice musieli płacić, była to więc szkoła najdroższa w mieście.(…)

    Szkoły się dzieliły na klasyczne (filologiczne) i realne. Te ostatnie greki i łaciny nie miały, za to program matematyki był większy. Lekcje odbywały się w języku rosyjskim , zaś sam język rosyjski był uważany za najważniejszy i uczył go rodowity Rosjanin.(…)

    Wojciech Górski uchodził za dobrego pedagoga. Był dosyć surowy jako wychowawca, ale wyrozumiały dla młodych umysłów. Dobór nauczycieli miał przeważnie dobry. (…)

    Szkoła miała „ciupę” z zakratowanym oknem, do której zamykano uczniów za większe przestępstwa, zaś za przestępstwa największe, graniczące z wyrzuceniem ze szkoły, uczeń dostawał chłostę, którą wykonywał zasłużony i poważny stróż szkolny, za wiadomością rodziców. Były to bardzo rzadkie przypadki.

    W Rosji i w szkołach rządowych uczniowie nosili przepisowe mundury lub bluzki i płaszcze (szynele) oraz czapki z literkami, u Górskiego obowiązywały zaś czapki kroju francuskiego (kepi) i kurtki.

    Mineyko utrwalając obrazy życia swojej rodziny w rodzimej Wileńszczyźnie i w Warszawie – w późniejszym już okresie – nie szczędził czytelnikowi opisów problemów i wydarzeń o szerszym kontekście.

    (…) w roku 1896 w Rosji zdarzył się wielki ewenement -umarł car Aleksander III. Na tron wstąpił najstarszy syn Aleksandra, Mikołaj II. Na początku jego panowania zdawało się, że kurs polityki nieco złagodniał. Jednak już przy ogólnej przysiędze w Królestwie Polskim nastąpiło pierwsze rozczarowanie. Wszyscy obywatele państwa musieli przysięgać na wierność tronowi i nowemu cesarzowi. Przysięgę należało składać w odpowiednich świątyniach, zależnie od tego jaka wiarę się wyznawało. My, katolicy, mieliśmy składać przysięgę w kościele katolickim. Raptem wyszło nieoczekiwanie zarządzenie, aby w Królestwie Polskim przysięga w kościołach została przez księży odczytana w języku rosyjskim. To rozporządzenie oburzyło ludność do głębi. Ani petycje, ani osobiste starania w Petersburgu nie pomogły i duchowieństwo było zmuszone zastosować się do rozkazu. Nas, „górali”, skierowano do kościoła św. św. Piotra i Pawła , dziś św. Barbary na Koszykach. Ksiądz, staruszek, czytając z ambony przysięgę miał głos tak zbolały i akcent rosyjski tak straszny, że prawie nic nie zrozumieliśmy. Trzymaliśmy tylko dwa palce do góry, bo tak nam kazano, i tak cała przysięga się skończyła. Może nie koniecznie się na tym się zakończyła, bo pozostawiła niechęć i złe usposobienie do nowego władcy.

    W relacjach Mineyki z jego życia bogatego w kontakty znajdujemy niespodziewane uwagi o kolegach ze szkoły Górskiego:

    Na przykład kolega z korporacji polskiej „Welecji”, Karpiński, dobry mój znajomy ze szkoły Górskiego, zakochał się w Rosjance, żonie inżyniera…Dalej następuje opis perypetii tej pary.

    Inny przykład :

    Tymczasem z innej strony Polski, bo na polskich Inflantach wychodziła za mąż pod Dyneburgiem w majątku Liksna panna Jadwiga Plater Zyberk za hrabiego Adama Ronikiera. Pojechaliśmy z młodszym bratem na ten ślub. Znaliśmy się z Ronikierem od dzieciństwa, a ja kolegowałem się z nim od pierwszej klasy w szkole Górskiego, a potem na Politechnice Ryskiej studiowaliśmy razem, on – architekturę, ja – handel. Ronikier wszędzie przodował w naukach, był zawsze prymusem w klasie, swój wydział na Politechnice ukończył z odznaczeniem, a miał jeszcze nie jedną wolną godzinę, aby ją poświęcić stowarzyszeniu „Arkonia”, gdzie kilkakrotnie był prezesem.

    Na stronie stowarzyszenia <wychowancy gorskiego.pl> jest biogram Józefa Mineyki. Osoba zainteresowana postacią Adama Ronikiera, twórcy organizacji Rada Główna Opiekuńcza, wielce zasłużonej dla Polaków w czasach okupacji niemieckiej, znajdzie też na stronie jego krótki biogram.

    wb

    Bibliografia

    J. Mineyko – Wspomnienia z dawnych lat, Biblioteka Narodowa Warszawa 1997

    Źródła:


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    ŁYŻKA DZIEGCIU W BECZCE APOTEOZY GÓRSKIEGO? (Skotnicki krytycznie)

    Jan Skotnicki był uczniem Szkoły Górskiego przez 5 lat, ale  odszedł z niej na własne życzenie: …postarałem się o przeniesienie do innej prywatnej szkoły. -To  słowa wyjęte z jego wspomnień: Przy sztalugach i przy biurku.  Wczytując się  głębiej w zadziwiająco szczegółowo odtworzone  szkolne lata autora natrafiamy na bardzo krytyczną opinię o szkole i jej  dyrektorze, który z niezrozumiałych dla mnie powodów po dziś dzień otoczony jest w historii naszego szkolnictwa dziwną legendą uznania. – Dla nas, wychowanych w wielkiej estymie dla  Wojciecha Górskiego i uznaniu dla jego metod wychowawczych, czytać takie stwierdzenie, to prawdziwy szok. Pierwszy  odruch – potraktować rzecz jako indywidualny wyprysk frustracji spowodowanej jakimś incydentem. Tylko że wspomnienia te spisywał już człowiek wielce dojrzały, nie podlegający emocjom młodości, mający dystans do swoich przeżyć i doznań.  Nie pozostaje nic innego, jak zmierzyć się z tą krytyką i najwyżej potraktować ją  jako łyżkę dziegciu w beczce miodu.

    Zlokalizujmy rzecz w czasie. Skotnicki rozpoczyna naukę w szkole Górskiego w 1885 roku mając 9 lat. Wybór tej szkoły należał oczywiście do jego rodziców. W całym Królestwie Polskim było wtedy18 państwowych szkół średnich mających uprawnienia do wydawania świadectw umożliwiających dalsze studia na uniwersytecie. Oprócz tego było kilka szkól prywatnych bez tych uprawnień. We wszystkich szkołach nauczanie prowadzone było po rosyjsku, a używanie języka polskiego surowo karane.

    Wybrali mi [rodzice] zakład bardzo renomowany, urządzony na owe czasy niebywale luksusowo, przy tym uczęszczali tam chłopcy z tak zwanych „najlepszych sfer”.

    Poza wentylatorami, klozetami, gazowanym oświetleniem i sprężynowymi ławkami, przede wszystkim wywoływały zachwyt specjalne cele karne, przyrządy do bicia w skórę, a nade wszystko…numerowanie uczniów. Ja nosiłem nr 1011. Numer ten musiał być umieszczony na wszystkim co do mnie należało. Regulamin przewidywał godzinę karceru za nieumieszczenie gdziekolwiek numeru, a recydywista karany był podwójnie. Nie trafiały do Skotnickiego argumenty uzasadniające wprowadzenie numeracji uczniów dążeniem do niwelowania występujących między nimi różnic pochodzenia i pozycji w hierarchii społecznej, ani pożytkiem w administrowaniu procesem edukacji. Trzeba jednak uznać, że stać go na uczciwe przyznanie, że krytycy „numerkowania” byli wtedy w zdecydowanej mniejszości.

    Poza systemem numerkowym, szkoła nasza, chyba jedyna w Polsce, posiadała opracowany kodeks karny. Kodeks ten przewidywał za przestępstwa szkolne kary od jednej godziny karceru – do dwudziestu pięciu rózg i wyrzucenie ze szkoły. Miałem kolegów, którzy zgodnie z kodeksem dostawali co tydzień lanie. Walenie w kark uczniów przez profesorów było na porządku dziennym.

    Skotnicki wymieniając nazwiska trzech według niego światłych pedagogów, niechętnych przyjętej w szkole metodzie wychowawczej czyni uwagę:

    Nie wszystkich zatem profesorów winna dotknąć ta krytyka. Dotyczy ona głównie kierownika szkoły, który z niezrozumiałych dla mnie powodów po dziś dzień otoczony jest w historii naszego szkolnictwa dziwną legendą uznania.

    Obrazoburcze uczulenie Skotnickiego w odniesieniu do szkoły Górskiego i jej twórcy podsunęło mu we wspomnieniach inne jeszcze przykłady sytuacji konfliktowych, w których dochodzi nawet do rękoczynów, ale on staje po stronie ucznia, a nie „oprawcy dyrektora”. Oskarża nawet dyrektora o zamknięcie drzwi do klasy, w której uczeń odkręcił oświetleniowy zawór gazowy (nie funkcjonowało wtedy jeszcze oświetlenie elektryczne), i przetrzymywanie w niej „dzieciaków+ przez około dwóch godzin. Mało tego. Zaangażowany w działalność tajnego kółka samokształceniowego bierze udział w demonstracjach ulicznych mających „wstrząsać sumieniem narodowym” i oskarża dyrektora – który uchodził w opinii polskiej za wzór patriotycznego działacza – o gorliwość poddawania się rygorom narzucanym przez kuratora Apuchtina. Nie ulega wątpliwości, że taka gorliwość dyrekcji naszej szkoły była świetnie notowana u Apuchtina. Pozwalała nawet na pewne tolerowanie języka polskiego w murach szkolnych. W innym miejscu tą naszą szkołę sarkastycznie nazywa najbardziej polską szkołą. J. Skotnicki – Biały Dunajec

    Nie miejsce tutaj na podejmowanie dyskursu z autorem krytycznych wspomnień w części dotyczących naszej szkoły i jej jej twórcy w czasach apuchtinowskiej nocy. Opinii takich jakie prezentuje Skotnicki, w całym 145-leciu szkoły Górskiego, jest zaledwie kilka; te przeciwne są nie do zliczenia.

    Ciekawe, że w przedmowie do wydania książkowego wspomnień Skotnickiego autor przedmowy, Jan Starzyński pisze: Szczególnego życia dodaje tym kartom zawzięta stronniczość autora. Większy akapit poświęca polemice z takimi krytycznymi opiniami o szkole Górskiego współautor monografii Wojciech Górski i jego szkoła

    Czy jakimś wytłumaczeniem może być specyficzna osobowość Skotnickiego? Osiedliwszy się na dłużej w Zakopanem (choroba żony) nie potrafił pozbyć się niechęci do miejscowości i do gór. Roślinność podgórska, te miliony jednakowych smreków, jakby stancą na jedną modę wykonanych, latem czy zimą takim samym zielonym kolorem pomalowanych, doprowadzały mnie do rozpaczy. Nic też dziwnego, że przy takim ustosunkowaniu się moim do otoczenia o poważniejszej pracy malarskiej nie mogło być mowy.

    Nie tylko dla „Górali” opinia człowieka żywiącego taką niechęć do gór nie może być też wiarygodna w innych dziedzinach życia społecznego. To raczej sprawa charakteru. 

    WB

    Źródła:

    1) J. Skotnicki – Przy sztalugach i przy biurku. Wspomnienia, PIW Warszawa 1957

    2) www. wychowancygorskiego.pl, Biogramy, Skotnicki Jan

    3) J.Lasocki, J.Majdecki (red) – Wojciech Górski i jego szkoła, PIW 1982


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    SZKOLNA POCZTÓWKA. PAMIĄTKA ROZPOCZĘCIA NAUKI 1932

    W archiwum stowarzyszenia jest kartka, którą każdy nazwałby pocztową, z wizerunkiem św. Wojciecha na jej awersie. Można łatwo  domyśleć się, że  jest to kopia znanego obrazu Władysława Szyndlera, która zdobiła hol II pietra szkoły na Hortensji 2. Natomiast rewers kartki zdecydowanie nie przypomina karki pocztowej chociaż ma wpisane nazwisko oraz imię: Wesołowski Mieczysław. O jej przeznaczeniu decyduje  napis poniżej: Na pamiątkę wstąpienia  do Gimnazjum p. w. Św. Wojciecha, na semestr El 2 dnia 17/XI- 1932.. Połowę tej strony kartki zajmuję zapis nieprzemijającego przesłania (hasła) Górskiego do jego wychowańców: W pracy wiedzy i miłości bratniej przyszłość nasza.

     

     

     

    Jak łatwo się domyśleć kartka nazwana pamiątką pełniła rolę  legitymacji szkolnej/poświadczenia przyjęcia ucznia do szkoły. Ta akurat dotyczy jednego z braci Wesołowskich, którzy byli uczniami Gimnazjum, a w czasie okupacji  i powstania wzięli w nim czynny udział. Niestety, Mieczysław zginął w pierwszych dniach powstańczego zrywu. Biogramy obu braci, Mieczysława i Ryszarda (uczennicą naszej szkoły po wojnie była też ich młodsza siostra Elżbieta Jezierska) zamieszczone  są na stronie www. stowarzyszenia w

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

    wb

    Źródła:


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33
    Kazimierz Pollack

    ROK 1905. JĘZYK POLSKI WRACA DO WARSZAWSKICH SZKÓŁ

    Młodzież warszawska, która po mickiewiczowsku mierzyła siły na zamiary, a w ponurych Apuchtinowskich czasach, w tajnych kołach szkolnych uczyła nowych, postępowych, rewolucyjnych metod walki z przemocą – już w 1904 roku powzięła myśl strajku szkolnego w walce o język polski*. Nowy władca przywraca język polski w konserwatorium muzycznym w sąsiedztwie pałacu książąt Ostrogskich na Tamce. Na zamek „w te pędy” wyrusza delegacja w sprawie szkolnictwa ogólnokształcącego. Każdemu z delegatów przydano po jednym dyrektorze istniejących dawniej w Warszawie szkół prywatnych – znaleźli się więc w tej delegacji Górski, Wróblewski i gen. Chrzanowski. (…) W dniu 7 października – zgodnie z decyzja nadesłaną z Petersburga – w prywatnych szkołach wprowadzono nauczanie w języku polskim, z wyjątkiem takich przedmiotów, jak język rosyjski, historia i geografia, które polecono wykładać po rosyjsku.

    ———————————————————————

    * Strajk przybrał postać bojkotu szkół łącznie z uniwersytetem i niedawno otwartą politechniką noszącą imię Mikołaja II. Panujący od kilku lat młody car okazał się bardziej skłonny do liberalizacji cenzury i odejścia od bezwzględnej rusyfikacji szkolnictwa prywatnego tworzonego przez Polaków.

    W tej zwięzłej relacji świadka tych czasów Kazimierza Pollacka – wychowanka szkoły Górskiego, w późniejszych latach- warszawskiego dziennikarza – nie znajdziemy heroizmu prawie półwiekowej walki o polską szkołę, w której obowiązywał język rosyjski. Jest dobrze opisana. Wtedy faktycznie tak było. Grupa ludzi poszła do zamku, przedstawiła postulaty i … sprawa została załatwiona. Nas interesuje tutaj głównie obecność Wojciecha Górskiego założyciela swojej szkoły w 1877 r. i gen. Chrzanowskiego, który akurat w tym rewolucyjnym roku 1905 założył swoją szkołę  ( w późniejszym czasie patronem szkoły  został Jan Zamoyski) . We wtórnych opracowaniach dotyczących tego okresu znaleźć można próby rankingowania zasług. Kto pierwszy wprowadził, bądź przywrócił język polski do polskich prywatnych szkół? Ale to nie był wyścig lecz efekt podjętych znacznie wcześniej działań i upartej, pozytywistycznej ich kontynuacji, w czym zasługi Wojciecha Górskiego są niepodważalne.

    wb

    Źródła:

    K.Pollack – Ze wspomnień starego dziennikarza warszawskiego, PIW 1961


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33
    \

    IGNACY BALIŃSKI WSPOMINA LATA SZKOLNE 1873 -1881

    (…) We wszystkich szkołach Królestwa Polskiego (Kongresówki) już od dwóch lat,  jednocześnie ze zniesieniem Szkoły Głównej Warszawskiej w 1869 r. i zamianą  jej na Cesarski Uniwersytet Warszawski, wprowadzono język rosyjski jako wykładowy, co oczywiście utrudniało w ogóle wszelkie uczenie się nie znającym jeszcze tego języka uczniom. Z nauczycielami, i nawet między sobą na korytarzach, nie wolno było rozmawiać po polsku.

    (…) Do roku 1880 nie wolno było drukować nic po polsku, nawet biletów wizytowych, z wyjątkiem książek do nabożeństwa, te znowu tylko po polsku – broń Boże – nie po litewsku, tak iż Zawadzki musiał w owym czasie drukować książki

    (…) Gimnazjów rządowych było tylko sześć, z tych I w pałacu Staszica -wyłącznie dla Rosjan prawosławnych, a IV – w domu powizytatorskim naprzeciw komendantury, przeznaczone dla rodzin urzędników pochodzenia niemieckiego. Było jeszcze jedno gimnazjum realne, bez łaciny i greki, w gmachach pojezuickich za Katedrą Świętego Jana.(…)

    (…) Wobec tak małej liczby gimnazjów, i trudności dostania się do nich, zwłaszcza do klas niższych, wielu polskich pedagogów zakładało progimnazja prywatne. Chociaż droższe, bo wpis w nich wynosił 180 rubli rocznie, a w gimnazjach rządowych – 30, w Uniwersytecie zaś 100 rubli, to zawsze były zapełnione.

    Ignacy Baliński wymienia niektóre z tych gimnazjów znaczone nazwiskami ich twórców: Szkoła Pankiewicza, Szkoła Górskiego i Szkoła Szmurły.

    Właśnie do tego ostatniego uczęszczał Baliński od drugiej klasy. Jednego z nauczycieli Polaków – Piotra Skrzypinskiego – wspomina z wdzięcznością za uzyskane podstawy gruntowej znajomości języka polskiego, co owocowało w latach późniejszych, jako że obok piastowania urzędu sędziego Sadu Najwyższego oraz pełnienia innych ważnych funkcji państwowych i społecznych trudnił się publicystyką i pisarstwem. Warto tu dodać iż Skrzypiński był też autorem podręcznika gramatyki polskiej zatytułowanego „Mownictwo polskie”. Czyż to nie piękna polszczyzna, którą niestety wyparła kalka obcojęzycznego „języka”.

    I choć Baliński był wychowankiem Szkoły Szmurły a nie Górskiego, to wspomnienia jego są wielce interesujące, albowiem dotyczą tego samego okresu historii, w którym szkoła nasza powstała. Ale jest w nich też nie błahy  motyw osobisty dotyczący samego Górskiego. Otóż Aniela – córka Piotra Skrzypińskiego, uczącego polskiego w Szkole Szmurły – wyszła za mąż za Wojciecha Górskiego i została matką trojga ich dzieci.

    WB

     

    Źródła:

    I.Baliński – Wspomnienia o Warszawie, PiW 1987

    P. Skrzypiński – Mownictwo polskie z zastosowaniami we wszystkich swych częściach, obejmujące szczegółowy, Słoworodnią, Składnią i Pisownią ze  Stu czterdziestu czterema Ćwiczeniami ustnemi i piśmiennemi, dla użytku młodzieży, drukiem Aleksandra Pajewskiego. Warszawa (stron XV, 255, IV)

     


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33
    Mieczysław Metler

    „PROPAGANDÓWKA” ZWM U GÓRSKIEGO W ŚWIĄTECZNĄ CHOINKĘ 1943

    Poszukiwanie w sieci informacji na temat biografii Stefana Marody (patrz: Czy Stefan Marody był moim kolegą? w „Okruchach wspomnień”) zaowocowało odkryciem mało znanych tekstów dotyczących naszej szkoły. 

    Zamieszczone poniżej in extenso fragmenty okupacyjnych wspomnień komunistycznych aktywistów ZWM, dotyczące akcji propagandowej w budynku Szkoły Górskiego, zostały opublikowane przez Konspiracyjny Związek Walki Młodych w Warszawie (patrz bibliografia)

    Tadeusz Pietrzak  PROPAGANDÓWKA (fragment, ss.75-76)

    Zadaniem „propagandówek” było podtrzymanie społeczeństwa na duchu, wyjście do ludzi z żywym słowem. Był to sposób docierania do społeczeństwa, do robotników, do młodzieży, który w efekcie przyniósł powiększenie się naszych szeregów, napływ nowych żołnierzy do walki z okupantem. Organizowanie „propagandówek” czy to w zakładzie pracy, czy w szkole polegało przede wszystkim na przeprowadzeniu błyskawicznego wiecu, po którym rozdawano ulotki i literaturę. 

    Jedną z pierwszych tego rodzaju akcji kierownictwo ZWM w Warszawie postanowiło zorganizować w gimnazjum Górskiego. Trudność polegała na tym, że ulica Górskiego, przy której mieściło się gimnazjum, była ulicą ślepą i nie miała żadnych przecznic poza wylotem na ulicę Szpitalną, a w dodatku naprzeciwko gmachu szkolnego mieściły się jakieś koszary niemieckie. W wypadku zablokowania ulicy Szpitalnej nie mielibyśmy odwrotu. Dlatego też kierownictwo ZWM zdecydowało się zwiększyć grupę biorącą udział w tej akcji i dobrać – jak się potem zorientowałem – doświadczonych członków tej organizacji, aby na wypadek starcia z wrogiem nie było niespodzianek. 

    W tej akcji brał udział „Karol”, „Michał” – Jan Laskowski, który zginął później na rogu Świętokrzyskiej i Nowego Światu w starciu z Niemcami, „Witek Tramwajarz” – Wacław Pałatyński, „Zygmunt” – Kręglewski i inni, których już w tej chwili nie pamiętam. Wiedziałem, że obdarzono nas dużym zaufaniem i że tego zaufania nie wolno nam zawieść. We trzech, to jest „Karol”, „Michał” i ja, weszliśmy do budynku, gdzie zarządzono zbiórkę i uprzedzono wszystkich, że nie wolno nikomu telefonować. Rozpoczął się wiec. „Michał” przemawiał, my dwaj ubezpieczaliśmy. Po dziesięciominutowym płomiennym przemówieniu rozdaliśmy skonsternowanym, lecz zaciekawionym uczniom i nauczycielom ulotki i literaturę. 

    Charakterystyczne było to, że natychmiast po wiecu chłopcy i dziewczęta zgłaszali gromadnie swą gotowość wstąpienia do organizacji. Robili to, oczywiście, bardzo nieopatrznie, bo mogli w konsekwencji ściągnąć na siebie represje. Zapewne porwały ich słowa „Michała”, który z pasją przemawiał w imieniu ZWM i w imieniu Polskiej Partii Robotniczej. Wrażenie, jakie na tych młodych ludziach wywarł wiec, nie było krótkotrwałe. Docierali oni później do naszej organizacji i niejeden znalazł się w naszych szeregach. Warto wspomnieć, że przemówienia nie były wtedy przygotowane „na kartce”, ale proste, bezpośrednie, gorące. Przeżywał je mówca i przeżywali słuchający. Dla umęczonego ludu Warszawy miały one niewątpliwie duże znaczenie – dodawały otuchy, napełniały nadzieją.

    Wycofaliśmy się na szczęście bez przeszkód, ale ochłonęliśmy dopiero wtedy, gdy znaleźliśmy się na ulicy Szpitalnej. Na Świętokrzyskiej zdaliśmy broń, po czym rozeszliśmy się do domów. Wiele tego rodzaju akcji przeprowadziliśmy w zakładach pracy. Wszędzie przyjmowano nas z entuzjazmem, często ze wzruszeniem. Ludzie troszczyli się o nas, aby nam nic się nie stało, przestrzegali, żeby na siebie uważać.(…) 

    O Antku Szulcu – „Antku” – opracowała Barbara Majorek (fragment, s.88)

    (…) Cztery dni przed Wigilią 1943 r. grupa pod dowództwem Antka przeprowadziła masówkę w liceum chemicznym przy ul. Górskiego, podczas której rozdano młodzieży prasę konspiracyjną i deklarację Ideowo-Programową ZWM.(…)   

    Kronika rozwoju i działalności warszawskiej organizacji ZWM w latach okupacji (1942-1944) – opracowała: Olimpia Zaborska (fragment)

    30 – 20 grudnia grupa ZWM-owców kierowana przez Antoniego Szulca „Antka”, zainspirowana przez jedną z uczennic (Eleonorę Kazałę), weszła do budynku Liceum Ekonomicznego przy ul. Górskiego podczas spotkania „choinkowego” i zamieniła to spotkanie w polityczny wiec. Młodzieży rozdano także ulotki z „Deklaracją ideową ZWM” oraz podziemną prasę lewicową. 

    SYLWETKI I BIOGRAMY 

    Ryszard Kazała – „Zygmunt”  Urodził się 10 stycznia 1925 r. w Wilnie. We Włocławku, gdzie w latach międzywojennych mieszkała rodzina Kazałów (w tym także jego siostra Eleonora, działaczka okupacyjnego ZWM), ukończył przed wojną dwie klasy gimnazjum im. Ziemi Kujawskiej. W czasie okupacji w Warszawie, gdzie zamieszkał wraz z rodziną (na Rynku Starego Miasta 27), kontynuował naukę w zawodowej szkole chemicznej przy ul. Górskiego 3, (która była zakonspirowanym gimnazjum) i w 1943 r. zdał egzamin maturalny. (fragment s. 159) 

    Eleonora Kazała – „Hanka”  Eleonora Kazała urodziła się 17 stycznia 1926 r. w Wilnie. Jej starszym bratem był Ryszard, późniejszy żołnierz szturmowego batalionu ZWM „Czwartaków”, który w 1944 r. zginął w walce z hitlerowcami. Rodzina Kazałów w 1929 r. zamieszkała we Włocławku, gdzie Eleonora uczęszczała do gimnazjum im. M. Konopnickiej. Po wybuchu wojny w 1939 r. i wkroczeniu Niemców, Kazałowie zostali wysiedleni z Włocławka i zamieszkali w Warszawie. Eleonora kontynuowała naukę na tajnych kompletach organizowanych przez nauczycieli gimnazjum im. Aleksandry Piłsudskiej, a od 1942 r. w szkole chemicznej im. Nagórskiego przy ul. Górskiego. W 1943 r. wstąpiła do Związku Walki Młodych.  (fragment s. 160) 

    Biograficzna treść notatek zawiera nieścisłości, a nawet wzajemne sprzeczności w odniesieniu do nazwy szkoły i adresu wydarzenia. Moim zdaniem, nie budzi jedynie zastrzeżeń informacja o miejscu akcji w szczegółowym wspomnieniu Tadeusza Pietrzaka. Jednak tradycyjne i do dziś stosowane, popularne nazwy Gimnazjum lub Szkoła Górskiego, mogły w zróżnicowanych restrykcjach okupacji niemieckiej dotyczyć jedynie budynku szkoły w jej różnych wcieleniach. Potrzebna była zatem odpowiedź na pytanie: Jakiego rodzaju działalność edukacyjna była prowadzona w gmachu szkoły Wojciecha Górskiego w Warszawie, przy ulicy Jego imienia (dawniej Hortensji), pod numerem 2, w  czasie „propagandówki” ZWM? Nieocenioną encyklopedią wiedzy okazała się, jak zwykle, książka Wojciech Górski i jego szkoła wydana w PIW-owskiej Bibliotece Syrenki. Jej kolejna lektura okazała się na tyle bogata w przenikające się informacje, że wymagała rozszerzenia tematu na cały okres wojny.  Ze wspomnień nauczycieli i uczniów Szkoły  dowiadujemy się,  że:

    – już w październiku 1939 rozpoczęto naukę również w szkołach fundacyjnych typu powszechnego, gimnazjalnego i licealnego,  jaką była Szkoła Górskiego,

    – w połowie listopada 1939  władze niemieckie wydały rozporządzenie o zawieszeniu zajęć; w Szkole Górskiego podjęto intensywne prace związane z organizacją tajnych kompletów,

    – już po Świętach Bożego Narodzenia 1939 rozpoczęto tajne nauczanie na pozaszkolnych kompletach w znaczącej skali,

    – w lutym 1940 władze niemieckie pozwoliły na prowadzenie nauki w szkołach powszechnych i zawodowych; w Szkole Górskiego podjęto nauczanie w szkole powszechnej (powiększonej o dwie klasy 7 i 8 z zamysłem podniesienia poziomu kształcenia młodzieży), zorganizowano naukę na kursach przygotowawczych do szkół zawodowych II stopnia oraz rozpoczęto działalność w Mechanicznej Szkole Zawodowej II stopnia Tadeusza Synoradzkiego (z zamysłem kształcenia kadr politechnicznych),

    – w 1942 jawne nauczanie zostało w Szkole Górskiego całkowicie zabronione przez niemieckie władze oświatowe (poza Szkołą Zawodową Tadeusza Synoradzkiego);

    – w październiku 1942 uczniowie fundacyjnej szkoły powszechnej zostali skierowani w grupach po 10 osób do szkół publicznych w Warszawie,

    – w 1943 na ostatnim, czwartym  piętrze budynku rozpoczęła działalność Prywatna Szkoła Zawodowa dla Pomocniczego Personelu Sanitarnego w Warszawie dr. Jana Zaorskiego, usunięta z terenu Uniwersytetu (więcej na ten temat w Okruchu Wojtka Brańskiego „Jeden gmach dwie szkoły”).

    W przypadku okresowego zajmowania przez Niemców lub własowców parteru i I pietra gmachu szkoły, pomocnicza, oddzielna klatka schodowa umożliwiała wykorzystywanie wyższych pięter dla oficjalnie pełnionych potrzeb.

    Można zatem stwierdzić, że 4 dni przed Wigilią 1943 w gmachu Szkoły Górskiego działały oficjalnie tylko dwie szkoły zawodowe II stopnia: mechaniczna Tadeusza Syromadzkiego i sanitarna dr. Jana Zaorskiego. Odbiorcą „propagandówki” ZWM mogła być jedynie młodzież z tych szkół, a wśród niej także Eleonora Kazała, wymieniona w kronice Olimpii Zaborskiej jako jedna z uczennic i inspiratorka wyboru miejsca wiecu w „gimnazjum Górskiego” przez „kierownictwo ZWM w Warszawie”.

    Wątpliwości budzą natomiast biograficzne informacje o istnieniu w czasie wojny zawodowej szkoły chemicznej  pod adresem Górskiego 3, czyli w czynszowej kamienicy po przeciwnej stronie ulicy. Niemcy nie pozwolili by nigdy na uruchomienie polskiej szkoły zawodowej o tym profilu (chemia = materiały wybuchowe!). U Górskiego zawodówki, to w zamyśle Niemców zupełnie coś innego: mechaniczna – bo istniała potrzeba pilnych napraw sprzętu (szczególnie wojskowego), a sanitarna – miała zapewnić pomoc w leczeniu zwiększonej liczby rannych Niemców (Stalingrad, Kursk…). A w polskich planach, miały to być zakonspirowane licea na początkowym poziomie wyższych studiów technicznych i medycznych.

    W ww. „zawodowej szkole chemicznej”, Ryszard Kazała miał kontynuować naukę i zdać w 1943 egzamin maturalny (w wykazie maturzystów Górskiego z okresu tajnego nauczania w latach 1940 -1944, zestawionym po wojnie przez ówczesną dyrekcję Szkoły Górskiego, osoba ta nie figuruje).

    Podobną wątpliwość budzi informacja dotycząca młodszej siostry Ryszarda, Eleonory Kazały. Późniejsza aktywistka ZWM miała kontynuować naukę od 1942 w szkole chemicznej im. Nagórskiego przy ul. Górskiego.  W dostępnych dokumentach nie natrafiono na szkołę o tym profilu zawodowym, adresie i imieniu. Natomiast wiadomo, że walczyła z Niemcami w Powstaniu Warszawskim jako łączniczka „Hanka” Armii Ludowej w Zgrupowaniu „Róg” Grupy Północ Armii Krajowej na bojowym szlaku Stare Miasto – kanały – Żoliborz. Poległa 13 września 1944 w rejonie ulicy Krechowieckiej na Żoliborzu. 

    Opisane w artykule Tadeusza Pietrzaka efekty „błyskawicznej propagandówki” w gmachu Szkoły Górskiego wypada (wobec braku możliwości potwierdzenia) przyjąć na generalskie słowo autora artykułu, m.in. szefa Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, następnie komendanta Milicji Obywatelskiej w PRL (w grudniu 1970 roku uczestniczył w naradzie w gabinecie I sekretarza KC PZPR Władysława Gomułki, podczas której podjęto decyzję o użyciu broni wobec robotników protestujących na Wybrzeżu przeciwko drastycznej podwyżce cen i ubożeniu społeczeństwa).

    Natomiast niepodważalny jest fakt, że pomimo okresowego zajmowania gmachu naszej szkoły przez własowców i  ciągłych zmian w represjach dotyczących szkolnictwa warszawskiego – na ponad stu tajnych kompletach organizowanych w prywatnych mieszkaniach – 70 nauczycieli ze Szkoły Górskiego nauczało 600 uczniów. A w całym okresie konspiracyjnej edukacji młodzieży (do lipca 1944) wydano ok. 300 świadectw maturalnych.

    Źródła:

    Konspiracyjny Związek Walki Młodych w Warszawie Zeszyt 1, Warszawska Komisja Historyczna Stowarzyszenia „Polonia”, Warszawa 2008 (pełny tekst dostępny pod adresem:

    https://warszawskie-pokolenia.manifo.com/biblioteka/get/81d4593c2c96164cdeaae79a22a43e2b )

    https://www.1944.pl/powstancze-biogramy/eleonora-kazala,20503.html

    J.Lasocki, J.Majdecki (red.) – Wojciech Górski i jego szkoła, PIW (Biblioteka Syrenki) 1982


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33
    Miczysław Metler

    CZY STEFAN MARODY BYŁ MOIM KOLEGĄ?

    Z biegiem czasu pamięć zaczyna zawodzić. Jednocześnie, w miarę upływu lat, coraz częściej wracamy pamięcią do wspomnień, szczególnie tych miłych. Po traumatycznych przeżyciach wojennych i okupacji niemieckiej z pewnością ma to związek z nauką w przywróconej do życia, warszawskiej Szkole Wojciecha Górskiego.

    W monografii Wojciech Górski i jego szkoła, tak wspomina naszą, ówczesną szkołę jedna z jej wychowanek, historyk literatury – Hanna Kirchner:

    Powojenna konieczność wprowadziła do tej tradycyjnie męskiej szkoły koedukację. (…) Dziś rozumiem, że wszechobecny, niewymagający uzasadnień, duch wspólnoty, ciągłości, dawnej i godnej tradycji Szkoły, który trafiał samoistnie do naszej świadomości, rodził się także z faktu, że na ławkach naszej klasy w większości siedziało młodsze rodzeństwo lub dzieci dawnych uczniów czy nawet nauczycieli „Górskiego”. Uczyli nas przeważnie przedwojenni nauczyciele i wychowankowie Szkoły. (…) Sądzę, że bez większego błędu można stwierdzić, iż w Warszawie jedynie Szkoła Górskiego odrodziła się po wojnie w swojej indywidualnej postaci, z tak wyraźnym poczuciem ciągłości, z tak zwartym , mimo wojennych strat zespołem. Większość starych szkół warszawskich rozpłynęła się w bezimiennej państwowości , wydzielanej tylko numerami. (…) Część chłopców z naszej klasy wróciła do nauki z doświadczeń Powstania i obozów, siedzieli w ławkach w amerykańskich battle – dresach. Dojrzali bardziej od reszty o tę wiedzę o życiu i historii, ale jakby ubożsi o pewien etap pracy duchowej, na który epoka nie pozostawiła im czasu. (…) Nie miałam w tej szkole nigdy poczucia, jak często dzisiejsza młodzież, że łamie się moją indywidualność, niszczy i lekceważy moje dyspozycje duchowe.

    Taką była moja szkoła w pierwszych latach po wojnie, a podobne wrażenia, jak Hanna Kirchner i sentyment do „starej budy” zachowałem w pamięci do dziś. Do takiej szkoły trafił też w pierwszym roku szkolnym po wojnie 1945/1946 Stefan Marody i był przez pewien krótki czas moim kolegą z klasy piątej A. Zapamiętałem go jako niewysokiego, szczupłego chłopca, z rudawymi włosami i piegami, o typowo semickiej urodzie. Podobny typ urody cechował również jego matkę, która odprowadzała go do szkoły. Ale to nie uroda lub wygląd Stefana odsłoniły trwale mgłę mojej pamięci. To był jego czerwony krawat oraz organizacyjna, biała koszula. Do tego dochodziło butne zachowanie Stefana, szczycącego się przynależnością (faktyczną lub urojoną) do Związku Walki Młodych, komunistycznej przybudówki do Polskiej Partii Robotniczej. Organizacja ta, została utworzona w I połowie 1943 r. jako młodzieżowa kuźnia przyszłych kadr PPR. Trzeba wspomnieć, ze skrót ten był przez znakomitą większość społeczeństwa odczytywany jako banda „Płatnych Pachołków Rosji”. Już dwa lata później codzienna gazeta PPR GŁOS LUDU, w wydaniu z 7-8 grudnia 1947, informowała na pierwszej stronie:

    W olbrzymiej sali „Romy” ledwie się mieści gromada delegatów ZWM-owej braci z całego kraju. Jaśnieją białe mundurowe koszule, znaczone czerwienią krawatów. Mnóstwo młodzieńczych, roześmianych skupionych twarzy. Oczy spoglądają twardo i zaczepnie. Krajowy zjazd ZWM. Pierwszy krajowy zjazd. A organizacja istnieje od pięciu lat.

    Nie odnotowałem w pamięci okoliczności i czasu odejścia Stefana z naszej Szkoły. Być może przyczyną jego decyzji były trudności w adaptacji do przeciwnego mu ideologicznie, choć niezwykle tolerancyjnego i dość zróżnicowanego środowiska. Nie mogę też wykluczyć wpływu rodzinnego, gdyż w tym czasie wiek uczniów w naszej klasie wynosił tylko dziesięć lat lub jedno, maksimum dwa lata – powyżej. A więc trudno mówić o uformowanych w pełni poglądach na ważne sprawy życiowe, chociaż osobiste przeżycia wojenne mogły z pewnością wpływać na nasze postawy i stosunek do otoczenia. Nie pamiętam też czy uczył się w naszej klasie tylko kilkanaście dni, czy dłużej i nie jestem pewny, czy mogę traktować wspomnienie o nim jako o moim szkolnym koledze, chociaż był nim formalnie.

    Mijały lata i nie dochodziły do mnie jakiekolwiek informacje o Stefanie Marody. I przyszedł rok 1989, rok decydujących przemian polityczno – społecznych w naszej Ojczyźnie. W tym czasie podjąłem pracę w utworzonej, w oparciu o nowe podstawy prawne, Narodowej Fundacji Ochrony Środowiska. Zajmowaliśmy kilka pokoi na piętrze oficyny zabytkowego pałacyku Sobańskich w Alejach Ujazdowskich. Naszym sąsiadem na parterze była redakcja nowego, poczytnego miesięcznika „Konfrontacje”. Na fali przemian, miała to być w założeniu platforma do kontaktu władzy ze społeczeństwem, nie ukrywająca tzw. trudnych tematów oraz różnic poglądów. Nazwisko Marody dochodziło do mnie z zasłyszanych strzępów rozmów w obrębie małej willi i przypomniało mi jego związek ze Szkołą Górskiego. Pewnego dnia przy wejściu do budynku spotkałem Stefana. Oczekiwałem tego spotkania i poznałem go po 44 latach (!) z charakterystycznych rysów twarzy i sylwetki. Przypomniałem nasz szkolny kontakt. Padła odpowiedź: „nie przypominam sobie”.

    Z ciekawości wynikającej z powrotu do wspomnień zainteresowałem się ostatnio jego osobą. Biograficzne informacje w sieci (m.in. w Wikipedii) podają, że:

    Stefan Marody (ur. 25 listopada 1935, zmarł 1 czerwca 2005 w Warszawie), polski dziennikarz żydowskiego pochodzenia, wieloletni działacz Stowarzyszenia Przeciwko Antysemityzmowi i Ksenofobii „Otwarta Rzeczpospolita” – podczas II wojny światowej przebywał w getcie warszawskim. W 1952 zdał maturę w liceum im. Stanisława Staszica w Warszawie. W latach 1959–1961 wydawał „Biuletyn Komisji Historycznej” Komitetu Centralnego Związku Młodzieży Socjalistycznej. Był członkiem zarządu uczelnianego ZMS na Uniwersytecie Warszawskim. Był członkiem redakcji czasopisma „Radar”. Był działaczem Unii Pracy. Został pochowany na cmentarzu żydowskim przy ulicy Okopowej w Warszawie (kwatera 2).

    Zwraca uwagę całkowity brak informacji na temat życia rodzinnego i prywatnego oraz dziennikarsko – literackiego dorobku. Z dziedziny bibliografii napotkałem w sieci na samotną pozycję, wymieniającą Stefana Marody jako jednego z trójki jej redaktorów. Zainteresowała mnie szczególnie, ponieważ jej treść wiąże się z „organizacyjnym” ubiorem młodego, dziesięcioletniego Stefana w Szkole Górskiego.

    Jest to wydany przez MON w 1964 roku, pod tytułem MY Z GŁODUJĄCYCH MIAST, zbiór wspomnień członków Związku Walki Młodych (ZWM). Obejmują one powstanie organizacji, sylwetki jej czołowych przywódców, akcje bojowe (grupy bojowe Związku brały udział w akcjach dywersyjnych i odwetowych) i propagandowe oraz budowanie i utrwalanie władzy ludowej, szczególnie w Warszawie (przedstawiciele ZWM brali też udział w tworzeniu Krajowej Rady Narodowej). Książkę zredagowały 3 osoby: oprócz Stefana Marody – Heddy Bartoszek i Jan Szewczyk. 

    Tytuł książki został zaczerpnięty z tekstu pierwszej strofki Marszu Gwardii Ludowej, zbrojnego organu PPR:

    My ze spalonych wsi,

    my z głodujących miast.

    Za głód, za krew, za lata łez

    już zemsty nadszedł czas.

    Okruch wspomnień o Stefanie Marody przypomniał mi naszego kolegę pochodzenia żydowskiego, Włodka Tuler – Magnuszewskiego. Uczył się w równoległej do naszej, równie licznej, klasie B. W utrzymywanej ze mną dość regularnej korespondencji z Izraela wspominał z dużą sympatią wspólne lata nauki w Szkole Górskiego aż do matury otrzymanej w 1952 roku. Z radością wracał pamięcią do gry w ping ponga z naszym księdzem – katechetą na korytarzu w czasie przerw lekcyjnych.

    W jednym z ostatnich listów (ciężko chorował na Parkinsona) pisanych w 2015 życzył mi i mojej żonie Krystynie urokliwie: „Niech Wam świeci Szczęście!”

     

    Źródła:


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    KŁOPOTY ZE SZPOTAŃSKIM

    Różne przekazy ustne i zapisane (patrz okruch „Kepi Dobosza”) sugerują, że Janusz Szpotański, – znany w czasach PRL dysydencki satyryk i znakomity szachista – był uczniem Szkoły Górskiego.

    Niestety, on sam nie ułatwił nam poszukiwań, zdobywszy nawet kopię jego świadectwa maturalnego nie możemy twierdzić, że był.

    Oto jego własna relacja :

    Szkoła średnia, do której zacząłem uczęszczać w 1945 roku, była dla mnie tak nudna i zapyziająca, że czym prędzej ją porzuciłem. Udało mi się tego dokonać, dzięki łatwowierności i swoistej obojętności moich rodziców. Najpierw dość długo potrafiłem utrzymywać ich w przekonaniu, że co dzień udaję się na lekcje. podczas gdy w rzeczywistości udawałem się zupełnie gdzie indziej (głównie do MCI, przynajmniej do pewnego momentu, gdy zaś w końcu przejrzeli mą grę i poznali prawdę, ze stoicką rezygnacją machnęli na mnie ręką. Wówczas bez żadnych już skrupułów oddałem się próżniaczemu życiu, które beztrosko płynęło mi na grze w szachy, bywaniu w salonach, gdzie z kolei nie bez powodzenia udawałem studenta socjologii, dalej: na wnikliwej obserwacji dookolnej rzeczywistości socu i wreszcie na najbardziej z tego wszystkiego czasochłonnym zwykłym zbijaniu baków. To życie, jakkolwiek barwne i pełne różnorakich wrażeń zaczęło mi się jednak w pewnym momencie przykrzyć i – raczej z kaprysu niż z rozsądku czy jakiejś obawy – postanowiłem sfinalizować swą edukację średnią..

    Ani przez chwilę, rzecz jasna nie brałam pod uwagę powrotu do szkoły. Była to dla mnie nie do pomyślenia, że znów miałbym zamienić się w ucznia, piłowanego i zadręczanego przez zawziętych w nudzie nauczycieli. Postanowiłem po prostu załatwić całą sprawę jednym cięciem – jak przecina się węzeł gordyjski – czyli od razu, jako ekstern, zdać maturę, a ściślej – dwie matury, mała i dużą, były to bowiem jeszcze czasy, gdy obowiązywał system przedwojenny i żeby zdać maturę właściwą (właśnie ową „dużą”), należało najpierw zdać „małą”.

    Egzaminy końcowe zdawał Szpotański jako ekstern przed komisją powołaną przez Kuratora Okręgu Szkolnego WarszawskiegoAni słowa o szkole. Przez chwilę myślałem, że to może dobrze dla naszej szkoły. No bo rzecz to niesłychana, żeby ktoś mówił o naszej szkolę, że była „nudna i zapyziająca”, a ucznia w niej „piłowali i zadręczali zawzięci w nudzie nauczyciele”. Gdyby Szpot był nawet arcymistrzem świata w szachach i został uznany za Największego Satyryka Polski od czasów Mieszka I, to czegoś takiego o Szkole Górskiego nie mógł by powiedzieć.

    Ciekawość podsuwa ścieżkę poszukiwań kierując nas do Archiwum UW. Wiadomo, choćby z danych internetowych, że nasz bohater próbował studiować na UW na trzech kierunkach: rusycystyce, socjologii i polonistyce. Powinny zatem w Archiwum znajdować się jakiś życiorys, ankiety z danymi obejmującymi lata szkolne lub podobne dokumenty. Niestety, syndrom ograniczania informacji – żeby coś interesującego dla bezpieki nie wydało się – w jego przypadku funkcjonował skutecznie: zero informacji o szkole, jedynie świadectwo maturalne.

    Próby dotarcia do ludzi pióra, którzy znali Szpotańskiego osobiście i przy rożnych okazjach to zaznaczali nie wypaliły (jak dotychczas). Można by oczekiwać, że ktoś napisze jego biografię, wszak był barwną, znaczącą postacią dla czasów PRL, pokazując, że walczyć piórem z zaborczym systemem można skuteczniej niż pistoletem. Niestety, jedyna wydana dotychczas biografia, autorstwa Agaty Świerkot, to więcej niż skromna książeczka,-  licząca 76 stron: „Zawsze niepoprawny Janusz Szpotański”. Ale chwalić ją będę, nie przez to, że jedyna, ale za trzy cytowane niżej stwierdzenia: :

    (1) Podczas okupacji niemieckiej uczęszczał na tajne komplety Gimnazjum Wojciecha Górskiego w Warszawie.

    (2) Młody Janusz kontynuował od 1945 roku naukę w Liceum Ogólnokształcącym im. H.Kołątaja w Warszawie.

    (3) Porzucił ją po roku.

    Wszystko wyjaśnione. Roma locuta causa finita. Szpotański Wychowankiem Szkoły Górskiego bezapelacyjnie był,  można pisać  jego biogram do wciągnięcia na stronę www, a potem… może do pierwszego zeszytu Słownika Wychowańców.

    Ponieważ zbieramy okruchy wspomnień, to dodajmy jeszcze, że przed wojną Januszek mieszkał ze swoją mamą i babcią w domu przy Nowym Świecie. W domu tym był pasaż łączący Nowy Świat z ulicą Hortensji (od 1935 r. W. Górskiego). A tam oczywiście stał historyczny już wtedy budynek szkoły Górskiego. Brak o tym informacji, ale można domniemywać, że pierwsze lata nauki szkolnej Szpotański pobierał w tejże szkole.

    Osiągnąwszy już jasność w kwestii do –  jakiej szkoły średniej uczęszczał Szpotański, pozwolimy sobie  przytoczyć choć jeden fragment „Towarzysza Szmaciaka…” zapisanego jego ciętym piórem.

    Tak się historii koło kręci,

    że najpierw są inteligenci,

    co maja jeszcze ideały

    i przeobrazić świat chcą cały.

    Miłością płonąc do abstraktów,

    najbardziej nienawidzą faktów,

    fakty teoriom bowiem przeczą,

    a to jest karygodną rzeczą.

     

     

    WB

    Źródła:

    J. Szpotański – Fragment nienapisanej biografii – spisał i zredagował  Antoni Libera, Biblioteka Literatury Polskiej https://literat.ug.edu.pl › szpot › autob

    J. Szpotański – Bo mnie stać na blagę. Zebrane utwory satyryczne w opracowaniu Antoniego Libery, PIW 2023

    A, Świerkot – Zawsze niepoprawny Janusz Szpotański, Wydawnictwo Norton Wrocław 2006


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33
    Wojciech Brański, Maciej Luniak

    KARTKA Z MONACHIUM 1972 (od Andrzeja Jurczyka)

    W 1972 r. otrzymałem tajemniczą kartkę z Monachium, gdzie niedawno zakończyły się się pamiętne, tragiczne Igrzyska Olimpijskie. Jedna jej strona przedstawia ogólny widok wnętrza ogromnego stadionu olimpijskiego, a na stronie adresowej jest zagadkowa, dwu zdaniowa, ładną kursywą pisana sentencja:

    Maraton to znacznie więcej niż konkurencja olimpijska. Maraton to ideał długodystansowców!

    I nic więcej prócz daty: 10 IX oraz nieczytelny inicjał z pięcioma olimpijskimi kółeczkami. Na szczęście w dolnym lewym rogu była naklejka nadawcy z jego monachijskim adresem. Oto ona:

     

     Andrzeja nie widziałem od czasu matury, którą otrzymaliśmy w 1952 r. w szkole, już państwowej, na Smolnej 30 (traktowanej jednak przez nas jako Szkoła Górskiego). Nawet nie wiedziałem, że mieszkał akurat w Monachium, czyli za „żelazną kutyną”, a w dodatku siedzibą znienawidzonego, przez władze PRL Radia Wolna Europa. Akurat minęło 20 lat od naszej matury. Miałoby to jakiś związek z tą sentencją? Oczywiście odpisałem mu z krótką informacją o sobie. Liczyłem na to, że dowiem się o nim czegoś więcej, ale korespondencja urwała się na tym etapie. Pozostał niedosyt nie odszyfrowanego zapisu, niosącego być może jakiś przekaz. Spotykani po maturze koledzy z naszej klasy (11 A) nie wspominali, że otrzymali od Andrzeja podobne kartki.

    Przybywało kalendarzy a ja czasami wracałem myślą do tej kartki z Monachium. W szkole nie przyjaźniliśmy się, dlaczego więc wysłał ją właśnie do mnie, i skąd miał mój adres?

    Minęło kolejne 20 lat do mojego zaangażowania się w prowadzenie stowarzyszenia wychowanków naszej szkoły, wiele się działo, wiele pism i opracowań zostało „wyprodukowane”, ale kartka z Monachium jakoś się nie zapodziała i co raz kłuła moje oczy.

    Kartka intrygowała, ale dopiero poświęcony Andrzejowi nekrolog dał impuls do odszukania informacji o kolejach jego losu . Oto on:

    Powoli zacząłem zbierać strzępy informacji o Andrzeju, za mało tego na skromny nawet biogram, ale co nieco udało się wyjaśnić. Najpierw dotarłem do Wydziału Biologi UW, który ukończyła moja znajoma i podjęła na nim pracę. Okazało się, że Andrzej też studiował na tym wydziale i dlatego był tam znany. Jedyne źródła dokumentowanej informacji, do których dotarłem, znajdują się w archiwach uniwersyteckich. Można tam znaleźć dwa jego życiorysy, jeden pisany jeszcze przed maturą (rękopis), a drugi (tradycyjny maszynopis) w 1962 r. Ze względu na peerelowski czasy ich pisania (cenzura) nie obfitują w interesujące nas dzisiaj szczegóły. Najwięcej dowiedziałem się od wymienionych w podpisie nekrologu kolegów oraz od jego młodszego o rok przyjaciela z czasu studiów prof. Macieja Luniaka (jego wspomnienie dotyczące Andrzeja zamieszczone jest poniżej).

    A więc po kolei: Andrzej miał drugie imię Józef. Urodził się 23 września 1935 r. w Warszawie. Jego młodsza siostra w latach pięćdziesiątych była uczennicą „gimnazjum Górskiego”. W spisie maturzystów tej szkoły nie jest jednak wymieniana. Matka obojga była wziętą dentystką, ojciec Zbigniew – ekonomistą.

    Po maturze Andrzej podjął studia na SGGW, a po roku kontynuował na Wydziale Biologii UW. Na studiach miał problemy, musiał je przerwać w 1961 r. W 1962 r. został przyjęty na V rok studiów na Wydziale Biologii i Nauki o Ziemi Uniwersytetu Łódzkiego, a w 1965 r. skreślony z listy studentów bez końcowych egzaminów.

    Podobno wyjechał do Związku Radzieckiego (turystyka w tym kraju nie była wtedy popularna). Podobno udał się na północ do Kerali i tam przez zieloną granicę dotarł do Finlandii, W aktach  osobowych  UW  zachował się list z 1964 r. wysłany z Finlandii w sprawie zaświadczenia o odbytych na UW studiach. Bezskutecznie starał się o azyl.  W desperacji próbował nawet wymusić  prawo pobytu, uciekając się do demonstracyjnego okupowania schodów w rezydencji wczesnego premiera Finlandii. 

    Prawdopodobnie z Finlandii wyjechał do Monachium. W wydanych opracowaniach opisujących działalność radiostacji w spisie pracowników nie jest wymieniany. Był raczej jej współpracownikiem, przynajmniej tak określał siebie w rozmowach ze znajomymi. Jako zapalony ornitolog został aktywnym członkiem Bawarskiego Stowarzyszenia Ornitologicznego. Tłumaczył też poezję rosyjską na niemiecki, uchodząc za świetnego tłumacza udzielającego się na kursach tłumaczeń.

    Andrzej zmarł 31 sierpnia 2014 r. w Monachium, gdzie mieszkał w domu opieki. W Internecie znaleźć można jego publikacje dotyczące badań ornitologicznych:

    1. Jurczyk A., Luniak M. Zarys awifauny Wisły w okolicach Warszawy, W zbiorze: Zjazd Anatomów i Zoologów Polskich (Kraków, 21-25 września 1959), wyd. Polskie Tow. Zoologiczne, Kraków, ss. 417-418.

    2. A. Jurczyk Ogólna charakterystyka awifauny środkowej Wisły i przegląd sześciu wybranych gatunków, referat na konferencji zamieszczony w Acta Ornithologica t.12-13, 1970

    3,A. Jurczyk W sprawie niektórych ptaków…(jak wyżej).

    +++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

    ANDRZEJ JURCZYK  WSPOMINANY PRZEZ PROF. MACIEJA LUNIAKA

    Andrzej Jurczyk w okresie studiów na UW      Foto  A. Luniak

    Andrzeja Jurczyka poznałem ok. 1954 r..- obaj studiowaliśmy na Wydz, Biologii i Nauk o Ziemi UW, Andrzej na roku wyższym od mojego. Połączyły nas zainteresowania ornitologiczne, z których zawiązała się bliska przyjaźń. Często odwiedzaliśmy się i wspólnie robiliśmy wycieczki „na ptaki”. W tamtym czasie mieszkałem w podwarszawskim Świdrze i Andrzej przyjeżdżał do mnie. Terenem naszych wycieczek były często brzegi Wisły w okolicy ujścia rzeczki Świder, ale także Wisła w Warszawie. Wyniki tych obserwacji przedstawiliśmy na Zjeździe Zoologów Polskich (Kraków, 1959 r.) i później we wspólnej publikacji w tomie materiałów tego zjazdu. Andrzej nie ukończył studiów – nie poświęcał im należnej uwagi. Ok. 1959 r. (?) wyjechał do Finlandii. Jego mama mówiła mi wówczas, że to był wyjazd legalny – na zaproszenie związane z uczestnictwem w konferencji ornitologicznej. Przypuszczenie, że Andrzej nielegalnie przekradł się do Finlandii ze Związku Radzieckiego, uważam za mało prawdopodobne. Zbyt ostre były tam wówczas ograniczenia poruszania się cudzoziemców i Andrzej nie zdołałby zorganizować tak ryzykownego przedsięwzięcia. Podczas     pobytu Andrzeja w Finlandii wymieniliśmy listy. Wkrótce wyjechał do Niemiec skąd napisał do mnie, ale        później nasze kontakty ustały, Miałem wiadomości, że był członkiem towarzystwa ornitologicznego Deutsche (lub Bawarskiego?) Ornithologische Geselschaft. Około 2010 r. dostałem do niego kontakt telefoniczny. W krótkiej (jedynej) rozmowie był powściągliwy i nie wykazywał chęci utrzymania dalszych kontaktów między nami. Powiedział mi o swoim zainteresowaniu poezją, m. in. przekładami (wspomniał o Herbercie) na niemiecki. Zorientowałem się, że chyba jest pensjonariuszem domu dla seniorów.

    W czasie naszej kilkuletniej (ale bliskiej) młodzieńczej przyjaźni znałem Andrzeja jako osobę o dużej (jak na jego wiek i ówczesny dostęp do źródeł) wiedzy ornitologicznej i znajomości literatury przedmiotu. Miał też doświadczenie w obserwacjach/rozpoznawaniu ptaków w terenie. Wiele uczyłem się od niego. Dobrze znał angielski (co wówczas było rzadkością) i miał kontakty w British Council. W życiu towarzyskim nie był atrakcyjny, a w wypowiedziach często mało komunikatywny. Mieszkał z rodzicami (mama – stomatolog) i z młodszą siostrą w domu przy Al. Jerozolimskich 83 m 7.

    WB

    Źródła:


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33
    Marek Dobrowolski

    ANDRZEJ ZALESKI WSPOMINANY PRZEZ PRZYJACIELA

    Andrzej Zaleski miał ksywkę „Gruby”. Jego ojciec, Lucjan, służył w Ułanach Krechowieckich, a wobec syna był bardzo wymagający. Matka Jadwiga, pracowała w banku. W czasie Powstania Warszawskiego, po pacyfikacji Ochoty, rodzina została rozdzielona. Matka została z Andrzejem wywieziona na roboty do Niemiec, gdzie przeżywali ciężkie bombardowania Aliantów. Ojciec zginął w obozie koncentracyjnym w Niemczech.

    Po wojnie Andrzej z Mamą mieszkali w ocalałym domu przy ul. Grójeckiej 40, przy Placu Narutowicza, na parterze. Późno wieczorem Andrzej wpuszczał kolegów przez okno wychodzące na ulicę Barską, co pozwalało unikać tłumaczenia się opłacania dozorcy przy otwieraniu bramy.

    W swojej klasie był najsilniejszy, co czasem potwierdzał w bokserskich walkach po lekcjach. Były to zdarzenia bardzo przeżywane przez kolegów, uczestniczących tłumnie w tych spotkaniach.

    Z grupą kolegów z klasy budował na przystani przy Wale Miedzeszyńskim jacht żaglowy „Quiz”. Autorem projektu był Jurek Łyżwiński (późniejszy Komandor Polskiego Jacht Klubu): 35 m2 żagla (fok, grot, kliwer), mieczowy, składany maszt o wysokość 11 m. Wyciągany na zimę do stodoły w Mikołajkach, był przez wiele lat „siedzibą” wakacyjną Andrzeja Zaleskiego, kapitana Jurka Łyżwińskiego, Andrzeja Pulwarskiego oraz innych zapraszanych kolegów.

    Andrzej pasjonował się polowaniami podwodnymi z kuszą. Potrafił pływać i nurkować z fajką i maską pod woda kilka godzin. Wracał na biwak z rybami nanizanymi na linkę. Rekord to było kilkanaście okoni i szczupaków. Oprócz tego łowił ryby na wędkę z burty Quiza.

    Andrzej skończył Politechnikę Warszawską – specjalność samochody i ciągniki. Pracował w Warszawskiej Fabryce Samochodów a następnie w handlu zagranicznym, w tym w Centrali Metalexport. Wyjeżdżał do Francji na winobrania, stamtąd pojechał raz do Norwegii a w końcu do Kanady, gdzie pozostał na rok pracując w biurze projektowym. Po powrocie zabrano mu paszport na 10 lat.

    Był pasjonatem karawaningu, miał Poloneza z przyczepą kempingową. Próbował hodować rasowe psy, z Gracją, hartem Afgańskim na czele.

    Był wybitnym strzelcem i zawsze miał różne wiatrówki. Strzelał sportowo z pistoletu na warszawskiej Spójni. Brał udział w mistrzostwach Polski w strzelaniu do chowających się sylwetek, strzelanie do 5-ciu tarcz w ciągu 5-ciu lub 3-ech sekund. Andrzej kochał jeść (stąd ksywka „Gruby”), świetnie gotował i urządzał w swym małym mieszkaniu przy ul. Przechodniej znane wśród „Górali” przyjęcia.

    Andrzejowi zawsze towarzyszyły atrakcyjne dziewczyny. Żenił się dwa razy – z Alą z Poznania i Anią z Warszawy. Z drugiego małżeństwa miał syna Michała.

    Był erudytą i duszą towarzystwa. Aktywnie uczestniczył w działalności stowarzyszenia wychowańców Szkoły Górskiego. Był obecny przy przekazywaniu sztandaru ufundowanego reaktywowanej szkole im, Wojciecha Górskiego na Bielanach (LX Liceum Ogólnokształcące) Andrzej chorował na nowotwór, operował go nasz kolega Wojtek Noszczyk. Po operacji żył jeszcze kilka miesięcy.

    Źródła:


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33
    Ewa Federowska

    EWA SPADŁA Z NIEBA I MYŚLAŁA ŻE JEST DUCHEM

    Był to ciepły, słoneczny dzień lata. Na pokładzie nie było kompletu pasażerów. Lecieli: mongolska delegacja, Amerykanka z córeczką, były amerykański pilot, obecnie korespondent w Moskwie i para amerykańskich turystów, udających się w podróż poślubną na emeryturze, wcześniej nie  mieli czasu i pieniędzy. Amerykanie siedzieli po przeciwnej stronie od wejścia. Meteo podało dobre warunki – lot był spokojny, włączony autopilot, więc odrobiłam z radiooperatorem lekcje angielskiego. W okolicach Moskwy zaskoczyła nas burza. Wieża podała przez radio, że mamy utrzymywać wysokość 400 metrów. Wyszłam z kabiny załogi i obserwowałam wariometr, który w tym egzemplarzu samolotu znajdował się również w kabinie pasażerskiej. Wahania byty ogromne: góra – dół. Sprawdziłam, czy wszyscy pasażerowie są przypięci. Para amerykanów, siedzących w drugim rzędzie, bardzo chorowała. Podałam im wodę i torebki, choć to nie  było łatwe. Turbulencja nie pozwoliła mi już na żadne działanie. Samolotem rzuciło tak, że zatoczyłam się na koniec kabiny i usiadłam na ostatnim fotelu przy wyjściu. Naprzeciwko siedział Amerykanin wpatrzony w okno. W chwilę potem, wciąż siedząc, uderzyłam głową w podsufitkę, wtedy pierwszy raz w życiu zapięłam pas bezpieczeństwa. Prawie równocześnie rozległ się przejmujący trzask łamiącego się metalu i chłodny pęd powietrza wyssał gazety i czasopisma z półki nad moją głową. Jak się rozliczę z brakującej prasy dolarowej – przemknęło mi przez myśl. Nastąpiła cisza i ciemność (po około czterech godzinach lotu, przy dwóch godzinach różnicy czasu, było już po godzinie 22:00). Myślałam, że jestem duchem. Miała być jasność wiekuista, a tu ciemność i tak już przez całą wieczność. Usłyszałam puknięcie w metal i poczułam chłód w stopie. To spadł mi pantofel. Jest mi zimno – więc nie jestem duchem – żyję! Zaczęłam we wszystkich znanych mi językach nawoływać pasażerów i załogę. Odezwał się Amerykanin: where are you – gdzie jesteś? Określiłam moje usytuowanie. Przypomniałam, że siedział po drugiej stronie przejścia, również w ostatnim fotelu. Powiedziałam mu, że kadłub leży na lewym boku, a ja wiszę na zapiętym pasie, bo wypadłam z fotela, za chwilę upadnę i pokaleczę się o blachy. I can not find you – nie mogę cię znaleźć. Usłyszałam kroki po błocie i zaległa cisza. Pomyślałam, że zemdlał – pewnie ranny, trzeba go ratować i innych też. Obutą stopą wymacałam okno – nie było plexiglasu – i trzymając się pasa usiadłam, jak mi się zdawało, na ramie okna. Izolacja rozwarstwiła się i wydostałam się między blachą a izolacją. Pamiętałam, że może być pożar i trzeba odnaleźć załogę i pasażerów i wszystkich ewakuować. Kiedy byłam już na zewnątrz, zobaczyłam, że kadłub kończy się na drugim rzędzie foteli (licząc od wejścia, które znajdowało się z tyłu kadłuba), a w tapicerkę foteli wbita jest blacha, jak szpilki w poduszkę do igieł. A więc to była moja osłona. Po prawej stronie kadłuba stała końcówka skrzydła oparła o pień brzozy. Po lewej stronie stał fragment drugiego skrzydła, blachą owinięty o pień  sosny – nie ma zbiorników, więc nie powinno się palić – obok leżał  wybudowany silnik. Nigdzie śladu człowieka! Wtedy odezwała się Amerykanka – krzyczała: my child, my child – moje dziecko. Poszłam w kierunku głosu i zapadłam się w błoto po kolana. Myślałam, że skoro byliśmy na podejściu do lądowania, zaraz nadejdzie pomoc, ale tak się nie stało. Nie było na co czekać. Zaczęłam zataczać rękami kręgi, mając ocalałą część kadłuba i ogon w centrum, spodziewając się, że w ten sposób natrafię na załogę i pasażerów. Wciąż  było ciemno, omijałam błoto w które się zapadałam. Miałam szum w uszach – jak w parowozowni, a może to hamownia silników, więc powinni być ludzie. Spostrzegłam światełka połyskujące wśród drzew. Może to wilki. Przypomniało mi się, że zimą rumuńska załoga rozbiła się w Rodopach. Gdy śniegi stopniały, załogę zidentyfikowano po obuwiu. Ciała zjadły wilki. Okazało się, że to migają światła samochodów. Szosa jest bardzo blisko – osłupiałam. A więc to nie jest odludzie – samolot nie wylądował i nikt nas nie szuka! Bezskutecznie usiłowałam zatrzymać przejeżdżające samochody osobowe i ciężarowe. Padało, kierowcy musieli widzieć w świetle reflektorów, że jestem w mundurze, umazana błotem, bosa i rozczochrana. Nikt się nie zatrzymywał. Bardzo powoli nadjeżdżał rozklekotany mały, dostawczy samochodzik. Zaryzykowałam, udałam, że rzucam się pod koła – kierowca, maleńki grubasek, zahamował. Przez uchylona szybę chwyciłam go za krawat, wolną ręką otworzyłam drzwi i wsiadłam. Powiedziałam co się stało i kazałam mu jechać do portu Wnukowo. Trząsł się ze strachu, płakał i tłumaczył, że jest na służbie, rozwozi prasę i właśnie jedzie z portu do Moskwy. Miałam przewagę, zaciskałam jego krawat, kazałam zapamiętać miejsce skąd mnie  zabrał i zawracać do portu. Na lotnisku chciał mi uciekać. Wlekąc nieszczęsnego kalekę na jego własnym krawacie, chciałam z sekcji odpraw zatelefonować do naszego przedstawiciela, kapitana Tadeusza HendzIa. Uniemożliwiono mi to. Nikt się mną nie zainteresował, choć mój wygląd wskazywał, że coś się stało. FIN AIR miał w Moskwie swego przedstawiciela. Zobaczyłam go jak wchodzi do swego biura. Wyjaśniłam mu, że mieliśmy wypadek i proszę żeby pomógł mi i zadzwonił do polskiego przedstawiciela, powinien być na lotnisku i istotnie był. Fin zareagował normalnie. On jeden na międzynarodowym lotnisku pomógł. Pomógł również przytrzymać wciąż wyrywającego się kierowcę. Z kapitanem Hendzlem i rozwozicielem gazet pojechaliśmy z powrotem. Jego obecność była istotna, ponieważ orientował się, w którym miejscu wsiadłam do jego mini furgonetki. Wkrótce pabiedą naszego przedstawiciela pojechałam do hotelu, w którym kwaterowały nasze załogi. Odnalazłam moją zmienniczkę Stenię Weigman. Załoga o niczym nie wiedziała. Wszyscy pojechali zaraz na lotnisko. Zostałam z koleżanką i wtedy poczułam, że jestem cała potłuczona. Czekała mnie wizyta licznej grupy umundurowanych oficjeli, którzy zadawali mi bardzo dziwaczne pytania. Rano poprosiłam o herbatę, były z tym niejakie trudności. Natomiast sanitariusz zrobił mi zastrzyk przeciwtężcowy, choć nie byłam ranna, miałam skaleczoną bosą stopę. Chciałam zatelefonować do rodziców ale nie było to możliwe. Już w Warszawie ojciec powiedział mi, że już był w Dyrekcji Lotu, która mieściła się wówczas na Hożej 39, dowiedzieć się kiedy przyleci ciało córki. Po trzech tygodniach i odbyciu obowiązkowych badań w „CEBULI” (tak w żargonie lotniczym nazywano Centralny Instytut Badań Lotniczo-Lekarskich) wróciłam na pokład do latania. W jakiś czas potem zwrócono się do mnie z propozycją współpracy z Urzędem Bezpieczeństwa. Ponieważ odmówiłam, odebrano mi paszport na 10 lat. Byłam uziemiona i pracowałam jako stewardesa naziemna. Następnie i tę pracę straciłam.

    Na tym kończy się wspomnienie katastrofy lotniczej, którą szczęśliwie przeżyła stewardesa Ewa Federowska, nasza szkolna koleżanka  (matura 1951), aktualnie członek komisji rewizyjnej Stowarzyszenia Wychowańców Szkoły Wojciecha Górskiego. Przytoczony tekst jest jej własnością intelektualną.

     Poniżej przytaczamy fachowy opis tego tragicznego wypadku lotniczego autorstwa Tadeusza Hendzla, pilota pełniącego w krytycznym dniu obowiązki przedstawiciela LOT w Moskwie.

    14 czerwca 1957 roku, załoga samolotu PLL LOT – IŁ-14 SP-LNF w składzie: kapitan – Władysław Snacki, II pilot – Mieczysław Pląder,  radiooperator – Michał Łukasiewicz, mechanik pokładowy – Marian Siemieniak, stewardesa – Ewa Federowska, wykonywała lot rejsowy nr 232 na trasie Warszawa – Moskwa,

    Samolot typu IŁ 14 SP-LNF

    Po przylocie nad moskiewskie lotnisko Wnukowo napotkali rozległą burzę. Kapitan Snacki zdecydował się na podejście do lądowania sądząc, że  kontrola ruchu lotniczego na Wnukowie pomoże mu w naprowadzaniu na kierunek pasa lądowania. Niestety, nie wykorzystywał chyba dwóch naprowadzających radiolatarni, służących także do zajmowania nad nimi  nakazanych wysokości. Pierwsze podejście było za wysokie i zdecydował się na ponowne podejście, nie utrzymując niestety nakazanej na tym lotnisku procedury. W gęstym deszczu zobaczyli prawdopodobnie światła podejścia i światła pasa. Postanowili zrobić krótką rundę, nie tracąc z oczu tych świateł. W skręcie, nie patrząc na przyrządy a jedynie na zauważone światła,  tracili wysokość i w odległości około 10 kilometrów od lotniska, prawie na prostej do lądowania uderzyli w ziemię [godz 23:12] Kabina z prawym skrzydłem owinęła się na grubym pniu drzewa. Cały kadłub za wyjątkiem tylnej części wraz ze statecznikami oderwał się i porozbijał o  drzewa. Wszyscy zginęli, za wyjątkiem tych którzy lecieli w tylnej części kadłuba. W tym ostatnim kawałku samolotu znajdował się rząd 4 foteli do których przypiętych było 3 pasażerów i stewardesa. Przeżyli i nie mieli najmniejszych skaleczeń. Widocznie w księdze losów ludzkich mieli zapis dalszego życia. Załoga złamała przepisy, ale w czasie sekcji zwłok nie stwierdzono alkoholu w ich ciałach.

    oprac.  Mieczysław Metler na podstawie artykułu Katastrofa lotnicza w Moskwie zamieszczonego 4 grudnia 2021 w blogu Krakowskiego Klubu Seniorów Lotnictwa (kksl.org/blog).

     

    Zainteresowanym szczegółami katastrofy samolotu PLL LOT pod Moskwą w czerwcu 1957 polecamy artykuł Janusza Wróbla Przed Smoleńskiem było Wnukowo, zamieszczony 13 kwietnia 2019 r w KALEJDOSKOPIE Weekendowym Magazynie „Dziennika Związkowego” wydawanego w Stanach Zjednoczonych od 1908 r. Autor zamieścił w nim wiele informacji dotyczących tragicznego, rejsowego lotu nr 232 oraz interesujące refleksje analityczne.

    W znanych z sieci źródłach bibliograficznych nazwisko stewardesy LOT podawane jest błędnie jako: Ewa Fedorowska. W powyższym tekście przyjęto prawidłową formę – Ewa Federowska. Należy jeszcze dodać, że Ewa Federowska jest fundatorką jednej z trzech kopii popiersia Wojciecha Górskiego,   przekazanej w roku 2021 szkole w Pamiątce. Szerzej  historię oryginalnej rzeźby i jej 3 kopii traktuje tekst W. Brańskiego „Klonowanie” Górskiego zamieszczony w zakładce O/W-pracowania.

    wb

    Źródła:

    Tadeusz Hendzel (Kapitan Maresz)  Wspomnienia pilota Polskich Linii Lotniczych LOT, Wydawnictwo  Wigo s.c., Warszawa 2008

    https://pl.wikipedia.org/wiki/Katastrofa_lotu_PLL_LOT_232

    https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/historia/1514326,1,katastrofa-polskiego-ila-14.read

    https://www.superkalejdoskop.com/index.php/joomla-license/149-przed-smolenskiem-bylo-wnukowo


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33
    A.M.

    SZKOLNE KÓŁKO MOTORYZACYJNE

    Wydawnictwom uczniowskim okresu międzywojennego poświęcone jest większe opracowanie w dziale O/Wy-pracowania (W. Brański Wydawnictwa uczniowskie w okresie międzywojennym w Szkole Wojciecha Górskiego). Przywołaliśmy je też w kilka okruchach wspomnień. Mietek Metler (mat. 1952)  udostępnił ze swoich zbiorów brakujący nam numer „Pracy i Wiedzy” z 1939 r., w którym zamieszczony jest tekst o szkolnym kółku motoryzacyjnym.  Dla dzisiejszej młodzieży, zżytej z samochodami od dzieciństwa,  problemy organizacji szkolenia  w prowadzeniu pojazdów ich  rówieśników – z przed osiemdziesięciu przeszło lat – z pewnością nie będą fascynujące. Chodzi nam jednak o kontekst zbliżającej się wojny i świadomość tych młodych ludzi, że przyjdzie im być może brać w niej  aktywny udział, do czego należy się przygotować,  A więc motoryzacja nie dla samej wygody i przyjemności, ale jako obywatelski obowiązek.

    Ciekawostką jest wzmiankowane w tekście „dżentelmeńskie prawo jazdy”. Czy ktoś może przybliżyć nam jego funkcjonowanie?

    W książce Pamiątka 125-lecia szkoły Wojciecha Górskiego  zamieszczony jest tekst Zygmunta Peukera Komentarz do fotografii maturalnej z roku 1939, którego fragment opisuje indywidualny przebieg szkolenia motoryzacyjnego na zakupionym przez szkołę fiacie  508  i   końcowy egzamin  prowadzony przez  wybitnego specjalistę od motoryzacji inż. Rudolfa Rychtera. A wszystko to działo się na 3 miesiące przed wybuchem wojny.

     

     

    wb

     

     

     

    Źródła:

    1.Praca i Wiedza nr 2, 1939

    2. Pamiątka 125-lecia Szkoły Wojciecha Górskiego 1877-2002, Warszawa 2004


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33
    Marek Dobrowolski

    ZBYSZKA KOWZĘ WSPOMINA MAREK DOBROWOLSKI (matura 1951)

    W szkole miałem ze Zbyszkiem tylko sporadyczne kontakty. Startowaliśmy razem w reprezentacji gimnastycznej szkoły, a raz zastępowałem go na bramce w reprezentacji szkoły w piłce nożnej. Boksował się kiedyś po lekcjach z naszym klasowym mistrzem od „nawalanek” Andrzejem Zaleskim „Grubym”, ale miał wspaniały refleks i nie dał się trafić.

    Ukończyliśmy studia na tym samym wydziale Politechniki Warszawskiej przy ul. Narbutta, robiąc dyplomy (Zbyszek w 1956r.) w katedrze spawalnictwa, utworzonej w latach 50-tych przez mojego Ojca, prof. Zygmunta Dobrowolskiego.

    Jeżdżąc sportowo na motocyklach w AZS (Akademickim Zrzeszeniu Sportowym), otrzymaliśmy dla naszej Sekcji Motorowej AZS butle z tlenem i acetylenem oraz palniki spawalnicze w fabryce „Perun” przy ul. Grochowskiej, gdzie przed wojną mój ojciec był Naczelnym Inżynierem. Jak przyjechaliśmy tam ze Zbyszkiem z odpowiednim pisemkiem z Politechniki, starzy pracownicy „Peruna” skojarzyli, że jestem synem ich przedwojennego dyrektora Zygmunta i bez wielkich ceregieli odpalili nam butle i sprzęt spawalniczy, co w tym czasie było sporym wyczynem gdyż sprzęt spawalniczy był ostro reglamentowany.

    Szykowaliśmy nasze motocykle w siedzibie sekcji motorowej AZS w piwnicach żeńskiego akademika, gdzie również zainstalowaliśmy butle i stanowisko do spawania.

    Zbyszek Kowza z Jankiem K………. w pomieszczeniach Sekcji Motorowej AZS (w tle butla do urządzenia spawalniczego).

    Zbyszek był wicemistrzem Polski w motokrosie w kategorii 175 ccm, na motocyklu ČZ pozyskanym po rajdowych mistrzostwach świata, słynnej „Sześciodniowce”. Ja byłem początkującym adeptem i jedynie zwykłym pomagierem Zbyszka. Tym niemniej dzięki Zbyszkowi miałem okazje jeździć na rajdowych motorach będących przedmiotem westchnień moich rówieśników, jak na przykład angielska BSA 500 Golden Star czy też rajdowy Junak 350.

    Część prac przy usprawnianiu silników naszych klubowych motocykli wykonywaliśmy, głównie Zbyszek i nasz drugi „as” Truskolaski (imienia niestety nie pamiętam), u Zbyszka w domu, na osiedlu Muranów. Tam miałem okazję poznać siostrę Zbyszka, Bożenę, aktorkę teatralna i filmową.

    To co wyrabiał Zbyszek u siebie w małym mieszkaniu na Nowolipkach jest naprawdę zadziwiające. Wykonał mocno użebrowaną, rajdową głowicę aluminiową metodą „wosku traconego”, pełno było tam części motocyklowych i stanowisko montażu „rasowanych” motocykli, głównie marki WFM produkowanych w Warszawie przy ul. Mińskiej. Ja w tej fabryce robiłem moją pracę dyplomową, projekt stanowiska do spawania ramy WFM. W nagrodę dostałem od fabryki wybrakowaną ramę motocykla WFM, którą w naszej „spawalni” w piwnicy akademika wyszykowaliśmy na „rajdówkę”.

    Zbyszek wynajmował garaż w suterynie willi na Sadybie. Grzebaliśmy tam przy naszych motocyklach. Przy garażu była mała „służbówka” gdzie Zbyszek czasem sypiał po pracach przy motocyklu do późnego wieczora. Z pomieszczenia tego korzystała też w pewnym okresie rozwodząca się z Andrzejem Wajdą aktorka, znajoma Bożeny, siostry Zbyszka.

    Zbyszek był entuzjastą nart, jeździł skuterem Osa w zimie do Zakopanego. Wracając raz wieczorem z nart, uderzył głową (był w berecie, kasków używano tylko w czasie wyścigów) w uszkodzony, opuszczający się gwałtownie szlaban kolejowy niedaleko Skarżyska. Leżał, z otwartą czaszką, uznany za martwego, przy kupie żwiru i miał szczęście, że akurat lekarz wracający pogotowiem od chorego, sprawdził że jeszcze oddycha, (kilka oddechów na minutę) i zabrał go do szpitala. Utworzyliśmy wtedy motocyklowy dyżur i jeden z nas był zawsze gotów, z motocyklem, do dyspozycji matki i rodziny Zbyszka, 24 godziny na dobę. Matce Zbyszka polecono w szpitalu zająć się przygotowaniem trumny, ale Zbysio, twarda sztuka, umierać nie miał zamiaru. W końcu wypisany na własne życzenie „uciekł” do Warszawy.

    Pamiętam jak po tym wypadku, znów jeździliśmy na motorach. Zbyszek nam opowiadał, że widzi podwójnie, ale motoru nie odstawił. Pamiętam, że zwierzył się nam po jakimś czasie, że odzyskał „pojedyncze” widzenie w wyniku uderzenia deską kreślarską w głowę, którą wiatr mu poderwał podczas przewożenia jej na kierownicy motocykla.

    Zbyszek potrafił przejechać non stop trasę Paryż-Warszawa motocyklem BSA 500. Zasnął wprawdzie za kierownica jakieś kilkadziesiąt kilometrów przed Warszawą, ale zdołał jeszcze miękko zjechać z jezdni na trawę i chwilę się przespać.

    Zbyszek był wyjątkowo taktownym młodzianem. Nigdy nie usłyszałem z jego ust przekleństwa lub „grubego” słowa. Był bardzo przyjaznym kompanem.

    Tyle wspomnień o Zbyszku. Umarł podobno na serce biegnąc do matki na któreś tam piętro po schodach, bo akurat popsuła się winda.

    Źródła:


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    35-LAT WYJŚCIA ZE SMOLNEJ

    W zbiorach archiwalnych naszego stowarzyszenia spoczywa dwustronnie  drukowana,  złożona jak książeczka, kartka A4 zatytułowana jak wyżej  oraz datowana 22 czerwca 1990 r.  Czytając zapisany rójkolumnowo tekst szybko odkrywamy, że dotyczy on spotkania z okazji 35-leciai matury  uczniów szkoły na Smolnej z roku 1955.  Czyli z pewnością Górali/górszczaków, choć imię Założyciela  wspominał tylko jeden z uczestników spotkania (Maciej Kołczkowski, syn  górszczaka). Dobrze wiemy, że jednym z  maturzystów w  1955 roku był Krzysztof Zanussi, który zawsze odwołuje się do tradycji szkoły Wojciecha Górskiego., ale na tamte spotkanie nie przybył. Między wierszami i kolumnami można odczytać, że spotkało się wtedy 18  uczniów klasy XI c .

    Zamieszczamy facsimile  tego  wydawnictwa pisanego zwyczajowo w formie żartobliwej, jako okrucha historii naszej szkoły. Może ktoś z uczestników spotkania  przeczyta je z łezką w oku i odezwie się do nas, albo ktoś inny pomyśli, że warto utrwalić  na stronie stowarzyszenia spotkanie jago klasy.

     

    Zauważamy, że na liście adresowej uczestników spotkania, nie ma adresów poczty internetowej.

    wb

    Źródła:


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33
    Mieczysław Zawadzki

    NIEWŁASCIWE POCHODZENIE GÓRSZCZAKÓW I ICH PRZENOSINY DO LICEUM MIKOŁAJA REJA

    Fragment książki Krzysztofa Wojciechowskiego Cafe Gruz

    Szkoła Górskiego w pierwszych dniach po wyzwoleniu mieściła się w starych budynkach przy ul. Nowogrodzkiej 34 i dopiero od roku 1947 rozpoczęła działalność przy ul. Smolnej 30, do której uczęszczaliśmy będąc mieszkańcami zrujnowanego śródmieścia.

    Jestem urodzony w Warszawie na ul. Złotej 4, pochodzę z rodziny rzemieślniczej. W okresie okupacji uczęszczałem do pierwszej klasy, naukę przerwałem w momencie wybuchu powstania warszawskiego, klasę drugą i trzecią robiłem na prywatnych kursach w Komorowie i do klasy czwartej zostałem przyjęty po powrocie do Warszawy do gimnazjum Górskiego. Potem gimnazjum zostało przeniesione na Smolną 30. Później było nazywane Gimnazjum Zamoyskiego. Szkoła została upaństwowiona w 1948 albo 1949 roku.

    Krzysztof: Jakie były motywy wyboru Liceum Reja?

    Mieczysław: Decyzja nie zależała od nas, ani rodziców. Decyzję usunięcia niektórych uczniów ze szkoły Górskiego podjęła ówczesna dyrekcja na skutek pewnie wymuszonej selekcji uczniów. Podłoże było polityczne i w zasadzie polegało na kontrolowanej przez władze PRL selekcji według pochodzenia uczniów. Ci, którzy nie byli pochodzenia robotniczo-chłopskiego lub zbliżonego do tego, lub nie byli prokomunistyczni zostali z tej szkoły wyproszeni. Jedyną szkołą, która w zasadzie oferowała dość długo możliwość przyjęcia takich banitów, było Liceum im. Mikołaja Reja. I w ten sposób gros naszych kolegów, znajomych również z innych szkół znalazło się w Liceum na placu Małachowskiego.

    Krzysztof: Nie bardzo zrozumiałem, co było tym minusem ideologicznym, że ciebie nie chciano zatrzymać u Górskiego.

    Mieczysław: Minusem – nie tylko moim – było to, że byłem dzieckiem rzemieślnika. Mój ojciec był tapicerem. Prywatnym właścicielem niewielkiego zakładu na Złotej 4 obijającego meble. Zakład przetrwał okupację, natomiast budynek został wyburzony po wojnie.

    Krzysztof: A przed wojną jakie tradycje miał ten zakład?

    Mieczysław: Zakład był prowadzony przez ojca od 1934 roku. Był przejęty od poprzedniego właściciela Bekingera, też tapicera warszawskiego.

    Krzysztof: A czy dziad, pradziad też byli rzemieślnikami tej specjalności?

    Mieczysław: Nie, mój ojciec pochodził z rodziny rolniczej, chłopskiej, był pierwszym w rodzinie, który doszedł do „wspaniałych osiągnięć” rzemieślniczych.

    Krzysztof: To nie były bagatelne osiągnięcia, dlatego że w okresie największego nasilenia komunizmu, w latach kiedy byliśmy w szkole podstawowej i u Reja w późnych latach czterdziestych i pięćdziesiątych, zawsze w procesji na Boże Ciało wszystkie cechy rzemieślnicze z kilkusetletnimi tra­dycjami szły ze sztandarami.

    Mieczysław: Nie tylko szły, poszczególne cechy tworzyły ołtarze na ulicy, cech tapicerów miał sporo do roboty, bo musiał te miejsca przygotować.

    Krzysztof: Czyli każdy cech miał swój ołtarz?

    Mieczysław: Może nie koniecznie każdy, ale grupa cechów.

    Krzysztof: Pamiętam ołtarz na rogu ulicy Koziej i Krakowskiego Przedmieścia, wiem, że tam się mieścił w pobliżu Cech Krawców, którego członkiem był, notabene, nasz laureat Nobla Władysław Reymont. Bardzo mnie interesują te tradycje warszawsko-rzemieślnicze.

    Mieczysław: Tradycje te przetrwały do czasów współczesnych. Cechy co prawda podupadają finansowo, ale trwają. Podupadają finansowo ze względu na zanik zapotrzebowania różnych branż. Stają się coraz mniejsze. Być może, że za­nikną zupełnie.

    wb

    Uczniowie, którzy w latach 1951-1952 zostali przeniesieni ze Szkoły Górskiego do Liceum im. Mikołaja Reja: Janusz Femik. Andrzej Fürstenberg, Tadeusz Jeżak. Maciej Kozłowski, Bohdan Maciejowski. Włodzimierz Rojewski. Mieczysław Zawadzki. Krzysztof Jan Wojciechowski.

     

    Źródła:

    K.J.Wojciechowski – Liceum imienia  Mikołaja Reja w Warszawie 1950- 1055 (Apogeum stalinizmu)/widziane z Cafe Gruz, Wydawnictwo M.M. , Pruszkow 2006


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33
    Tadeusz Jeżak

    FERALNE SKUTKI ZABAW „ATOMÓWKAMI”I NIEWYPAŁAMI

    Ponieważ nasze mieszkanie na Chmielnej zostało po powstaniu spalone, w związku z tym przenieśliśmy się do domku letniskowego w Radości, który został przystosowany do zamieszkania przez cały rok. Radość na linii otwockiej to była taka troszeczkę prowincja, odbywały się pod kościołem odpusty. Na odpuście kupiłem sobie w tekturowym pudełeczku, w trocinach, tak zwane bombki atomowe, gliniane kuleczki, których było z tuzin. Bombki, zwane „atomówkami” miały dużą siłę eksplodującą. Ponieważ można było nimi miotać z normalnej procy, cieszyły się ogromnym powodzeniem i trudno je było dostać. Było wiele wypadków w szkołach, że np. ktoś został kaleką w następstwie wybuchu ćwierć kilograma atomówek w kieszeni, tak że słusznie wycofano je ze sprzedaży. W Warszawie kupowało się je na Tamce lub Zajęczej. Jak pamiętasz, nasze mundurki były bez kieszeni, była tylko jedna jedyna kieszonka na wysokości piersi, tam to pudełeczko włożyłem, chciałem się pochwalić kolegom, co mam. Na lekcji matematyki prowadzonej przez profesora Wodnickiego (przydomek nadany przez uczniów „Woda”) zacząłem opowiadać sąsiadowi w ławce swoje wrażenia z tego odpustu. I wtedy Wodnicki krzyknął – „Jeżak za drzwi!”. Wyszedłem za drzwi, a nasza klasa była na ostatnim piętrze, na ulicy Smolnej 30. Przedtem szkoła Wojciecha Górskiego czyli tak zwany „Góral” była na Nowogrodzkiej. Dokładnie pamiętam taką historię, tak jak my w Reju chodziliśmy do „Cafe Gruz”, to grupa starszych kolegów od Górskiego chodziła na teren kościoła św. Barbary i tam znaleźli dół, to był rok 1946, z granatnikami. Koledzy zaczęli jeden z granatników rozbierać. Coś eksplodowało i jatka była straszna, nawet mój starszy kolega, Andrzej Maciszewski. który w tej chwili jest znanym lekarzem ginekologiem, strasznie był pokiereszowany.[Porównaj w „Okruchach  tekst M.Metlera” TRAGICZNY WYBUCH].

    Jak powiedziałem zostałem wyrzucony przez profesora Wodnickiego. Siedzę sobie cichutko, żeby nikt specjalnie nie zwrócił na mnie uwagi, ale słyszę – na dole otwierają się drzwi i słychać jakieś kroki i jakieś głosy. A jak pamiętasz, klatka schodowa miała wewnątrz dosyć duży prześwit. Woźny, pan Franciszek otwiera drzwi i wchodzą trzy osoby. Chciałem zobaczyć kto, więc się wychyliłem przez tę balustradkę. W tym momencie wszystkie te bombki odpusto­we wyleciały z kieszonki na dół i naturalnie eksplodowały!!! Huk był potworny. Ludzie powyskakiwali ze wszystkich klas. Oczywiście rozpoczęła się olbrzymia afera, bo uznano, że ja zrobiłem to celowo, widząc wizytację z Kuratorium.

    Szkoła Wojciecha Górskiego była wtedy jeszcze szkołą prywatną, już w tym czasie niemile widzianą przez władze Polski Ludowej. Uznano to za akt sa­botażu. Oczywiście było pytanie: kto to zrobił? więc się przyznałem oraz po­wiedziałem jak to się stało i że ubolewam nad tym nieumyślnie spowodowanym wydarzeniem. Uznano to za pewną okoliczność łagodzącą. Powiedziano mi też, że mogę dokończyć tę klasę, ale dalej już w szkole Górskiego nie będę mógł się uczyć.

    Drugim powodem, dla którego nie mogłem zostać u Górskiego był fakt, że mój ojciec był „prywatną inicjatywą”. Miał pudełkarnię na Chmielnej 7, w tak zwanym „pasażu francuskim”, który ojciec zaadaptował na pudełkarnię. Robił bomboniery dla Wedla. Dobrze nam się powodziło, do szkoły przywoził mnie samochodem wandererem, to była limuzyna… Niesłychane w tych czasach.

    A. Prof. Wodnicki był łysawym panem, w średnim wieku i takiejże postury – energicznym i bezkompromisowym jeżeli chodzi o zachowanie się na jego i innych lekcjach. Uczył matematyki i był wychowawcą klasy. Klasa miał dwoje drzwi z małymi okienkami w górnej części. Jedne z drzwi, z tyłu, były zawsze zamknięte. Przed wejściem do klasy zawsze spoglądał w okienko i energicznie w nie pukał i jednocześnie groził palcami sygnalizując swoje nadejście. Po klasie przebiegał szmer i nerwowy dreszcz. Dawało się słyszeć porozumiewawcze ostrzeżenia: Uwaga „Woda” idzie!!! Strach nas paraliżował. Wszyscy starali się przybrać możliwie prawidłowe pozycje w ławkach; takie to były metody wychowawcze w latach 50.

    B. W latach 1951-1952 zostali przeniesieni ze Szkoły Górskiego do Liceum im. Mikołaja Reja: Janusz Femik. Andrzej Fürstenberg, Tadeusz Jeżak. Maciej Kozłowski, Bohdan Maciejowski. Włodzimierz Rojewski. Mieczysław Zawadzki. Krzysztof Jan Wojciechowski.

    Źródła:

    K.J.Wojciechowski – Liceum imienia  Mikołaja Reja w Warszawie 1950- 1055 (Apogeum stalinizmu)/widziane z Cafe Gruz, Wydawnictwo M.M. , Pruszkow 2006


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33
    Zygmunt Peuker

    KOMENTARZ DO FOTOGRAFII MATURANEJ Z ROKU 1939

    Jest to fotografia maturzystów z maja 1939 r. Dzień, w którym fotografia została zrobiona trudno mi ustalić, ale z pewnością jest to albo druga połowa maja (raczej), albo początek czerwca 1939 r.

    Matura, którą zdawaliśmy w maju 1939 r. jako absolwenci II klasy liceum, była ostatnią przed II Wojną Światową maturą zdawaną w warunkach normalnych. Jednocześnie była to pierwsza i ostatnia matura w trybie ustroju szkolnego tzw. nowego typu (czteroklasowe gimnazjum o jednolitym profilu nauczania, które kończyło się tzw. małą maturą i dwuletnie liceum o profilowanym programie nauczania); największą część liceów stanowiły licea humanistyczne oraz matematyczno-fizyczne, i to w szkole W. Górskiego było właśnie matematyczno-fizycznym. Ponadto były bardzo nieliczne licea o profilu klasycznym oraz nieco liczniejsze o profilu przyrodniczym.

    OSOBY NA FOTOGRAFII. W pierwszym rzędzie od góry (od lewej) stoją maturzyści: Stanisław Magrzyk, Jan Gontarczyk (zmarł niedawno, syn właściciela znanego zakładu brązowniczego, który wykonał m.in. buławę dla marszałka E. Rydza Śmigłego; Janek dostarczył również replikę zwieńczenia drzewca sztandaru – sowę na książkach – która ma miejsce swojego obecnego pobytu na drzewcu sztandaru LX Liceum im. Wojciecha Górskiego; replikę, bo pierwszy egzemplarz tej sowy – może trochę innej, ale “ideowo” takiej samej – siedzącej na książkach, zakład ojca Janka wykonał specjalnie dla przedwojennej Szkoły Wojciecha Górskiego), Stefan Felsz (mój daleki kuzyn), Wojciech Reszczyński (był dowódcą jednego z powstańczych oddziałów AK, które w sierpniu 1944 r. zdobyły gmach PAST-y na ul. Zielnej), Andrzej Gużkowski, Wacław Andziak, Henryk(?) Biedrzycki, Ryszard Płonczyński (mój najbliższy kolega i przyjaciel, erudyta, który “wszystko znał i wiedział”, chociaż dla osobistego pożytku nie umiał tego wykorzystać; pracowaliśmy po wojnie kilkadziesiąt lat w tej samej instytucji – w Głównym Urzędzie Statystycz­nym, nie wiem, ile języków obcych znał, ale biegle – na pewno cztery, Eugeniusz Szczepankowski, Władysław Balasiński (zginął w czasie wojny).

    Jeszcze słowo co do tego pierwszego rzędu od góry. Wojtek Reszczyński był po wojnie przez wiele lat dyrektorem Izby Skarbowej w Iławie; Wacek Andziak miał przed wojną piękny motocykl 500-kę BMW z napędem kardanowym, a nie łańcuchowym, co w owym czasie było wielką techniczną nowością (ten typ motocykla zresztą nie zestarzał się do dzisiaj, tak był pięknie nowocześnie konstruktorsko i stylistycznie opracowany). Otóż Wacek jeździł tym motocyklem do szkoły, co dla Jego kolegów było pewnego rodzaju atrakcją, żeby nie rzec, sensacją. Ale tak się zdarzyło, że wkrótce po nim i mój Ojciec kupił motocykl, a właściwie dwa, jeden dla siebie, drugi dla mnie, zresztą w rezultacie sam nigdy nie jeździł, a jeżeli, to ze mną jako pasażerem na tylnym siodełku. Więc i ja jeździłem do szkoły motocyklem, wprawdzie dużo skromniejszym od wackowej“beemwuemki”, ale to jednak było coś niezwykłego.

    Z motoryzacją związane jest jeszcze ciekawsze wspomnienie. Oto szkoła, jak zawsze przodująca we wszystkim co dobre, nowoczesne, potrzebne etc., kupiła samochód, popularnego wówczas fiata 508. Po co? Zbliżała się wojna, co do tego nikt nie miał wątpliwości (nie my, ale nasi mądrzy nauczyciele), armia polska była słabo zmotoryzowana, stąd Szkoła chciała, aby każdy maturzysta razem ze świadectwem dojrzałości dostawał prawo jazdy. Kurs na prawo jazdy prowadził nauczyciel (czego uczył, nie pamiętam, naszej klasy nie uczył; może były to roboty ręczne?) Rudolf (to nazwisko, imienia nie pamiętam) Nie wiem dlaczego nie figuruje w wykazie nauczycieli szkoły w naszej książce. Po wojnie dochodziły do mnie różne wieści o nim z okresu okupacji, ale nie będę ich przytaczać, wszak działy się wtedy bardzo różne rzeczy, świadkowie nie żyją itd., a dla sprawy, o której piszę, nie ma to żadnego znaczenia).  Nie pamiętam, czy za kurs płaciliśmy dodatkowo, czy może opłatę obejmowało czesne.

    Jazdę egzaminacyjną na prawo jazdy odbywałem z inż. Adolfem Rychterem, legendą polskiej motoryzacji, wybitnym znawcą wszystkiego co dotyczy samochodu, jego konstrukcji, jazdy itd., autorem wielu książek z tego zakresu. Pierwsze podejście “zawaliłem”, gdyż egzaminator polecił mi jechać za konną furmanką, a wiadomo, że samochodem łatwiej jechać szybko niż wolno, zwłaszcza młodym adeptom sztuki szoferskiej (doskonale pamiętam gdzie to było: na rozszerzeniu ul. Narbutta w placyk przy ul. Kazimierzowskiej, gdzie dziś jest kino “Stolica”). Za furmanką jechać trudno, powierzchnia typu “kocie łby” powoduje trudności z utrzymaniem nogi na pedale gazu, w dodatku trzeci bieg zmieniłem od razu na pierwszy, co inż. Rychter skwitował pytaniem: “A jak pan schodzi z trzeciego piętra na parter, to od razu schodzi pan na pierwsze, czy najpierw na drugie?” Musiałem przyznać mu rację. Ale za kilka dni, na egzaminie poprawkowym odbytym w ruchliwym punkcie na placu Unii Lubelskiej, z fasonem podjechałem pod stojący tam do dzisiaj budynek rogatek mokotowskich, chciałem jechać dalej, ale inż. Rychter, wyraźnie zadowolony, powiedział: “Dziękuję, dziękuję, było świetnie.”

    Ten sam inż. Rychter wręczał nam na rozdaniu matur prawa jazdy i do dziś pamiętam jego słowa: “Panowie, pamiętajcie, że jechać szybko potrafi każdy głupiec, wystarczy nacisnąć pedał gazu, ale jeździć trzeba mądrze, i to jest o wiele trudniejsze”. Święte słowa. Nie na wiele, niestety, przydało mi się prawo jazdy – wojna była odległa tylko o 90 dni. Samochodu nie mieliśmy. Wprawdzie Ojciec przymierzał się do jego nabycia, ale hamulcem były nastroje wywołane zbliżaniem się wojny. Przydało mi się prawo jazdy do tego, że parę razy przejechałem się samochodami znajomych, w tym jeden raz pięknym sześciocylindrowym wozem marki Delage (może piszę ją niewłaściwie) należącym wówczas czy przedtem do Toli Mankiewiczówny. Miałem fotografię: ja przy kierownicy, ale przepadła w zawierusze wojennej. Do niczego więcej to prawo jazdy uzyskane w Szkole nie przydało mi się, samochodu nie prowadziłem i prowadzić nie będę, ale rozpisałem się o tym jako o świadectwie mądrości naszej Szkoły.

    Wracam do fotografii maturalnej. Rząd środkowy od lewej: Antoni Wąsowicz (syn lekarza) – zginął razem z młodszym swoim bratem, chyba Zbigniewem, absolwentem naszej Szkoły z okresu tajnego nauczania; Zbigniew Piłacik; Zygmunt Peuker (to ja); Zbigniew Wojciechowski (zaginął bez wieści w czasie wojny) – jesienią 1939 r. przychodził codziennie do moich Rodziców pytając, czy może już wróciłem (losy rzuciły mnie pod okupację sowiecką do Lidy, skąd, dzięki kilkutygodniowej serdecznej opiece obcych mi Polaków, po odkarmieniu, wyleczeniu itp., wróciłem w połowie listopada 1939 do Warszawy); Zygmunt Sójka – po wojnie profesor jednej z wyższych uczelni w Gdańsku, specjalista w zagadnieniach ekonomiki transportu morskiego; Bolesław Cudny – po wojnie wyższy oficer WP, ale “nie po linii wojskowej”, raczej naukowej, wykładowca w WAT czy podobnej uczelni; Leon Budziszewski; Jan Pełczyński (chyba najstarszy z klasy, bo repetował jakieś semestry) – oprócz czapki szkolnej zawsze nosił w teczce kapelusik, który wkładał z dala od szkoły, odpinał tarczę szkolną z zatrzasków i był “cywilem”. Kiedyś jednak tarczy nie odpiął, więc szedł z tarczą i w kapeluszu na głowie, co wzbudzało sensację przechodniów do momentu, w którym zorientował się, w czym rzecz. Zresztą z tą tarczą miał kłopoty, bo nasz wychowawca, Włodzimierz Krysicki (matematyk) żądał trwałego przymocowania tarczy do rękawa kurtki mundurowej i sprawdzając je łatwo wykrywał odstępstwa od zasad szkolnych, które, jeśli nie miały bardzo poważnych następstw, to tylko dlatego, że i ów wychowawca zdawał sobie sprawę z tego, że za kilka miesięcy wszyscy będziemy cywilami, więc gra nie warta świeczki.

    Pro domo sua* w 1939 r., a więc na kilka miesięcy przed maturą, Ojciec sprawił mi piękny “cywilny” garnitur, szyty zresztą u krawca na ul. Widok, który był niejako krawcem szkolnym, reperował, przerabiał mundurki etc. Garnitur uszyty był na miarę z doskonałej tkaniny, koloru jasnopopielatego. Chodziłem w nim na różne okazje pozaszkolne, do znajomych, do rodziny z Rodzicami itp. Wielu to zadziwi, ale Ojciec napisał w tej sprawie informację dla Szkoły typu: Informuję uprzejmie, że synowi mojemu, Zygmuntowi, kupiłem ubranie, w którym może być widziany poza szkołą.

    Dalej na fotografii (II rząd, środkowy): Leopold Korzeniewski (po wojnie mój długoletni najbliższy przyjaciel), mgr inż. elektryk, w szkole przez wiele lat członek orkiestry szkolnej, grał na wielu instrumentach dętych, trąbce, kornecie i in., potężne chłopisko (musiał mieć siłę, żeby dąć!); Jerzy Urbański, mgr inż. budownictwa projektant, ostatnio mieszka w Łodzi; Jerzy Lewiński, mgr inż. branży budowlanej, przyszedł do I klasy liceum naszej Szkoły z Korpusu Kadetów w Rawiczu. Pamiętam, że zanim sprawiono mu mundurek szkolny chodził w mundurze kadeckim, granatowym z żółtymi wypustkami; kolor wypustek różnił między sobą poszczególne Korpusy Kadetów, drugi był chyba we Lwowie, nie wiem, czy były dalsze. I ta czapka z błyszczącą blachą symbolizującą wybuch pocisku czy granatu, podobna do blach na czapkach naszego wojska Księstwa Warszawskiego. Był to przystojny chłopak, uczennice ze szkół żeńskich oglądały się za nim. Ostatni w tym rzędzie: Jerzy Tabeau – zamęczony przez gestapo.

    Na fotografii w trzecim rzędzie (najniższym) siedzą od lewej: maturzysta Tadeusz Koptas (chyba lekarz stomatolog); profesor Tadeusz Nassalski (język polski i propedeutyka filozofii, bo i taki przedmiot mieliśmy w klasie maturalnej); Włodzimierz Krysicki – nauczyciel i wychowawca (przezwisko “Szczur” powędrowało za nim do Łodzi, gdzie był profesorem m.in. szkół wyższych), świetny matematyk, wychowanek naszej Szkoły, jak zresztą wielu innych naszych profesorów, którzy dzięki temu traktowali nas jak swoich młodszych kolegów. Siedzący obok profesora Krysickiego to: Jerzy Górski – syn Wojciecha i Anieli Górskich i kurator fundacji ich imienia. I dalej, kolejno: Stanisław Bogdanowicz – dyrektor szkoły – matematyk i chyba filozof, Maria Szmalc** – zacna germanistka, Jan Sobecki – nauczyciel rysunków, ppor. rez. Michał Kuśmidrowicz – nauczyciel wychowania fizycznego, zwanego dawniej po prostu gimnastyką, a ponadto szef szkolnego hufca Przysposobienia Wojskowego (jako jeden z nielicznych hufców, a może jedyny, miał prawo noszenia, do obowiązujących powszechnie mundurów PW, własnych czapek szkolnych, a nie obowiązujących powszechnie w PW okrągłych “maciejówek”), profesor Stanisław Bogatkiewicz – ulubiony przez uczniów historyk. W ostatniej, maturalnej klasie prowadził również (chyba jedną godzinę tygodniowo w sobotę na ostatniej lekcji) tzw. zagadnienia życia współczesnego, które sprowadzały się do serdecznych rozmów na temat naszych planów życiowych itp. Zapraszał nas, tak samo jak profesor Nassalski, jednorazowo po kilku do swojego mieszkania, gdzie te rozmowy kontynuowaliśmy. Czy są teraz tacy nauczyciele? Nie wiem, jeśli są, to dobrze, jeśli ich nie ma, to bardzo źle.

    Dalej, na prawo od profesora Bogatkiewicza, siedzi Stanisław Keck, również absolwent naszej Szkoły, historyk i prawnik, po wojnie pracował owocnie w biurze prawnym Urzędu Rady Ministrów. Ostatni po prawej siedzi maturzysta Zbigniew Grzegołowski, szef klasowego PW; po wojnie przebywał w Anglii, ale wrócił do kraju, mieszka (jeśli żyje, a chyba tak) w Falenicy wraz z żoną Angielką.

    Na fotografii brak jest na pewno (a może i innych, pamięć zawodna, to już 62 lata) Karola Małcużyńskiego, który zdał z nami razem maturę, a mieszkał wówczas chyba w Milanówku i na to nasze ostatnie szkolne spotkanie nie przybył. Na fotografii z prawej i lewej strony u dołu są widoczne fragmentu stołów, przy których odbyło się to nasze ostatnie w tym gronie spotkanie jako klasy i jako maturzystów. (Matury nie zdał wtedy jeden nasz kolega, ale zdał ją w okresie tajnego nauczania; nazwiska świadomie nie wymieniam). Ani studniówki ani balu maturalnego nie było, ale nie dlatego, żeby nam tego broniono, lecz ze względu na nastroje przesiąknięte widmem zbliżającej się wojny, którym i my – jak całe społeczeństwo – ulegaliśmy (ja w każdym razie odczuwałem je bardzo silnie i dziś pamiętam to doskonale). Nie potrafię sobie uświadomić, w jakim pomieszczeniu ta fotografia została zrobiona; w tle widoczna jest klatka schodowa, nie jest to zatem klasa, jak przez mgłę przypominam sobie, że był tego typu hol, ale nie pamiętam, na którym piętrze.

    Słowo o koledze Zygmuncie Sójce (rząd środkowy, piąty od lewej). Razem z Zygmuntem ukończyliśmy Państwowe Gimnazjum im. Tadeusza Czackiego na ul. Kapucyńskiej (teraz pusta przestrzeń i stok wykopu trasy W-Z; był tam kamień upamiętniający miejsce, w którym stał budynek szkoły, widać go było z okna tramwaju – nie wiem, czy jest tam do dzisiaj) i razem przeszliśmy do liceum przy szkole Wojciecha Górskiego i to liceum w maju 1939 r. ukończyliśmy maturą. Gimnazjum im. Tadeusza Czackiego (do dzisiaj istnieje szkoła mająca go za patrona) było szkołą o dobrym, a może nawet bardzo dobrym poziomie nauczania, z wieloma nauczycielami starej daty, świetnymi fachowcami. Dyrektorem szkoły był słynny “dyro Sop” – Eugeniusz Sopoćko. Szczegóły o tej szkole – w książce Stanisława Dunikowskiego Szkoła im. Tadeusza Czackiego w Warszawie 1876-1976 (PIW 1977).

    I na koniec, w książce „Wojciech Górski i jego szkoła”, na stronach 506 i 520 wymieniony jest, wśród maturzystów II półrocza roku szkolnego 1926/27, Zbigniew Peuker, mój starszy brat. Dzieliła nas różnica 14 lat. Brat, ppor.(w czasie wojny por.) rezerwy, jest pochowany w kwaterze żołnierskiej na cmentarzu we wsi Wojcieszków koło Łukowa (nazwisko jego, jak zwykle zniekształcone, jest wymienione w książkach o kampanii wrześniowej). Śmierć jego obrosła w Wojcieszkowie legendą, według której brat popełnił samobójstwo, nie chcąc dostać się ani do niemieckiej, ani sowieckiej niewoli. Tak zresztą ojcu zapowiedział, kiedy w ostatnich dniach sierpnia 1939 wyjeżdżał na mobilizację, zaś rewolucję bolszewicką przeżył z Mamą w Rosji, więc dobrze wiedział, do czego są zdolni sowieci.

    ——————————————

    * We własnej sprawie.

    ** Raczej używało się (nawet jeszcze po wojnie) formy: Szmalcówna.

    Tekst ten jest kopią (z małymi skrótami) tekstu zamieszczonego w jednodniówce „Pamiątka 125-lecia szkoły Wojciecha Górskiego” wydanej w 2004 roku.  Zamieszczamy go ze względu na bogatą  identyfikację osób występujących na zdjęciu, w tym kadry pedagogicznej, i co więcej – szkicowe przedstawienie losów swoich kolegów-maturzystów,  opuszczających szkołę w tym znamiennym roku 1939. Zygmunt Peuker, od samego początku naszej przedłużającej się kadencji, żywo wspomagał działania zarządu stowarzyszenia  wychowańców,  utwierdzając nas w przekonaniu, że podejmowane działania mają sens. 

    Zwracamy uwagę czytelnika, że kwestii przyspieszonej motoryzacji w szkole poświęcony jest w dziale Okruchów tekst Szkolne kółko motoryzacyjne. 

    wb

     

    Źródła:

    W.Brański (red.) – Pamiątka 125-lecia Szkoły Wojciecha Górskiego 1877-2002, Warszawa 2004

    J.Lasocki, J.Majdecki (red.) – Wojciech Górski i jego szkoła, PIW (Biblioteka Syrenki) 1982


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33
    Roman Broszkiewicz

    „GRUPA WOJTKA” (PIĘTOWSKIEGO). BŁONIE 25 IV 1948

    Zakończenie dwudniowych imienin Jurka Oziemskiego w Błoniu, 25.IV.1948r.

    Od lewej panowie: Jerzy Oziemski, Zbigniew Krasiński, Andrzej Ilecki, Marek Gintowt, Roman Broszkiewicz, Wojciech Piętowski; panie: Nawojka (kuzynka Piętowskiego, nazwiska nie pamiętam, już wtedy narzeczona, a wkrótce żona Ileckiego; siostry Krystyna i Katarzyna Zachwatowicz (wydaje mi się, że Zachwatowicze byli rodziną lub przyjaciółmi Oziemskich). Panowie to „Grupa Wojtka”, do której należał jeszcze Zbigniew Wolański, nieobecny na tych imieninach. Było to grono bardzo bliskich przyjaciół, trzymających się razem tak w szkole, jak poza nią i to bardzo długo. Grupa spotykała się często u Wojtka, który, w powojennej Warszawie, miał bardzo duże mieszkanie. Wojtek nie był przywódca grupy, która była zupełnie demokratyczna. Dalsze związki jej członków były już rodzinne bo Oziemski także ożenił się z kuzynką Wojtka, a Gintowt z jego siostrą. Grupa miała swój hymn (tango Pod starą latarnią) i wiersz, napisany przez Ileckiego.

    Źródła:

    Roman Broszkiewicz – patrz Biogramy

    Jerzy Oziemski –  patrz Biogramy

    Wojciech Piętowski – patrz Biogramy

    Zbigniew Wolański – Internet (dziennikarz muzyczny, autor radiowych i telewizyjnych reportaży)


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    LIST BOHDANA PECZYŃSKIEGO DO MIETKA METLERA (28.01.2012)

    Drogi Mietku, 

    Jestem zażenowany Waszą pozytywną i ciepłą opinią o mojej książce•. Przypuszczam, że zaważyło na niej, przynajmniej – co nie co, nasze wspólne dzieciństwo i chmurna i durna młodość. Ale wcale nie mam zamiaru ukrywać, że jest mi miło.

    Zaskoczyłeś mnie i sprowokowałeś, no to teraz będę musiał trochę poopowiadać.

    Napisałem tę książkę ze złości na moich ‘zstępnych’. Mam córkę Dominikę i syna Toma (Tomka). Oboje dorośli. Zawsze narzekali na trudne dzieciństwo, no bo przecież nosili dziwaczne nazwisko, a tata nie miał ani żaglówki, ani letniskowego domku, ani nawet samochodu, nie mówiąc już o wakacjach na Majorce (przynajmniej w pierwszym okresie naszego pobytu w Szwecji). Po prostu bieda z nędzą w porównaniu z innymi dziećmi. Tu muszę nadmienić, że Dominika, w momencie naszego ‘wyjazdu’ (1977 r.) miała już prawie 7 lat i ukończyła właśnie, z wyróżnieniem, przedszkole uniwersyteckie na Karowej. Tata miał Fiata 125P, którym woził Dominikę do i z przedszkola i miał więcej pieniędzy niż potrafił wydać. Dominika raptem z górnej półki trafiła na dolną.

    To prawdopodobnie było powodem, że nigdy nie mieli czasu, ani chęci posłuchać o moim dzieciństwie.

    Widocznie złość jest wystarczająco silnym uczuciem, aby wyciągnąć z wnętrza, zwichniętego zawodowo inżyniera, trochę czegoś nie inżynierskiego. Poza tym w szkole, z polskiego, miałem przeważnie: 3- z gramatyki i 4+ za zawartość.

    Chcę Cię jednak uspokoić. Moja relatywnie dobra pozycja socjalna nie była spowodowana ukłonami w stronę ‘władzy’. Nigdy nie należałem do ZMP, nigdy nie należałem do ZSP, nigdy nie należałem do PZPR ani innej ‘partii’ satelitarnej, nie byłem też tajnym agentem. Jedyny ‘grzech’, jaki popełniłem to to, że pozwoliłem wybrać mnie na przewodniczącego wydziałowej organizacji związków zawodowych. A jak to było opowiem.

    Pracowałem jako projektant w Biurze Projektów ‘Mostostal’ projektując budowę petrochemii w Płocku. Rysowałem coraz większe zbiorniki i coraz grubsze rury, bo wycena projektu, czyli nasza premia zależała od ilości decymetrów kwadratowych rysunków projektu. Nasza pani sekretarka, która przepisywała nasze opisy i instrukcje zawsze używała podwójnych odstępów między wierszami. Zbrzydło mi to, a razem z ‘tym’ mechanika i technologia. Taki wydział skończyłem po szkole. Mechaniczny-Technologiczny (dawna szkoła wyższa Wawelberga).

    Zacząłem pracować w Zakładach Radiowych ‘Kasprzak’ w dziale Elektronicznego Przetwarzania Danych (tak to się nazywało) i wstąpiłem sobie na wydział ‘organizacji i zarządzania przedsiębiorstw’ PW (management). Z czasem zostałem kierownikiem działu Projektowania Systemów Komputerowych i przewodniczącym. ‘Kasprzak’ dostał w darze od jakiejś organizacji dobroczynnej angielski komputer ICL. Ten PC’et, który ty masz w domu jest pewnie 10 razy ‘silniejszy’ niż to na czym ja tam pracowałem, ale ja robiłem z tym cuda. Był sobie też taki pan Przysucha, pierwszy sekretarz zakładowej organizacji partyjnej, który zawziął się, że z tego młodego i  inteligentnego człowieka zrobi członka partii. Stąd moja funkcja związkowa i prawdopodobnie – stanowisko kierownika.

    Jak to było wtedy w zwyczaju, z okazji jakiegoś ‘święta’, zarządy wydziałowych organizacji związkowych dostały prezenty, gratyfikacje za wierną służbę. My dostaliśmy jeden magnetofon, dwa odbiorniki radiowe i cztery takie małe przenośne odbiorniki na baterie. Normalnie była to łapówka dla zarządów, a co zrobił Peczyński? – zwołał zebranie załogi wydziału i rozlosował to wszystko.

    W zakładzie (załoga 6000 ludzi) zapanowała cisza, ale członkowie tego i owego zaczęli na mnie patrzeć jak na wariata.

    To też mnie zdenerwowało. Na jakiejś konferencji zawodowców spotkałem przyjaciół z tego mojego drugiego fakultetu. Na gwałt potrzebowali kogoś kto potrafił. Zapisałem się, jako najstarszy projektant, do pracowni przetwarzania danych w BP ‘Motoprojekt’. Obroniłem pracę dyplomową z wynikiem: praca dyplomowa ‘5’, obrona pracy ‘5’ (bo nikt z moich oponentów nie wiedział co to jest przetwarzanie danych).

    Nastał tow. Gierek. Wszystkim naiwnym, takim jak ja, wydawało się, że taki światowy człowiek, który lata spędził na ‘zachodzie’, widział jak to tam jest i nie jest do końca przesiąknięty propagandą, potrafi przywrócić nam, chociaż trochę europejskości. USA pozwoliło mu kupić (nie tylko ja byłem naiwny) 5 czy 6 komputerów IBM 370. To była czołówka komputerów ogólnego przeznaczenia. Byłem jednym z 10-ciu, może 20-tu, którzy wiedzieli co z tym zrobić. Posypały się ‘chałtury’. Zarabiałem kolosalnie jako najstarszy projektant w ‘Motoprojekcie’ i jeszcze sporo więcej na wszystkich t.zw. pracach zleconych. To jako wyjaśnienie mojej pozycji socjalnej.

    To jednak z czasem też mi zbrzydło. Zawitała beznadzieja. Powstał KOR – garstka odważnych. Zaczęły się strajki w Ursusie tłamszone siłą jak zwykle. Wróciła beznadzieja.

    Niektórzy twierdzą, że gdybym został… Ale nie zostałem.

    BP  28.01.2012

    • Bohdan Peczyński – Tato, Wyd. Polonica 2010

    Patrz biogram Bohdana Peczyńskiego na podstronie BIOGRAMY

    Źródła:

    Archiwum Mieczysława Metlera


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    UCZNIOWIE SZKOŁY WOJCIECHA GÓRSKIEGO WOBEC WOJNY 1920 ROKU

    Rozszerzona kwerenda informacji biograficznych Ryszarda Przelaskowskiego (patrz zakładka) przyniosła również ciekawe wiadomości na temat działalności Szkoły Wojciecha Górskiego w 1920 roku. Poniżej przytaczamy fragmenty dwóch artykułów opublikowanych w Rocznikach Humanistycznych, czasopiśmie wydawanym od 1949 w Lublinie przez Towarzystwo Naukowe Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. W pierwszym artykule Mirosława Meisel pisze:

    (…) W połowie maja 1920 roku młodzież polska masowo wstępowała do wojska albo do samoobrony miasta Mińska. R. Przelaskowski podobnie jak inni „W roku 1920 podczas najazdu nieprzyjaciół stanął do obrony Ojczyzny w szeregach armii ochotniczej”. (…) Trudno dotrzeć do informacji przybliżających ten okres życia R. Przelaskowskiego. Wiadomo, że wkrótce, bo w listopadzie 1920 roku, został przyjęty do ósmej klasy w Gimnazjum Męskim Wojciecha Górskiego w Warszawie, specjalnie zorganizowanej dla uczniów – byłych żołnierzy. Jego świadectwo dojrzałości, a szczególnie dwie na nim oceny: z religii – celująca i z historii powszechnej i Polski – bardzo dobra, świadczą dobitnie o jego zainteresowaniach i zdolnościach. Te dadzą się poznać po przeczytaniu jego młodzieńczych wierszy, pełnych nastroju i liryzmu. (…)

    W drugim artykule, pióra Stanisława Gajewskiego czytamy:

    (…) Początki „Juventus” sięgają 1018 r. Wtedy to ks. Szwejnic, prefekt szkół polskich w Petersburgu, zmuszony do opuszczenia miasta, zatrzymał się w rodzinnym Mińsku Litewskim, zajętym wówczas przez Niemców. Jesienią tegoż roku ks. Szwejnic zorganizował tajne (przed Niemcami) stowarzyszenie „Juventus Christiana”, w którym znalazła się młodzież starszych klas licealnych. (…) Dalsze wypadki przerwały jednak jej działalność, bowiem 11 VII 1920 roku Mińsk powtórnie zajęły wojska radzieckie, a młodzież „Juventus” znalazła się bądź w wojsku polskim, do którego również wstąpił ks. Szwejnic (kapelan przy Dekanacie Frontu Północnego), bądź wyjechała do Polski centralnej. Część tej młodzieży po zakończeniu działań wojennych odnalazła się w Warszawie. Ulokowano ją w internacie prywatnego gimnazjum Wojciecha Górskiego i zorganizowano dla niej naukę z zakresu ósmej klasy licealnej. (…)

    Wydaje się, że na tle obecnych dyskusji na temat edukacyjnych zasad programowych oraz ich walorów patriotycznych, wypada przypomnieć piękną, pożyteczną działalność jaką, w warunkach zagrożenia naszej państwowości, pełniła posiłkowo w latach 1920 – 1921 szkoła Wojciecha Górskiego w Warszawie.

    oprac. M.M.

    Źródła:

    Mirosława Meisel –  Ryszard Przelaskowski  jako współzałożyciel Juventus Christiana, ROCZNIKI HUMANISTYCZNE, Tom XXX , zeszyt 2, 1982

    Bibl. KUL, Sek. Ręk., Materiały po Ryszardzie Przelaskowskim, Rps 1207, Zaświadczenie Komisji Egzaminacyjnej, nr 522 z dnia 17 VI 1925 roku.

    Stanisław Gajewski – Stowarzyszenie Katolickiej Młodzieży Akademickiej „Juventus Christiana” (1921−1949), ROCZNIKI HUMANISTYCZNE, Tom XXXVI,    zeszyt 2, 1988


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    ZAGADKOWA ŚMIERĆ DWOJGA ABSOLWENTÓW W ALGIERII

    Jest to najbardziej wstrząsająca i dotychczas niewyjaśniona historia powojennych absolwentów Szkoły Górskiego Tamary Marii Lipki oraz Andrzeja Jana Kochanowskiego. Oboje ukończyli Szkołę i otrzymali świadectwa dojrzałości w 1952 roku, ucząc się w równoległej do mojej klasie 11 B. Nie wiemy, czy uczucie pomiędzy nimi rozwinęło się jeszcze w latach szkolnych. Tamara była szczupłą, bardzo ładną, subtelną blondynką o zwracającej uwagę urodzie, a Andrzej wysokim mężczyzną o sportowej sylwetce. W każdym razie tacy pozostali do dziś w mojej pamięci. Niespodziewana śmierć Tamary i Andrzeja była tematem emocjonalnych rozmów pomiędzy absolwentami z obu klas rocznika maturalnego 1952. Poza tym, o wydarzeniach tych opowiedział mi przypadkowo spotkany, zrozpaczony ojciec Andrzeja.

    Po maturze Tamara ukończyła studia na Akademii Medycznej, a Andrzej uzyskał tytuł inżyniera o specjalności elektrotechnicznej na Politechnice Warszawskiej. O ich planach życiowych wiemy niewiele. Przyjaciele byli przekonani, że z pewnością planowali sformalizowanie uczucia związkiem małżeńskim, być może po tzw. okrzepnięciu zawodowym i stabilizacji sytuacji ekonomicznej. Takie pragmatyczne podejście było dość popularne wśród młodych ludzi, gdyż polskie władze paszportowe z reguły uniemożliwiały małżeństwom wspólny wyjazd zagranicę.

    Nie pamiętam dokładnej daty wydarzenia, ale miało ono miejsce w okresie apogeum eksportu polskiej myśli naukowej, technicznej i zawodowej do tzw. krajów trzeciego świata, czyli w latach sześćdziesiątych i ich przełomie na siedemdziesiąte ubiegłego wieku. Pomimo wielu formalnych ograniczeń, zarobek w walucie wymienialnej był bardzo korzystny umożliwiając zakupy tzw. deficytowych produktów (samochodu, materiałów budowlanych, towarów uważanych za luksusowe itp., a później nawet mieszkania) w specjalnych dewizowych sklepach Pewexu i Baltony. W zamian Polservice ściągał bez skrupułów od wysłanego specjalisty kilkadziesiąt procent lichwiarskiego haraczu dewizowego „a konto” zagranicznego wynagrodzenia.

    Wiadomo, każdy chciał wyjechać. Dla wielu ludzi to był przełom, urządzali się w ten sposób. Na tego typu kontrakcie za granicą zarabiało się kilkanaście razy więcej niż można było zarobić w Polsce. Przeciętna stawka specjalisty, inżyniera czy lekarza, wynosiła około pięciuset dolarów (miesięcznie – M.M.). W Polsce zarabiało się od dwudziestu do pięćdziesięciu. Po trzyletnim pobycie w takiej Turcji czy Iraku można było kupić mieszkanie, albo działkę na obrzeżach Warszawy i z oszczędności wybudować dom. Bez odkładania grosza do grosza, tylko tak normalnie. Takie były proporcje.(…) Przykładowo, gdy Algieria potrzebowała trzystu lekarzy, Polservice ich wynajdował i wysyłał. (fragment wywiadu J.Sawickiej) 

    Z oferowanych możliwości skorzystała Tamara Lipka, która po pozytywnym spełnieniu warunków kwalifikacji, uzyskała kontrakt na pracę w Algierii w szpitalu w Oranie. Pracując w Algierii i wykorzystując znajomości wystarała się o algierską ofertę pracy dla Andrzeja. Andrzej załatwił pomyślnie wszystkie formalności w Polservice i szykował się do wyjazdu do Algierii.

    I wtedy przyszła do Warszawy wstrząsająca wiadomość: „Dr Tamara Lipka nie żyje. Wszystko wskazuje na to, że została zamordowana.”. Nadchodzące wiadomości były bardzo skąpe, często sprzeczne, ale niewyobrażalnie dramatyczne. Były wśród nich także strzępki informacji o próbach molestowania Tamary w miejscu pracy i zabójstwie w afekcie. Zamiast do nowej pracy Andrzej poleciał do Algierii po ciało Tamary. I wtedy zaczął się drugi akt tragedii. Po przylocie Andrzej rozpoczął na własną rękę dochodzenie o przyczynach i okolicznościach śmierci Tamary. O jego przebiegu i wynikach nic nie wiemy, jednak musiał odkryć coś istotnego, gdyż późniejszy bieg wydarzeń jest uzasadnieniem tej hipotezy.

    Samolot LOTu szykuje się do przelotu z Algierii do Warszawy. Na jego pokładzie wśród pasażerów jest Andrzej Kochanowski, a w luku towarowo – bagażowym zaplombowana trumna z ciałem Tamary Lipki. Pozostaje kilka minut do kołowania i startu samolotu. I wtedy przez wewnętrzne głośniki daje się słyszeć komunikat:  Monsieur Andre Kochanowski proszony jest o udanie się do biura linii lotniczych w bardzo ważnej sprawie. Andrzej opuszcza samolot. Po wielu godzinach oczekiwania samolot leci do Polski bez jednego z pasażerów.

    Kilka dni później ciało Andrzeja Kochanowskiego zostało znalezione na przedmieściu miasta (Algieru?) roztrzaskane na chodniku otaczającym wysoki budynek. I na tym kończy się, dostępna nam informacja o tragedii dwojga wychowanków Szkoły Górskiego. Czyżby p?lityka utrzymywania dobrych stosunków z krajami Afryki, a zwłaszcza Maghrebu, nie pozwalała na publikowanie wiadomości o sytuacjach konfliktowych oraz wynikach śledztwa naszych służb dyplomatycznych, nawet jeśli było prowadzone w tym szczególnym przypadku?

    We wspólnym pogrzebie Tamary i Andrzeja na warszawskich Powązkach wzięły liczny udział koleżanki i koledzy ze Szkoły Górskiego. W ceremonii dominowała atmosfera żalu z powodu tragicznie przerwanego życia i uczucia młodych ludzi oraz gorycz wobec braku skutecznego postępowania w wykryciu i ukaraniu sprawców tragedii.

    A może pośród maturzystów – „górali” rocznika 1952 (i nie tylko) są osoby, które mogą wnieść dodatkowe informacje do niewyobrażalnej tragedii pary naszych szkolnych Przyjaciół ?

    Mieczysław Metler

    Źródła:

    Joanna Sawicka Polska na eksport (wywiad), Kontakt 17/2011 

    Jednodniówka jubileuszowa 1877 – 1947, Szkoły fundacyjne p. w. św. Wojciecha, Warszawa 1947

    Lasocki Jan, Majdecki Jan (red.) – Wojciech Górski i jego szkoła, PIW (Biblioteka Syrenki) 1982


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    WIECH STARSZYM KOLEGĄ STEFANA WYSZYŃSKIEGO BYŁ

    Stefan Wiechecki, znany jako „Wiech”, urodził w 1896 roku. Pięć lat później przyszedł na świat późniejszy kardynał Wyszyński, też Stefan. Obaj byli uczniami gimnazjum Wojciecha Górskiego, a ich nauczycielem był Norbert Barlicki.

    Trudno powiedzieć, czy uczęszczając do tej samej szkoły kolegowali się ze sobą.

    W każdym razie Stefan Wyszyński w 1969 roku, będąc już prymasem, w liście adresowanym do Wiecha zwraca się do niego Dobry Kolego i pisze dalej:

    Mam w sercu wiele sympatii dla wytrwałego zbieracza i miłośnika osobliwości języka mieszkańców przedmieść Warszawy. Podzielam tę miłość ku tradycjom autentycznej Warszawy. Należę do wiernych miłośników książek Kolegi, z których poznaję wiele osobliwości społeczno-obyczajowych Stolicy. Ma to duże znaczenie dla pasterza Warszawy tym więcej, że zbierane przez Kolegę okruchy są autentyczne.

    W innym fragmencie tego listu czytamy:

    Zachowuję wiele sentymentu dla wszystkiego, co łączy się z wspólną naszą szkołą imienia W. Górskiego i dla wszystkich, którzy przez nią przeszli…

    Stefan Wiechecki, po zdaniu matury w 1916 r. w warszawskim Gimnazjum Wojciecha Górskiego, wstąpił do I Brygady Legionów Polskich, a w 1920 r. wziął udział w wojnie polsko-bolszewickiej w 2. pułku ułanów i został odznaczony Krzyżem Walecznych.

    O swoich próbach pisania w języku gwarowym w czasie nauki w  gimnazjum Górskiego pisał Wechecki tak: Trafiłem na światłego pedagoga polonistę, który nie podszedł do gwary po belfersku, traktując ją jak zepsutą mowę polską, ale uważał gwarę za ludowy język warszawski, który należy zapisać, żeby nie poszedł w zapomnienie – wspominał Wiechecki. Pedagogiem tym był Norbert Barlicki, działacz polityczny, jeden z przywódców robotniczej lewicy, z zawodu nauczyciel języka polskiego. Barlicki zachęcał mnie do pisania tą gwarą, aczkolwiek postępami moimi nie zachwycał się zbytnio. Mawiał zwykle oddając moją pracę piśmienną: – Pan Wiechecki, jak zawsze, prześlizgnął się po temacie, ale że zrobił to nieźle – trzy plus. Poza owe trzy plus nie udało mi się nigdy w szkole wyskoczyć, ale na tej gwarze ślizgam się już kilkadziesiąt lat i chwalę to sobie. Właśnie jej znajomość pozwoliła mi na zajęcie w «Kurierze Czerwonym» dobrej pozycji. Codziennie niemal dostarczałem gazecie swoje «michałki» z warszawskiej ulicy. Były to najczęściej gwarowe dialogi, podsłuchane niby rozmowy przechodniów lub takich funkcjonariuszy, jak dozorca domu, zwrotniczy tramwajowy czy stróż nocny, zwany w gwarze «papugą».

    Wiele lat później wybitny językoznawca prof. Witold Doroszewski (również nauczyciel w Gimnazjum Górskiego) nazwał stworzony przez Wiecheckiego gatunek literacki po prostu „wiechem”.

    W 1937 r. przyznano Wiecheckiemu Srebrny Wawrzyn Polskiej Akademii Literatury, za „szerzenie zamiłowania dla literatury polskiej”. W recenzji nowej książeczki Wiecheckiego Ja panu pokażę!  Juliusz Kaden-Bandrowski, znany pisarz i sekretarz generalny Polskiej Akademii Literatury, zauważył: Każde zdanie tej zabawnej książki świadczy o niebywałej swobodzie, z jaką porusza się autor w mieszanym, pstrym, niby to nie ujętym, a jednak bardzo syntetycznym folklorze Warszawy współczesnej… Wszystko, co jest napisane żywo, po prostu, co rozumieją wszyscy, a co duszę ludzką przekazuje poznaniu, należy chyba do spraw i prac dzieł literatury pięknej.

    Stefan Wiechecki zmarł 26 lipca 1979 r. w Warszawie i jest pochowany na Starych Powązkach. Stefan Wyszyński odszedł 28 maja 1981 i spoczywa w bazylice archikatedralnej św. Jana Chrzciciela w Warszawie. Norbert Barlicki został zamordowany 6 sierpnia lub 27 września 1941 w niemieckim obozie koncentracyjnym Auschwitz, w którym kierował PPS-owską organizacją ruchu oporu. Miejsce spoczynku nie jest znane.

    oprac. Mieczysław Metler

    Źródła:

    https://mt514.pl/wiech-starszy-kolega-ze-szkoly/

    https://www.ogrodywspomnien.pl/index/showd/93680,Norbert_Stanislaw%2CBarlicki.html

    Lasocki Jan, Majdecki Jan – Wojciech Górski i jego szkoła, PIW (Biblioteka Syrenki) 1982


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Z „KRATERU” WZIĘTE

    Wreszcie przyszedł koniec roku szkolnego, a na następny rok Bucefał nie miał już wykładać. Wszedłszy na swoją ostatnią lekcje, zobaczył wzdłuż katedry rzuconą wiązkę pięciu róż na długich łodygach; trzy były białe i dwie czerwone,  jako że Chrzanem trzęsła bezapelacyjnie organizacja nasza – młodzieży narodowej. U Górala [gimnazjum Wojciecha Górskiego] który był w pachcie młodzieży postępowo-niepodległościowej, byłyby trzy róże czerwone i dwie białe.,

    To okruch/fragment z książki „Melchiora Wańkowicza Ziele na kraterze, zawierający dygresję o szkole Wojciecha Górskiego, którą nawet trudno byłoby nam objaśnić –w kwestii tyczącej się ilości białych i czerwonych róż. Może ktoś to wie? Nam wiadome tylko, że Bucefal, to przezwisko rosyjskiego nauczyciela, a ”Chrzan” to w uczniowskiej gwarze gimnazjum stworzone przez gen. Pawła Chrzanowskiego w 1905 r., do którego właśnie uczęszczał młody Wańkowicz w roku 1910.

    Drugi fragment z tej samej książki dotyczy Zofii, żony Melchiora (w familijnym dialekcie nazywanej Króliczkiem), matki ich dwóch córek, Krysi i Mart (zwanej Tili), mieszkających razem po 1939 roku  w okupowanej Warszawie. Dla przypomnienia – Melchior wydostał się wkrótce z kraju, i przez Rumunię i Cypr trafił do polskich jednostek wojskowych formowanych na Bliskim Wschodzie, zostając korespondentem wojennym.

    Oto jak relacjonuje ważne wydarzenie z życia Krysi – znane mu tylko z przekazów:

    Mama dowiedziała się o domu, w którym się zbiera kurs tajnego uniwersytetu. Tam otrzymuje skierowanie do szkoły Górskiego, gdzie teraz się mieści aprobowana przez Niemców szkoła przemysłowa. Wymienia hasło. Pod bezpośrednim kierunkiem profesora Kotarbińskiego rozpoczyna się nauka tak intensywna,  jak intensywny był poprzedzający okres stabilizacji. Krysię otacza gąszcz odrastającego ziela.

    Dalej następuje fragment listu Krysi do ojca:

    Są to nieco hysiowate, ale porządne chłopaki, z mózgownicami naładowanymi aż po wręby wszelkiego rodzaju mądrościami. Z podziwem patrzę, jak nie mając oparcia materialnego, z porozsypywanymi po świecie rodzinami, samotni i niedokarmieni – pracowicie, z zaciętością wydobywają się z otaczającej nędzy i beznadziejności,  jak po wielogodzinnym dniu ciężkiej pracy fizycznej nie uwalą się na łóżko, ale uczą się po nocach, siedzą po bibliotekach, organizują samokształceniowe koła, pochłaniają stosy książek i umieją się sami utrzymać w tak surowych ryzach bez pomocy wszelkich ram rodzinnych, szkolnych, wojskowych czy zawodowych.

    Miło czyta się te słowa opisu prawie rówieśnych Krysi chłopców, którym w latach okupacji niełatwo było łączyć pracę zarobkową z nauką i zapewne z konspiracją. Natomiast kogo interesuje życie młodzieży  szkolnej w  początku  XX wieku, znajdzie  w cytowanym wyżej  książce Ziele na Kraterze więcej ciekawych informacji z pierwszej ręki – wydobytych z pamięci samego autora, Melchiora  Wańkowicza.

    ŹRÓDŁO

    M. Wańkowicz – Ziele na kraterze, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2007

     

    wb

    Źródła:


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33
    Andrzej Gierczyński

    ZYGMUNT SKŁADANOWSKI wspomnienie przyjaciela

    Zygmunta znałem … od zawsze, a dokładnie od 1. wrzesnia1946 roku. Wtedy to zaczęliśmy naszą wspólną edukację w szkole o nazwie „Szkoła Powszechna p. w. św. Wojciecha FUNDACJA GÓRSKICH”. Założyliśmy czapki „ kepi wojska francuskiego” i pomaszerowaliśmy najpierw na ul. Nowogrodzką 58, a po roku już na Smolną 30. Tam przez 10 lat rywalizowaliśmy przede wszystkim w matematyce pod czujnym okiem pani Markiewicz a także na niwie sportowej – praktycznie we wszystkich dyscyplinach – inspirowani przez uwielbianego przez nas nauczyciela w.f. Zenona Paruszewskiego. 

    Matura 1957 to pierwsze bezpośrednie rozstanie – On wybrał fizykę na UW, ja łączność na Politechnice. Łączył nas nadal sport, a konkretnie szermierka, którą zaczęliśmy uprawiać w Pałacu Młodzieży jeszcze przed maturą. Trenowaliśmy w klubie AZS-AWF na Bielanach. Ja jednocześnie zacząłem pracować jako instruktor szermierki w Pałacu Młodzieży. Dostrzegłem tam utalentowaną dziewczynkę Kamilę Mazurowską, która według mnie winna przejść do profesjonalnego klubu. Tak się stało – przejął ją Zygmunt i wychował na wielokrotną mistrzynię Polski, czterokrotną uczestniczkę Igrzysk Olimpijskich, a także … żonę !!! Dochowali się dwojga wspaniałych dzieci – syna Filipa i córki Oktawii, która też zdobyła tytuł mistrzyni Polski w drużynowym florecie!

    Po moim wyjeździe z Warszawy na Pomorze widywaliśmy się na zawodach szermierczych i przy innych okazjach. Śmierć naszego szkolnego kolegi w 2008 roku – Jerzego Raginii spowodowała, że zaczęliśmy się regularnie spotykać jako grupa „górszczaków” – matura 1957. To naprawdę rzadko się zdarza, aby mając ponad 60 lat utrzymać kontakty z czasów szkolnych przez grupę kilkunastu osób.  W zeszłym roku śmieliśmy się wspólnie z okazji „diamentowej rocznicy” /75 lat/ naszego poznania.

    Ostatni raz rozmawiałem z Zygmuntem 4-go sierpnia z okazji 83. rocznicy Jego urodzin. Narzekał, że ma trudności z chodzeniem, a ja chcąc Go rozbawić żartowałem, że chyba już nie potrafiłby zrobić szermierczego wypadu. Odpowiedział – Czekam na wyniki badań scyntygraficznych i jeżeli będą pozytywne to jeszcze pociągnę. Niestety – tylko 10 dni!

    Na pogrzebie 26 sierpnia 2022 roku żegnały Go poczty sztandarowe, Rodzina, znajomi i … czterech „górali” : trzech Andrzejów – Bachański, Sankowski i Gierczyński oraz Zbyszek Kobyliński.

    P.S. Załączone zdjęcie Zygmunt przesłał sms`mi kilkadziesiąt dni przed swoja śmiercią  z komentarzem : Takem zdrowym – bom fajkowy.

    Sarkastyczny humor nie opuszczał Go do ostatniej chwili.

     

    Andrzej Gierczyński

     

    Źródła:


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    ZAPROSZENIE NA JUBILEUSZ STULECIA SZKOŁY – 1977

    Aż przysłowiowa łza może się zakręcić w oku, gdy w osobistych zbiorach natrafiamy na lekko pożółkłe zaproszenie, sprzed 45 lat, do udziału w uroczystościach jubileuszu 100-lecia założenia Szkoły Wojciecha Górskiego, połączonego ze zjazdem jej wychowanków. Szczególną uwagę zwraca w nim bogaty program wydarzenia z elementami patriotycznymi, jakimi było złożenie wieńców na Grobie Nieznanego Żołnierza i pod Pomnikiem Nike (upamiętniającym bohaterów Powstania Warszawskiego 1944) i spotkaniami towarzyskimi.

    A był to czas tak zwanej Polski Ludowej, który w samym założeniu jej istoty nie sprzyjał wspominaniu tradycji oraz celebrowaniu związków międzyludzkich, mogły okazać się groźne dla socjalistycznego systemu władzy. Stulecie założenia Szkoły Wojciecha Górskiego przypadło na rok 1977, w którym, miały miejsce w Polsce wydarzenia, sygnalizujące, zdaniem wielu Polaków, nadejście oczekiwanych zmian. Ogólna atmosfera polityczna w Polsce była kształtowana pod wpływem niedawnych (25 czerwca 1976) protestów robotniczych w Radomiu, Ursusie i w Płocku, spacyfikowanych brutalnie przez władze oraz strajków w 100 zakładach, w których uczestniczyło ponad 100 tysięcy pracowników.

    W lutym 1977 Rada Państwa ogłosiła amnestię dla większości skazanych za udział w wystąpieniach 25 czerwca 1976, a cenzura dopuściła na ekrany film Andrzeja Wajdy „Człowiek z marmuru”. W marcu powstało ugrupowanie Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela. Kraków był w maju sceną gwałtownych demonstracji studenckich wywołanych śmiercią studenta Stanisława Pyjasa, współpracującego z Komitetem Obrony Robotników. W maju rozpoczęło też działalność Biuro Interwencyjne KOR. W IV kwartale 1977 odbyły się spotkania Edwarda Gierka z prymasem Polski Stefanem Wyszyńskim w gmachu sejmu oraz z papieżem Pawłem VI w Watykanie. Znaczące wizyty złożyli w Polsce kanclerz RFN Helmut Schmidt oraz prezydent USA Jimmy Carter.

    Można spostrzec, że jubileusz 100– lecia utworzenia Szkoły Wojciecha Górskiego przypadł zatem w wyjątkowo korzystnym klimacie dla inicjatyw tego typu, a osoby wchodzące w skład Komitetu Organizacyjnego Jubileuszu, jako wychowankowie Szkoły, potrafiły swoją pozycją społeczną, zawodową i osobowością uzyskać, wymagane wówczas, pozytywne stanowisko cenzury w odniesieniu do istoty wydarzenia i jego programu. Ponadto zapewniły, cokolwiek miało by to oznaczać i czegokolwiek dotyczyć, objęcie jubileuszu szkoły protektoratem ówczesnego ministra oświaty i wychowania.

    Historyczną ciekawostką łączącą elementy polityki, psychologii oraz przewrotnej ironii losu jest fakt, że w czasie celebrowania pod patronatem władzy setnego jubileuszu Szkoły Wojciecha Górskiego – ta tradycyjna, warszawska szkoła już nie istniała. Została bowiem polityczną decyzją, tych samych ideologicznie, ówczesnych władz zlikwidowana na przełomie lat 40. I 50. u.w., chociaż niektórzy uczniowie z kilku lat późniejszych, jak np. Krzysztof Zanussi, uważają się z uzasadnioną dumą za jej wychowanków. Co prawda, imię Wojciecha Górskiego przyjęła w 1988 roku jako swojego patrona Szkoła w Warszawie przy ulicy Nocznickiego, ale to już inna historia.

    M.M.

    Źródła:

    Archiwum własne Mieczysława Metlera.


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33
    Joanna Wenek

    POWSTAŃCZE ŚLADY WYCHOWAŃCÓW GÓRSKIEGO [W.Brański „Jędrek 44”]

    Tekst – opatrzony częściowo komentarzem autora prezentowanej książki – dotyczy kwestii wyjątkowej. Oto bowiem pośród wielu innych zgromadzonych tu artykułów ten jeden stanowi świadectwo szczególnie trudnych dni. Wiele już napisano i powiedziano o Powstaniu Warszawskim z 1944 r. Niewiele osób wpadło jednak na pomysł, aby poszukiwać prawdy o nim, idąc tropem wychowańców Szkoły Górskiego. 17-letni w 1944 roku tytułowy bohater książki to zmarły w 1980 roku starszy brat autora, Andrzej Brański – Jędrek. Próba spojrzenia na Powstanie oczami Jędrka przynosi niekiedy zaskakujące rezultaty i spory ładunek emocji. Pozwala także dostrzec, że przeszłość – podobnie jak teraźniejszość i przyszłość – składa się wciąż z pytań, a nie tylko z gotowych odpowiedzi. To próba wyobrażenia sobie nie tylko tego, co było, ale także wywoływanie duchów walki, przeszłości i decyzji podejmowanych spontanicznie przez młodych ludzi ze wszystkimi tego konsekwencjami. W tym właśnie Jędrek pozostaje bliski wszystkim młodym ludziom, niezależnie od pokoleń i dat. To właśnie tacy jak on tworzą historię, zmieniają rzeczywistość i nadają bieg kolejnym wydarzeniom. Przemilczenia, które kiedyś były koniecznością, zostają zamienione w dialog dwóch braci. Jędrek i jego młodszy brat – dzięki fikcyjnym powrotom do dawnych dni – nie tylko poznają się na nowo, ale także odkrywają zakryte dotychczas ślady przeszłości. Udział w powstańczych walkach wychowanków szkoły Górskiego jest w moim odczuciu jednym z najbardziej ofiarnych realizacji haseł patrona szkoły, mówiącym między innymi o potrzebie bratniej miłości jako fundamencie wspólnej przyszłości.

    * * *

    Tekst ten nie dotyczy szkolnych historii w stylu, jak to Igrek kopnął Iksa, lub Zet na pauzie pomazał pączkiem tablicę. To tylko jedno z licznych świadectw tego, że wychowankowie Górskiego często nieśli przez życie nabytą w szkolę wiedzę, ale też przesłanie jej Twórcy o braterstwie i roli pracy w budowaniu zrębów przyszłości kraju. W wydanej w 2021 r. książce:  „Jędrek 44”, jej autor Wojciech T. Brański, wychowanek Szkoły Górskiego – opisując poszukiwania śladów powstańczego losu starszego brata i prowadząc z nim fikcyjny dialog o samym sensie Powstania Warszawskiego – kilkakrotnie przywołuje postaci wychowanków i jej założyciela. Oto cytowana w książce relacja z ostatnich dniach Powstania Leszka Proroka, przedwojennego maturzysty szkoły Górskiego, po wojnie dziennikarza i literata. Znalazłem się w niewoli niemieckiej, niestety, zupełnie do niej nieprzygotowany. Zaczęły się już chłody, a ja byłem tylko w cienkim, drelichowym kombinezonie. A przecież w domu na Sułkowskiego pozostały pełne ubrań szafy. Tu zupełnie zawiodło nasze dowództwo, które nie wydało żadnych rozkazów, aby idący do niewoli przygotowali się do niej. A były możliwości, żeby wszyscy zaopatrzyli się w bieliznę, odpowiednie ubrania, naczynia i choćby łyżki.

     Walka skończona. Zamknięty przeszło dwumiesięczny okres jednej z najszczytniejszych i najtragiczniejszych kart naszej historii. (…) Klęska, której rozmiarów pomniejszać nie chcemy, jest klęską jednego miasta, jednego etapu naszej walki o wolność. Z przelanej krwi, z zespołowego trudu i znoju, z męki ciał i dusz naszych powstanie Nowa Polska, wolna, silna i wielka… Nie chcę teraz myśleć (…). Leżę przecież w szpitalu, mam prawo odsuwać od siebie wszystko, co podwyższa słupek rtęci w termometrze.

    Nie chcę wgłębiać się w sens, dokonywać osądu; w ustach zaschło i czuję się tak samo, jak czułem piasek ruin drapiący krtań. Zbyt wyraźnie mam w pamięci dziesiątki znanych mi blisko, co odeszli, zbyt wyraźnie widzę ogrom ruin i zgliszcz, by ten polski, arcypolski patos mógł mnie poruszyć. Inny powstaniec, Zbigniew Szydelski, jeniec Stalagu XI A w Altengrabow, opisał niełatwe życie w obozie. Dla większości była to pierwsza w życiu praca fizyczna – przeważnie w stalowni. Za niesubordynację i bez powodu byli bici przez werkschutza, obergefreitera, wartowników i innych nadzorców o sadystycznych skłonnościach. Nieodłącznie towarzyszył im głód i zimno, a to z kolei wymuszało kradzieże z kuchni tego, co tylko ukraść się dało. Oczywiście palili papierosy, bo papierosy jakieś jeńcy dostawali, a wiadomo, dorośli przeważnie palili. Edukacja w innej materii też postępowała w tempie przyspieszonym.Elitę w środowisku więźniów stalagu stanowili bez wątpienia podchorążowie z wojny 1939 roku. Szydelski pisze: Spotkałem między nimi kolegów mojego starszego brata z gimnazjum im. Górskiego w Warszawie; bardzo się z nimi zaprzyjaźniłem. To byli ludzie wszechstronnie wykształceni, zdyscyplinowani, prawdziwi polscy patrioci. U nas, wśród akowców, różnie bywało, jak szliśmy do niewoli, to przyłączono do nas szabrowników i różne szumowiny. Według autora „Jędrka 44” , wielu dawnych powstańców, takich jak Prorok i Szydelski, próbowało w czasach PRL-u działać bez angażowania ideologicznego i udzielać się w różnych obszarach życia kraju – takiego, jakim był on wtedy. Bo jeśli nie w sferze ducha i idei, to przynajmniej w sferze materialnej – przyczyniało się to do jego odbudowy i rozwoju. „Prawdziwi”, „wiedzący lepiej” Polacy, zapamiętali tropiciele „kolaborantów”, mają w tym przypadku niełatwy dylemat, bo jak to, bohaterowie kolaborantami? A przecież naród nasz przetrwał straszniejsze jeszcze czasy rusyfikacji i germanizacji. Nie tylko dzięki genialnym mistrzom słowa pisanego, a może bardziej nawet dzięki Wokulskim i dziesiątkom, ciągle jeszcze bezimiennych dla ogółu, inżynierów i przedsiębiorców. I pedagogom, takim jak Wojciech Górski, Paweł Chrzanowski (generał carskiej armii) i podobnym, którzy w tamtym czasie budowali podstawy powszechnego szkolnictwa, tworzyli od podstaw rodzimy przemysł i dokładali się do rozwoju kultury.

    1. Wojciech T. Brański – Jędrek 44. Zapomniany Powstaniec. Niepojęte Powstanie, Bellona 2021

    2. Leszek Prorok – Kepi wojska francuskiego, PIW 1973

    3. Zbigniew Szydelski – Moje wspomnienia żoliborzanina. Rocznik 1928, nakładem autora 2010

     

    Powyższy tekst jest wzięty z  z jubileuszowego wydawnictwa Pamiątka 145-lecia Szkoły Górskiego 1877 – 2022 oraz jubileusz 40-lecia LX Liceum Ogólnokształcącego w Warszawie opracowanego w 2022 roku przez Panią Joannę Wenek, nauczycielkę LX Liceum im. Wojciecha Górskiego.

    Źródła:

    1. Wojciech T. Brański – Jędrek 44. Zapomniany Powstaniec. Niepojęte Powstanie, Bellona 2021

    2. Leszek Prorok – Kepi wojska francuskiego, PIW 1973

    3. Zbigniew Szydelski – Moje wspomnienia żoliborzanina. Rocznik 1928, nakładem autora 2010


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33
    Jadwiga Bahrynowska-Fic

    IGA W SZKOLE NA SMOLNEJ 1950-1952

    Uczennicą liceum na Smolnej zostałam z powodu zmiany miejsca zamieszkania na ulicę Okólnik. Przed tym uczęszczałam do Liceum Ogólnokształcącego im. Generała Sowińskiego, mieszczącego się na Woli. Zbieg okoliczności sprawił, że w roku 1950 na stanowisko dyrektora liceum na, Smolnej został powołany Józef Szumański z dotychczasowego stanowiska dyrektorskiego w Liceum Sowińskiego. Józef Szumański wiernie wykonywał zalecenia władz państwowych i partyjnych do wychowywania młodzieży w duchu socjalistycznym, marksizmu i leninizmu. Jego nowa nominacja w  liceum do niedawna noszącym im. św. Wojciecha, a popularnie wciąż nazywanym szkołą Wojciecha Górskiego (fundacyjną, nie państwową) miała niewątpliwie na celu upolitycznienie wychowania młodzieży. Potem jednak okazało się, że nie do końca to się udało.

    Przychodząc do szkoły Wojciecha Górskiego na swoim świadectwie szkolnym z Liceum Sowińskiego miałam ocenę niedostateczną  ze sprawowania. Ocena ta wynikała z mojej złej postawy społecznej, bo nie pojechałam na żniwną akcję wakacyjną z SP (nowoutworzoną Służbą Polsce).

    W liceum na Smolnej rozpoczęłam naukę w koedukacyjnej klasie Xb. Równoległa klasa Xa była klasą wyłącznie męską. Naszą wychowawczynią była kochana profesor, Zofia Zambrzycka, nauczycielka chemii. Osoba o wielkim, subtelnym doświadczeniu pedagogicznym. Nigdy nie podnosiła głosu, gdy załatwiała z nami różne uczniowskie występki. Ciekawie wykładała swój przedmiot, chemię, której znajomość była potem potrzebna przy egzaminach na studia medyczne, biologiczne, geologiczne. Potem wyrosło z nas wielu absolwentów tych kierunków.

    Pani profesor Zofia Zambrzycka, jak kura swoje kurczęta, prowadziła nas na szkolne wycieczki. Najczęściej do Zakopanego, na zimową szkołę do Doliny Kościeliskiej, czy na wycieczkę przedmaturalną po ścieżkach Tatr wiosną. Podróż odbywaliśmy pociągiem. Pamiętam, że jedna z moich koleżanek, urokliwa Bożena, która później została zawodową aktorką, swój „debiut” miała właśnie w pociągu. Wówczas półki na bagaże mogły służyć do spania. Bożena spadła z takiej półki, na szczęście jej sympatia, Wojtek, cierpliwie czekał z otwartymi ramionami na ten moment.

    Zimowa szkoła w Dolinie Kościeliskiej była dla wielu z nas debiutem narciarskim. Na nartach uczył nas jeździć góral Pitoń a narty stały się naszą pasją. Tylko czekaliśmy, by sen zmorzył naszą wychowawczynię i wyruszaliśmy na stoki Gubałówki nocą.

    Profesor Natalia Jarzębowska, doświadczona polonistka, uczyła nas języka polskiego. Z zapartym tchem słuchaliśmy jej wykładów o literaturze pięknej, ale także o gramatyce. Bo ona i z gramatyki potrafiła zrobić poemat. W czasie egzaminu na maturze, gdy odpowiedziałam już na pytanie dotyczące Pana Tadeusza, resztę czasu rozmawiałyśmy o szkolnych sympatiach.

    Profesor Tadeusz Balicki, historyk – nie tylko wysoki wzrostem, ale i wielkiej klasy pedagog. Pamiętam jego słowa: – Bahrynowska chyba musi mieć niewolnika, żeby za nią nosił książkę!

    Profesor Antoni Czekalski – matematyk. Był cierpliwy nawet dla największych nieudaczników. Uczył dotąd, aż mógł im postawić trójkę. Co prawda na maturze w ich kierunku spadał grad ściąg. Pan Profesor nawet słabszych uczniów z matematyki dopuścił do egzaminu.

    Sportem szkolnym dziewcząt zajmowała się młodziutka nauczycielka wychowania fizycznego, profesor Irena Troszok. Była osobą wiele wymagającą od uczniów, ale też i od siebie. Każda minuta lekcji wf`u była wykorzystana do treningu usprawniającego nas fizycznie. Były to lekcje ćwiczeń ogólnosprawnościowych i specjalnych, a także ćwiczeń kształtujących wszystkie cechy motoryczności człowieka.

    W szkole powstały rożne sekcje sportowe: gimnastyczna, lekkoatletyczna, gier zespołowych i pływania. Odbywały się zawody szkolne, międzyszkolne, warszawskie i wojewódzkie. Często ćwiczyliśmy w parku Agrykoli, który pełen był uprawiającej sport młodzieży. W naszej szkole zrodziły się talenty w rożnych dyscyplinach sportowych. Na przykład w biegach na 60 m i 500 m wyróżniały się Śniega, Bożena, Ewa, Jolka. Samorodnym talentem niewątpliwie była Śmiga. W czasie biegu – najczęściej zwycięskiego – jej długi, jasny, gruby warkocz tańczył za nią w powietrzu, tworząc prosty „kilwater”. A swoje zwycięstwa zawdzięczała życiu codziennemu. Mieszkała w Opaczu i razem ze swoją siostrą bliźniaczką, Basią, codziennie doganiały kolejkę EKD, by nie spóźnić się na lekcje do szkoły.

    W grach sportowych dominowała gra w piłkę ręczną (wówczas mówiono w szczypiorniaka). Nasz reprezentacyjny szkolny atak – Iga, Śniega i Bożena – był nie do obrony. Nasi przeciwnicy nieraz faulowali nas w sposób zamierzony, by którąś z ataku wyeliminować.

    Pani Troszok trenowała nas wraz z chłopcami z niższej o rok klasy, by wyrobić w nas siłę i zręczność. Pływanie mieliśmy na basenie przy ul. Rozbrat, ale zawody odbywały się na basenie YMCA. W pływaniu talentami były Hanka i Teresa. Natomiast sama „gimnastyka” to bardzo wieloznaczne określenie. Na naszej sali gimnastycznej w szkole Górskiego, oprócz ćwiczeń wolnych, obywających się bez przyrządów, była gimnastyka „przyrządowa”. Ćwiczyliśmy na kółkach, drążkach, równoważni i mieliśmy karkołomne skoki przez skrzynię. W gimnastyce „talentem niesamorodnym” była Iga, która trenowała gimnastykę sportową w klubie. Ale inne koleżanki były w tej dyscyplinie też doskonałe. W czasie zawodów gimnastycznych miałyśmy widownię zawsze pełną szkolnych kolegów. Sport szkolny w liceum Wojciecha Górskiego był powszechny. Wszystkie dziewczęta musiały – w stopniu dla siebie odpowiednim – ćwiczyć. Pani profesor Troszok umiała w nas wykrzesać entuzjazm do sportu. Nasi koledzy w sporcie międzyszkolnym odnosili wielkie sukcesy, ale my, dziewczęta, uprawiałyśmy sport gromadnie.

    Gdybym się miała jeszcze raz urodzić, znów chciałabym być uczennicą liceum Wojciecha Górskiego, mieć takich wspaniałych nauczycieli, serdeczne koleżanki i kolegów, by przeżyć tyle niezapomnianych młodzieńczych chwil.

    Źródła:

    Jadwiga Bahrynowska – Ze wspomnień uczennicy Liceum Ogólnokształcącego im. Wojciecha Górskiego Warszawie przy ul. Smolnej. Lata 1950-1952,  druk komputerowy,10 maj 2004

     


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    TRAGICZNY WYBUCH

    Do „Okruchów wspomnień” wypada dodać notkę przypominającą tragiczne wydarzenie z pierwszego, powojennego okresu działalności Szkoły Wojciecha Górskiego w budynku przy ulicy Nowogrodzkiej 58. W zrujnowanej podczas Powstania 1944 i po jego upadku (przez specjalne, niemieckie komanda) Warszawie było jeszcze dużo pozostałych niewybuchów bomb i pocisków, a także granatów i nabojów niebezpiecznych dla życia ludzi i zwierząt. Sprzyjały temu wszechobecne ruiny budynków oraz odkryte, nieuporządkowane tereny stanowiące miejsce walk. Ich rozmiar oraz powojenny chaos nie pozwalały, a nawet uniemożliwiały odpowiednim służbom (saperskim i milicyjnym) na szybką identyfikację i likwidację zagrożeń.

    Pozostałości amunicyjne, podobnie jak wszystkie rodzaje broni i militariów, przyciągały uwagę młodych mężczyzn. Prasa i radio rozpowszechniały często informacje o tragicznych skutkach nieumiejętnego obchodzenia się, a nawet zabaw, z produktami wojny. Nie pamiętam daty kiedy wydarzył się ten dramat, który bardzo przeżyliśmy w naszej klasie, podobnie jak inni uczniowie i pedagodzy w naszej szkole. Uwzględniając wszystkie zapamiętane okoliczności z nim związane musiało to się zdarzyć niedługo po powojennym wznowieniu nauki w Szkole Górskiego, chociaż nazwiska jego uczestników widnieją jeszcze w spisie uczniów w Jednodniówce Jubileuszowej 1877 – 1947 Szkół Fundacyjnych Wojciecha i Anieli Górskich.

    W swoich wspomnieniach pomaturalnych (link O/Wy – pracowania) napisałem:

    Czasem wracam myślami do Krzyśka Włóki, który zginął podczas dużej przerwy lekcyjnej już w 1945 (w 1946?) roku od wybuchu pocisków niemieckich znajdujących się na terenie, sąsiadującego z naszą szkołą, kościoła św. Apostołów Piotra i Pawła (często zwanym od nazwy parafii kościołem św. Barbary) przy ulicy Emilii Plater. Nasz nieco starszy kolega Andrzej ”Antena” Maciszewski wybuch przeżył, ale na pamiątkę nosił w sobie prawie kilogram odłamków i może dlatego został chirurgiem.

    Kolega z klasy i harcerstwa Danek (Bohdan) Peczyński skorygował listownie moją pamięć:

    Przypomniałeś mi Krzyśka Włókę. Nasza szkoła, jak wiesz, po ‘odrodzeniu’, mieściła się na ul. Nowogrodzkiej, naprzeciw kościoła Św. Barbary. Ten tragiczny wypadek, o którym wspominasz, nie wydarzył się na dużej przerwie. Ta trójka poszła sobie na wagary. Krzysiek mnie też namawiał żebym poszedł i pewnie nie tylko mnie. Na terenie cmentarza kościoła znaleźli pocisk od granatnika – wiesz taka mała bombka. Zaczęli, dla zabawy, rzucać ją do siebie i Krzysiek nie złapał.

    A po latach natrafiłem na pożegnalne wspomnienie o Andrzeju „Antenie” Maciszewskim. Zapamiętałem go bardzo dobrze z naszej szkoły funkcjonującej wtedy przy ulicy Nowogrodzkiej, a szczególnie Jego charakterystyczną sylwetkę gdy mijaliśmy się na wąskich schodach. Nie mieliśmy z nim później kontaktu, gdyż po wypadku, leczeniu i rehabilitacji uczył się i uzyskał świadectwo dojrzałości już w innej szkole. Myślę, że jego osobowość, wspominana z atencją przez dr med. Jerzego Borowicza (w załączeniu) oraz powojenny wybór Szkoły Wojciecha Górskiego i okresowa w niej nauka zasługują na ten krótki okruszek wspomnień o Nim, także jako o naszym Szkolnym Koledze.

    Mieczysław Metler

     

    Źródła:

    Jednodniówka Jubileuszowa Szkół Fundacyjnych p. w. św. Wojciecha Fundacji Wojciecha i Anieli małżonków Górskich, Warszawa 1947


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    ROZWIKŁANIE ZAGADKI. SMUTNE

    Na zdjęciu widzimy tytułową stronę szkolnego  pisemka „Praca i wiedza” z podtytułem „Pismo młodzieży szkół p. w. Św.Wojciecha”. Zachowało się kilka numerów z lat 1937 – 1939. Na pierwszej stronie tego, które mam przed oczyma, znajdziemy jeszcze informacje: Rok II/  Styczeń- Marzec/ Nr 5 – 8. Wiodący tekst tekst poświęcony jest śmierci   szkolnego profesora, nauczyciela – Władysława Konecznego. Tekst poprzedzony ciekawym rysunkiem  głowy zmarłego, sygnowany literkami SFM i liczbą 38 (zapewne  odnoszącą się do roku wydania czasopisma  nie podanego explicite). W prostych słowach pożegnania przebija szczery smutek i żal z odejścia lubianego pedagoga, który przed śmiercią leczył się w Otwocku, gdzie uczniowie  go odwiedzali.  Autor tekstu podpisany tylko jako „Wychowanek”   pisze: Miałem uczucie, że idę za trumną kogoś z rodziny (…) Pamięć tej tak bliskiej nam postaci zostanie w sercach naszych na zawsze (…).

    Trudno oprzeć się nawiązaniu do naszych czasów pytając, czy w dzisiejszej szkole zdarzają się tak bliskie związki między uczniami i nauczycielami. Może niezbyt dokładnie przeglądamy nekrologi?

    Nie będziemy tu relacjonować zawartości tego numeru. Całościowemu omówieniu  „Pracy i wiedzy” poświęcone jest większe opracowanie.

    Nas interesują wspomniane wyżej trzy literki sygnujące rysunek głowy zmarłego nauczyciela. Na szczęście w innym numerze „Pracy i wiedzy” (Rok III/Styczeń 1939 Nr 1) znajdujemy żartobliwy pastisz  „A la Morsztyn”:

    Gdyby Negus w Wenecji siedział jako doża, Gdyby Polska sięgała od morza do morza, Gdyby w Moskwie na jadło nie dawano bonów, Gdyby Kurier Warszawski nie drukował zgonów, Itd., itd – kilka jeszcze wersów z „Gdyby”, a na końcu: Gdybym mógł jakieś „gdyby” zrymować na -etę: Uwierzyłbym że można przekonać kobietę.

    Zgrabne, dowcipne, widać  opanowanie warsztatu. Ale nas interesuje autor tego i drugiego jeszcze wiersza: Stanisław Feliks Magierski. Mamy więc rozwikłanie zagadki trzech liter stanowiących podpis na rysunku głowy Władysława Konecznego: SFM. Zbieżność nie przypadkowa. No, ale skoro mamy już rozwikłaną zagadkę, to możemy sięgnąć do monografii Wojciech Górski i jego szkoła   i dowiedzieć się czegoś więcej o Staszku, naszym starszym koledze. Zasłynął swym talentem znakomicie zapowiadający się poeta. Chciałoby się dodać, nie tylko poeta, ale i rysownik. Tylko że dalej autorzy nieocenionej monografii podają, że, tak jak wielu innych wychowanków, Staszek nie doczekał końca wojny, a nawet początku okupacji. Zginął we wrześniu 1939 roku, kilka miesięcy po otrzymaniu świadectwa maturalnego.

    Pisze też o nim starszy o dwa lata Leszek Prorok, który był pierwszym redaktorem czasopisma. W numerze 4 z 1937 r. zamieścił na pierwszej stronie tekst Staszka  zatytułowany: Norwid – malarz i jego znaczenie dla sztuki polskiej, który uznał za wybitny. O autorze pisze : chłopak wrażliwy, utalentowany, przesycony kulturą. Nikt wówczas nie wiedział, że kilku pracami na kartach gazetki szkolnej stawia sobie nagrobek.

    Chcielibyśmy, żeby – mówiąc trochę słowami Staszka –  pamięć o nim pozostała w naszych sercach na zawsze. Małe jednak  są szanse na uzyskanie danych do biogramu Staszka, nie daje się też wywołać go przez Google.

    Niech zatem ten „okruch” przypomni jego sylwetkę i przekaże  dzisiejszym wychowankom naszych szkół, jakie wzory  mają do naśladowania. Teraz to oni mają szansę zachowania go w pamięci.

    W.B.

    Źródła:

    Wojciech Brański –Wydawnictwa uczniowskie w Szkole Wojciecha Górskiego w okresie  II Rzeczypospolitej, patrz: O/Wy-pracowania  na tej stronie www

    Jan Lasocki, Jan Majdecki  –Wojciech Górski i jego szkoła, PIW 1982

    Leszek Prorok – Kepi wojska francuskiego, PIW 1973.


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    CZY TY CZYTAŁEŚ „PRZEPIÓRECZKĘ”?

    Tadeusz Nassalski, profesor  w szkole Górskiego (patrz Biogramy: Nassalscy) język polski stawiał na piedestale ukazując uczniom jego piękno i zwalczając niechlujstwo w mowie i piśmie. Kiedy usłyszał kolokwialne: – „O co się rozchodzi?” – to grzmiącym głosem łajał delikwenta

    : – O co chodzi, profanie! O co chodzi! Tylko stare spodnie lub trzewiki mogą się rozchodzić. Mowa nigdy! Podobną reakcję wywoływało użycie słówka „pisze”. – Nie mów pisze, ponieważ to, co cytujesz, zostało już napisane, a więc mów: napisał.

    Premiował uczniów chodzących do teatru, organizował zbiorowe wycieczki na przedstawienia. Zdarzyło się Leszkowi Prorokowi, wtedy jeszcze uczniowi gimnazjum, nie przeczytać popularnej komedii Żeromskiego Uciekła mi przepióreczka zadanej jako lektura, ale był na przedstawieniu w Teatrze Narodowym, reżyserowanym przez Osterwę i z jego udziałem aktorskim. Bardzo je przeżył, był pod silnym wrażeniem gry aktorów. „Doktor”- jak go tytułowano od czasu, kiedy otrzymał dyplom doktora filozofii – na jednej lekcji przystąpił do omawiana lektury, tzn. uczniowie mieli ją „rozbierać”, a on robił uwagi, zadawał pytania. Prorok, siedząc cicho w trakcie dyskusji wywołanej przez nauczyciela, w pewnym momencie nie wytrzymał i wtrącił się uważając, że kolega jest w błędzie (pamiętał, że na przedstawieniu było inaczej). No i wpadka! Osterwa dokonał reżyserskiej adaptacji pewnych scen oraz akcentów, których nie znali koledzy, mający za sobą tylko lekturę sztuki. I wtedy padło nieuchronne pytanie doktora, którego Prorok obawiał się najbardziej:

    – Czy ty czytałeś Przepióreczkę?

    Uczeń, ceniący sobie honor i mający wielką estymę dla osoby nauczyciela odpowiedział:

    – Nie czytałem. Byłem na sztuce w teatrze.

    Milczenie ucznia i rekcja profesora:

    – Spodziewałem się tego – i po chwil – Dobrze się stało, że zapoznałeś się z Przepióreczką w innej interpretacji.

    Taki był Tadeusz Marian Nassalski, nauczyciel w Szkole Wojciecha Górskiego i jej wychowaniec.

    wb

    Źródła:

    Leszek Prorok – Kepi wojska francuskiego PIW 1973


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    JEDEN GMACH DWIE SZKOŁY

    Wakacje 1943 roku były trudnym okresem dla dyrekcji Szkoły Zaorskiego. Nową siedzibę znaleziono w budynku Gimnazjum im. Świętego Wojciecha przy dawnej ulicy Hortensji (obecnie ulica Wojciecha Górskiego). Trzeba było na nowo wyposażyć szkolę we wszystkie pomoce naukowe, między innymi zakupić kilkadziesiąt mikroskopów. Wielką pomoc stanowiły dotacje finansowe uzyskane z Delegatury Rządu. Tylko opał zgromadzony już na rok następny udało się uratować z terenu Uniwersytetu (1).

    Cztery zdania tego „okruchu” przywołującego nazwę naszej szkoły, kryją tyle treści, że ich ujawnienie wymagałoby dużej rozprawy. Bo i czas okupacji, i działanie Państwa Podziemnego, no i sama Szkoła dr. Jana Zaorskiego, oficjalnie będąca szkołą zawodową  (takie szkolnictwo dopuszczał okupant) dla medycznego personelu pomocniczego, a w istocie prowadząca tajne nauczanie studentów zlikwidowanego Wydziału Lekarskiego UW. Dla samego porządku trzeba uściślić jedno, nazwę ulicy Hortensji przemianowano na Wojciecha Górskiego w 1936 rok. Być może z przyzwyczajenia w obiegu była jednak stara nazwa.

    Szkoła dr. Jana  Zaorskiego, za zgodą niemieckich władz okupacyjnych działająca w Warszawie w latach 1941–1944 jako  placówka edukacyjna,  stała się konspiracyjnym Wydziałem Lekarskim Uniwersytetu Warszawskiego. Ze względu na założyciela zwana była też Szkołą Zaorskiego. Wykładowcami byli głównie profesorowe Uniwersytetu Warszawskiego. Łącznie uczelnia kształciła ponad 1900 osób.

    Po klęsce wrześniowej, w październiku 1939 profesorowie zlikwidowanego przez Niemców Wydziału Lekarskiego UW rozpoczęli tajne nauczanie. W roku akademickim 1940/1941 tajna Rada Wydziału podjęła uchwałę o upoważnieniu doc. Jana Zaorskiego do utworzenia za zgodą władz okupacyjnych prywatnej szkoły sanitarnej, w której odbywałyby się zajęcia dla uczniów. 20 stycznia 1941 Izba Zdrowia Dystryktu Warszawskiego Generalnego Gubernatorstwa wydała zgodę na działalność Prywatnej Szkoła Zawodowej dla Pomocniczego Personelu Sanitarnego w Warszawie (Private Fachschule für Sanitares Hilfpersonal in Warschau). Dyrektorem został Franciszek Czubalski

    W roku 1943 Szkoła została usunięta z terenu Uniwersytetu znajdując schronienie na poddaszu budynku  szkoły  Górskiego.

    Natomiast nie wielu z nas, tych z powojennych roczników,  wiedziało, że w kwietniu 1941 okupant zarekwirował  budynek Szkoły Górskiego i właśnie wtedy  szkoła im.  Jana. Zamoyskiego  przygarnęła życzliwie na okres roku szkołę powszechną i kurs przygotowawczy prowadzone przez Fundację Anieli i Wojciecha  Górskich.

    Jak widać Historia pisze nieoczekiwane scenariusze, w których na przykład obie szkoły raz mieściły  w gmachu  na  Smolnej, a wkrótce potem znalazły się razem na Górskiego.

    W obliczu koszmarnych w końcu wydarzeń w czasach okupacji nie ma zapewne wielkiego znaczenia fakt, iż  do 1939 r.  w  szkole Zamoyskiego na Smolnej mieściła się „Szkoła masażu leczniczego dr. J .Zorskiego”.

    WB

     

     

     

     

    Źródła:

    1. Hanna Odrowąż-Szukiewicz  – Powszednie dni niepowszednich lat, Wyd. Ministerstwa Obrony Narodowej 1984

    2. Andrzej Zaorski (red.) – Tajne nauczane w Warszawie, Wyd. Towarzystwo Lekarskie Warszawskie, Warszawa 2004

    3. Jan Lasocki, Jan Majdecki (red) – Wojciech Górski i jego szkoła,  PIW 1982


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    KEPI DOBOSZA

    Jerzy Karaszkiewicz,, opisując „słodkie lata sześćdziesiąte” wspomina dwie postaci związane ze środowiskiem teatralnym, które mogły „przewinąć” się przez szkołę fundacyjną A. i W. małżonków Górskich (naszą szkołę), mieszczącą się przez kilka powojennych lat przy ulicy Smolnej. Chodzi o Janusza Szpotańskiego i Andrzeja Dobosza. Tego drugiego dotyczy następujący fragment wspomnień znanego filmowego i teatralnego aktora:

    „Górszczacy” chodzili wtedy, zaraz po wojnie, w czapeczkach stylizowanych na francuskie kepi i to wystarczało, żeby każdy chłopak musiał ich zaczepiać. Ja byłem na całym osiedlu mistrzem plucia do celu. I kiedyś, ku uciesze kolegów, trafiłem w sam środek czapeczki Andrzejka.

    Dobosz przystanął, zdjął czapkę, chusteczką ją wytarł i grzecznie mnie spytał: „Dlaczego pan na mnie pluje? Ja nie jestem spluwaczką.”

    Oczywiście wszyscy ryknęliśmy śmiechem, lecz kilka dni po tym podszedłem do niego i powiedziałem: Słuchaj, ja cię przepraszam, zachowałem się po chamsku. Podasz mi rękę? Andrzejek podał mi rękę i powiedział: „Oczywiście, że panu wybaczam. Od początku nie miałem panu tego za złe.”

    Proszę Państwa. Mieliśmy wtedy po czternaście lat.

    Łatwo sprawdzić, że Andrzej Dobosz, znany m.in. z roli filozofa w „Rejsie”, maturę otrzymał w Liceum im. Stefana Batorego, ale skoro wcześniej chodził do szkoły w kepi, to śmiało możemy uznać go za wychowańca Górskiego. Próby nawiązania z nim kontaktu nie udały się.

    W.B.

    Źródła:

    Jerzy Karaszkiewicz –  Słodkie lata, Gazeta Wyborcza 15/05/1998


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    UWAGA! UWAGA!

    ZMIANY NA NOWY ROK SZKOLNY

    Oplata za naukę w szkole powszechnej będzie obniżona w porównaniu z pobieraną obecnie, – a mianowicie za pierwszy i drugi rok nauczania wynosić będzie 500 złotych rocznie; za trzeci i czwarty – 600 złotych rocznie; za piąty i szósty – 700 złotych rocznie, (…) jednak młodzież prawdziwie niezamożna, lecz obiecująca, tak pod względem moralnym, jak umysłowym, może uzyskać zezwolenie na opłatę czesnego w wysokości semestru niższego (…).Może też być na życzenie Opieki rozłożona na dziesięć równych rat miesięcznych, płatnych z góry (…)

    Rok szkolny rozpocznie się 20-go sierpnia Mszą św. o godzinie 9-ej rano; młodzież w tym dniu winna zgromadzić się w gmachu szkolnym o godzinie 8-ej rano z książkami i umundurowana; lekcje rozpoczną się o 10-ej rano podług planu, przedyktowanego przed wakacjami. Nowo wstępujący mogą otrzymać odroczenie umundurowania na jeden miesiąc, czapeczka jednak obowiązuje od pierwszego dnia. Mundur ma być dotychczasowy.

    Spokojnie, Nie ma co się denerwować. Dzisiaj mamy pierwszego kwietnia,  możemy się oszukiwać. Natomiast  anonsowane zmiany dotyczyły roku szkolnego 1933/34. Rodzice dzisiejszej młodzieży, oczywiście jak najbardziej „obiecującej pod względem moralnym i umysłowym”, nie płacą żadnego czesnego, a uczniowie nie muszą nosić szkolnych  mundurów.

    W.B.

    Źródła:

    Wojciech Górski Zawiadomienie o zmianach, jakie zajdą w roku szkol. 1933/34 w Gimnazjum p. w. Ś-go Wojciecha 1933


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    ULICA W.GÓRSKIEGO I JEGO POPIERSIEROK 1936

    Zaproszenie na uroczystość przemianowania nazwy ulicy Hortensji na ulicę Wojciecha Górskiego i odsłonięcie popiersia Wojciecha Górskiego. Dotychczas nie mieliśmy pewności, że oba ważne wydarzenia miały miejsce jednego dnia 1 marca 1936 r. – niecałe trzy tygodnie po pierwszej rocznicy Jego śmierci (11 lutego 1935 r.)

    1935  na cokole odnosi się do daty śmierci W.Górskiego 11 lutego 1935 r.

     

    wb

    Źródła:

    Narodowe Archiwum Cyfrowe


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    WYDARZYŁO SIĘ W GÓRACH. DWAJ „GÓRALE” OD GÓRSKIEGO

    Jan Skotnicki (1875 – 1968) artysta plastyk,  pedagog i działacz polityczny pod koniec pierwszej dekady  ub. wieku  zamieszkał w Zakopanem, gdzie spotkał swego starszego kolegę  ze szkoły Wojciecha Górskiego, Mieczysława Karłowicza. Wcześniej spotykali się tylko przelotnie w Nałęczowie , a także w Pińsku. Dla Skotnickiego była to szansa na wejście  w środowisko  twórczo-artystyczne bujnie wtedy rozkwitające w Zakopanem, ale  jemu obce. Nie bardzo też przemawiało do niego  surowe piękno gór. Natomiast Karłowicz był taternikiem i narciarzem rozmiłowanym w Tatrach i w samotnych po nich wędrówkach. Ten styl życia sprzyjał twórczej wenie młodego muzyka.

    Zimowym rankiem  8 lutego 1909 r, po świeżym opadzie śniegu, Karłowicz wybrał się z nartami wyposażonymi w „foki” na szlak prowadzący do Czarnego Stawu Gąsienicowego. Kiedy dotarł pod wschodnią ścianą Kościelca, zeszła z niej duża lawina śnieżna, której nie zdołał uniknąć i został przysypany  półtorametrową warstwą puszystego śniegu, w którym prawdopodobnie umarł z uduszenia.  Akcja ratunkowa zorganizowana przez Mariusz Zaruskiego  przeszła do historii ratownictwa górskiego, lecz życia Karłowiczowi nie wróciła. Latem tegoż roku w miejscu znalezienia zwłok ustawiony został, stojący do dzisiaj kamień pamiątkowy. Ktokolwiek  był nad Czarnym Stawem widział go na pewno. Przy smutnej uroczystości odsłonięciu  pamiątkowej tablicy umocowanej na głazie przemawiał  jego szkolny, ale nie górski, kolega od  Górskiego.

    WB

    Źródła:

    Jan Skotnicki Przy sztalugach i przy biurku, PIW 1957


    Warning: Undefined array key 0 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33

    Warning: Undefined array key 1 in /home/konradtu/domains/wychowancygorskiego.pl/public_html/wp-content/plugins/elementor-pro/modules/dynamic-tags/acf/tags/acf-text.php on line 33
    Przejdź do treści